Reklama

seks przyszłości w erze tindera

Emily Witt nie ściemnia i pisze o tym, jak wygląda życie singla w 2016.

tekst Alice Newell-Hanson
|
26 Październik 2016, 4:40pm

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Wielu z nas byłoby lepszymi kandydatami na autora powieści o seksie niż Emily Witt. Tak przynajmniej twierdzi sama zainteresowana. Kiedy podpisała swój pierwszy kontrakt na książkę z wydawnictwem FSG w 2012 roku, Emily była w stałym związku, a jej poglądy na niekonwencjonalne praktyki seksualne były mocno ambiwalentne. Ostatecznie w swojej powieści „Future Sex" porusza takie zagadnienia jak transmisje z kamerek internetowych, porno BDSM oraz istny szwedzki stół seksu, czyli amerykański festiwal Burning Man.

„Punktem wyjścia była dla mnie najnowsza historia seksualności, powiedzmy że po 1990 roku. Chciałam w niej uwzględnić zmiany w technologii, demografii i moralności", wyjaśnia Emily pijąc kawę na Brooklynie, gdzie obecnie mieszka. „Planowałam opisać to w trzeciej osobie, jako dziennikarski materiał antropologiczny". Bała się swojej wrodzonej nieśmiałości i snobistycznych krytyków pierwszoosobowego dziennikarstwa. „Miałam wrażenie, że moje doświadczenia były naprawdę banalne, że ludzie po prostu by się wkurzyli, gdybym o nich napisała".

Redaktor zachęcił Emily do działania. Wkrótce zauważyła, że research zaczyna wywierać na nią wpływ. Po zakończeniu związku i przeprowadzce do San Francisco, zapisała się na warsztaty z orgazmicznej medytacji i zaczęła cieszyć się - z początku niechętnie - seksualną otwartością zajęć. Jednak „Future Sex" nie jest pamiętnikiem. „Wiedziałam, że czytelnicy będą w niej widzieć albo galerię seksualnych eksperymentów, albo wspomnienia. Chciałam, żeby miała więcej głębi, zawierała więcej faktów", powiedziała. 

Dlatego też powieść Emily opowiada o informatyku Garym Kremenie, który w 1992 roku stworzył podstawy pierwszego w historii portalu randkowego oraz o niezręcznych podrywach samej autorki na stronie OkCupid. Rozdział poświęcony internetowej pornografii otwiera dyskusja na temat pierwszych legalnie opublikowanych zdjęć penetracji w historii (w magazynie „Private" z 1965 roku), a wieńczy go szczegółowo opowiedziana historia Emily, która nagrała materiał do serii internetowego porno „Public Disgrace".

Książka jest jednocześnie osobistym, jak i całkowicie nowoczesnym portretem tego, jak nasze podejście do szukania miłości i seksu wygląda w 2016 roku.

Moja mama uwielbia przesyłać mi teksty poświęcone kobietom z mojego pokolenia, które późno wychodzą za mąż lub nie robią tego wcale. Czy zależało ci na uniknięciu generalizacji i stereotypów o „kobietach z naszego pokolenia"?
Ja też czytałam te wszystkie artykuły. Są strasznie frustrujące. Wszystkie łączy to, że promują pogląd, że jedyną bezpieczną, godną i poważną formą seksualności jest stały, monogamiczny związek. Nawet kiedy nie mówiły tego bezpośrednio, taki pogląd był zawsze tezą tekstu. Czytając je czułam się uwięziona - jeśli ty tak nie żyjesz, to co? Twoje życie to ściema? Jesteś skazana na emocjonalną traumę? Czułam, że światopogląd ich autorów jest zero-jedynkowy.

Jak wybrałaś alternatywne podejście, które obierasz w swojej książce? Czy zdradzałaś swoim bohaterom, że jesteś dziennikarką, gdy tworzyłaś fragment w formie reportażu?
Dziennikarstwo było dla mnie wymówką do zrobienia wielu z tych rzeczy. Przedstawiałam się jako dziennikarka. Na przykład, na OM (warsztatach orgazmicznej medytacji) poznałam kobietę zajmującą się PR-em. Zasugerowała, żebym spróbowała i wybrała się na zajęcia. Zależało mi, żeby jasno dawać do zrozumienia, że jestem reporterką. Jednak po czasie zorientowałam się, że część moich doświadczeń wpłynęła na mnie bardziej niż się spodziewałam lub niż chciałabym przyznać. Do OM podchodziłam sceptycznie, kojarzyło mi się z tymi wszystkimi new-age'owymi organizacjami, które są jednym wielkim oszustwem i manipulacją. Bardzo na to uważałam. Okazało się, że OM może być bardzo pomocne, nawet mimo szemranego charakteru spotkań. W innych rozdziałach książki mogłam to ugryźć z reporterskiego punktu widzenia. Zbadać problem handlu ludźmi lub zastanowić się, czy OM jest sektą. Jednak uznałam, że to może zrobić ktoś inny. Ja chciałam do tego podejść jako okazji do odrobiny optymizmu.

Czy natknęłaś się na coś, co nie trafiło do książki?
Tak, spędziłam trochę czasu z ludźmi, którzy zajmują się marketingiem bezpośrednim. Coś jak Avon, tylko że sprzedają erotyczne gadżety. Organizują w domach imprezy, na których zachwalają towar. Co ciekawe, w mniejszych miastach i środkowych stanach USA pełnią funkcję informatywną. Edukują mieszkańców na temat seksualności i świadomości ciała. Książka miała opowiadać o ludziach z mojej grupy demograficznej, więc po co miałabym udawać, że jest inaczej? Poza tym, zrobiłam też reportaż o super ortodoksyjnych Chrześcijanach żyjących w celibacie.

