Reklama

dzięki tej fotografce pokochasz różowy

Młoda fotografka Laurence Philomène odkrywa siebie samą za pomocą innych (w żarówiasto-pomarańczowej peruce).

tekst Emily Manning
|
25 Sierpień 2015, 3:50pm

Wprawdzie włosy Laurence Philomène przypominają bardziej garść serowych Cheetosów, ale świat 22-letniej fotografki ma tylko i wyłącznie jeden kolor - różowy. Pastelowy, popowy, jaskrawy, po prostu każdy odcień różowego. „Siedzę teraz w moim salonie i on jest wszędzie", Laurence mówi mi przez telefon prosto z jej rodzinnego Montrealu. „Najważniejszą rzeczą w obrazach, które tworzę, są kolory i ich wzajemne interakcje. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że kolor jest dla mnie ważniejszy od kompozycji czy przedmiotu zdjęcia". Robiła już autoportrety, leżąc na jaskraworóżowej pościeli, kąpała koniki Pony w różowej mazi, a nawet malowała swoich modeli na różowo od stóp do głów. Ta kokieteryjna paleta kolorów (a raczej koloru) świetnie jednak sprawdza się na polu odkrywania własnej tożsamości i kobiecości. Laurence pokazała właśnie swoje prace na grupowej wystawie Same, a my rozmawiamy z nią o przyszłości sztuki feministycznej.

Jak to się stało, że zaczęłaś robić zdjęcia?
Gdy dorastałam, zawsze robiłam dużo zdjęć kompaktówkami, jednak gdy miałam 14 lat, poważnie zainteresowałam się japońskimi lalkami o nazwie Blythe. Na Flickrze i różnych forach istniała aktywna społeczność, która regularnie dzieliła się super zdjęciami tych lalek, zaczęłam więc wrzucać własne i spotkałam się ze świetnym odbiorem. To była dla mnie taka ucieczka, zwłaszcza w liceum. Mniej więcej po roku fotografowania lalek, zdałam sobie sprawę, że istnieją też inne rzeczy. Zaczęłam więc robić zdjęcia sobie samej i moim znajomym i tym samym odkryłam wielką społeczność młodych fotografów w sieci, z niektórymi zresztą i-D robiło już wywiady. Wtedy wszyscy byliśmy samotnymi dzieciakami robiącymi zdjęcia, a dziś, wiele lat później, jesteśmy profesjonalnymi fotografami i przyjaciółmi w prawdziwym życiu.

Opowiedz nam o dynamice płci obecnej w twoich pracach, zwłaszcza w serii z chłopakami.
Zarówno w moim prawdziwym życiu, jak i w mojej twórczości staram się odrzucać pojęcie męskości. Robię zdjęcia chłopakom i ludziom, którzy identyfikują się z męskością, ale często robię im zdjęcia na przykład w kobiecych ciuchach i nie uważam, żeby było w tym cokolwiek radykalnego. To nie jest powód, dla którego to robię, po prostu tak czuję, to mi się wydaje naturalne. Mnie nie obchodzi reprezentacja męskości. Wolę mieć frajdę z odkrywania kobiecości na różne sposoby.

Co oznacza dla ciebie kobiecość?
Dla mnie kobiecość to pojęcie skonstruowane stricte społecznie, ale to w nim znajduję siłę. To coś, co mnie przyciąga, a zarazem jest dla mnie bardzo obce, nieodkryte.

Głównym punktem twojej twórczości jest kolor, ale kolory zazwyczaj kojarzy się z płcią. Opowiedz nam o twojej preferencji dla różowego.
Wprawdzie kolory też często stanowią społeczny konstrukt, to postrzeganie ich zmienia się z czasem. Gdy ludzie widzą różowe zdjęcie, to na początku kojarzą je z płcią i jakimś przesłaniem. Jeśli chodzi o teorię koloru, różowy jest barwą niezwykle kojącą, uspokajającą, co ciekawe, bo ludzie zawsze na nią bardzo silnie reagują, bez względu na to, co komunikujesz, o ile w ogóle coś komunikujesz. Wiele lat temu, powiedziałabym, że dzięki różowi odkrywam kobiecość, tym samym przywracając go do łask, jednak to nie jest zawsze powód, dla którego go używam. To przede wszystkim barwa, która mnie pociąga. Sposób, w jaki pracuję z kolorem, wiąże się przede wszystkim z moim instynktem i tym, co wydaje się dla mnie słuszne. Zawsze wracam do różowego, po prostu czuję go w kościach.

Nad czym obecnie pracujesz?
Oprócz Same, grupowej wystawy w Nowym Jorku, pracuję też nad projektem pt. Me vs. Others, który stanowi coś na kształt pamiętnika pokazującego, w jaki sposób postrzegam siebie robiącej zdjęcia ludziom w peruce, która wygląda jak moje włosy. Lubię robić zdjęcia totalnie różnym ludziom, z którymi jestem blisko, z tymi, których dopiero poznałam oraz innym młodym artystkom - fotografowałam Vivian [Fu], Hobbes [Ginsberg], Molly [Sodę] i Avridę [Bystrom], czyli osób, które są moją inspiracją. To trochę jak autoportret wykonany za pomocą innego medium niż ja sama.

Artystkom dużo łatwiej wybić się online. Jak myślisz, czego potrzebuje kobieca sztuka, aby iść naprzód, oprócz widoczności?
Myślę, że internet jest numerem jeden, jeśli chodzi o młodych artystów oraz ludzi wszystkich płci, a z drugiej strony uważam, że tzw. sztuka feministyczna nie powinna sprowadzać się jedynie do sztuki waginalnej czy menstruacyjnej. Musimy stworzyć ważne miejsca dla kobiet o różnych kolorach skóry, dla kobiet niepełnosprawnych, transseksualnych i queer, aby miały możliwość reprezentacji. Miejmy nadzieję, że internet pomoże nowym pokoleniom lepiej zrozumieć sztukę feministyczną, ale przyszłość potrzebuje przede wszystkim różnorodności.

@laurencephilomene

Czytaj też o dziewczyńskiej wystawie!

Kredyty


Tekst: Emily Manning
Tłumaczenie: Zuza Bień
Zdjęcia: Laurence Philomène