Ciekawe czy pisanie o celibacie byłoby równie ciekawe, co pisanie o seksie.
Ale to nie była heteronormatywna para. Jedna osoba identyfikowała się jako genderqueer, a druga jako kobieta. Ich związek miał długi staż i ze względu na religię utrzymywali celibat. Dlatego, że „Bóg im tak nakazał". Co ciekawe, bardzo otwarcie mówili o swojej tożsamości płciowej. Wydało mi się to bardzo współczesne. Jednak ich życie było zorganizowane według bardzo starego systemu wiary. Religia wytyczała ich wzorce zachowania.

Jak two znajomi i rodzina zareagowali na książkę? Po opublikowaniu intymnych szczegółów oczekują, że w rozmowie będziesz bardziej otwarta, czy może to oni stają się bardziej otwarci?
Pewnie, że tego oczekują. Ja też stałam się bardziej otwarta i nieskrępowana. Znajomi, którzy mają fetysze, nie wstydzą się już o nich mówić. Inni otwierają się na temat swoich doświadczeń z internetowymi randkami - mam na myśli te bardziej hardcore'owe. Moi rodzice nie są z tego powodu zbyt szczęśliwi. Chociaż to właśnie im zadedykowałam książkę! Nie chodzi o to, że się wstydzą czy mnie osądzają, po prostu są w niej rzeczy, o których być może nie chcieliby wiedzieć - może jest im żal, bo jestem smutna. W odbiorze książki najbardziej zaskoczyło mnie… Właściwie to bardziej żałuję, że nie umieściłam w niej więcej siebie. Mogłam dopisać, na samym końcu, chronologiczną listę, kiedy co zrobiłam. Podczas pracy nad książką był okres, kiedy z kimś chodziłam, kiedy mimo bycia w związku sypiałam w innymi, lub kiedy byłam po prostu w monogamicznym związku. Żałuję, że nie ustaliłam tej chronologii.

Po zakończeniu książki byłaś większą optymistką w kwestii poszukiwania miłości?
Tak, na tyle, że nawet jeśli nigdy nie znalazłabym miłości, nie byłabym samotna w takim sensie, jak zawsze myślałam. Książka dała mi więcej pewności siebie, dzięki temu łatwiej mi przychodziło poznawanie nowych osób czy znajdowanie intymności nawet w związkach, o których z góry wiedziałam, że są tylko tymczasowe. Zmieniłam swój światopogląd. Czuję, że jestem lepiej przystosowana! Przypomniało mi to, że nie jestem odosobniona w swojej sytuacji. Zrozumiałam, że staroświecki koncept starej panny jest oderwany od rzeczywistości. Po prostu teraz ludzie dłużej żyją jako single. Wszyscy siedzimy w tym razem, dlatego musimy uczyć się razem szukać szczęścia i poczucia więzi. No i w końcu, czasem się zakochujesz. To też jest całkiem niezłe!

Czy znalazłaś innych autorów, którzy twoim zdaniem poruszali podobne kwestie?
Niezupełnie. Kiedy pisałam książkę wyszła biografia „The Argonauts" Maggie Nelson. Na pewno jej przesłanie - pełne ptymizmu i możliwości - jest bardzo ważne. Najważniejszą książką były dla mnie wspomnienia Simone de Beauvoir „W sile wieku". Była bardziej otwarta, w pewnym stopniu eksperymentalna i optymistyczna niż cokolwiek, co oferowali autorzy z mojego pokolenia - tu z kolei wpada się w szufladkę alarmisty lub seksualnego poszukiwacza przygód.

Jakie są, twoim zdaniem, najczęstsze błędne przekonania na temat naszego pokolenia i jego podejścia do randek oraz seksu?
Wydaje mi się, że wielu z nas, zamiast zastanawiać się, co chcą robić, tracą czas i energię szukając tego, co myślą, że powinni robić. Po raz pierwszy napisałam o Tinderze w 2013 roku. Była to nowość i wszyscy pytali mnie, do czego służy, bo chcieli wiedzieć czego oczekiwać od swojej tinderowej randki. Zawsze mnie dziwi, że ludzie robią to, co myślą że powinni, zamiast podążać za tym, co podpowiada ciekawość.

Każdy chce prostej odpowiedzi.
Tak. Inną rzeczą, na którą zwróciłam uwagę, zajmując się, np. poliamorią było to, że to nigdy nie stanie się powszechną praktyką. Niektórzy z nas być może zechcą jej spróbować, przez co coraz więcej osób bardziej się na nią otworzy. Jednak nie ma jednego przepisu na życie, na który wszyscy musimy się zgodzić w tym momencie. Ale ludzie wciąż lubią kiedy mówi im się, co mają robić.

Książka skończona — czy nadal eksperymentujesz?
Miałam chłopaka, z którym zerwałam tuż po oddaniu maszynopisu. Pomyślałam sobie: „Teraz mogę się w to totalnie wciągnąć, nie muszę o niczym pisać". Ale wtedy się zakochałam! Zdaje się, że wypracowywanie kompromisu w związku będzie interesującym doświadczeniem. Nie będzie to relacja monogamiczna. Ale nie sądzę, że mogłabym znieść poliamorię. Nie mogłabym mieć dwóch partnerów naraz, to dla mnie zbyt wiele. Fajnie jest móc zaangażować się w relację wiedząc, że obydwoje chcecie spróbować czegoś nowego. Od teraz moją metodologią staje się mantra: próbować, rozmawiać, komunikować się.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst Alice Newell-Hanson
Zdjęcia dzięki uprzejmości Farrar, Straus and Giroux