The article was originally published by i-D Australia. 

prawdziwa lorde

W związku z premierą długo wyczekiwanego albumu, Lorde opowiedziała nam o swoich sekretach, Nowej Zelandii i podejrzanych domówkach.

tekst Wendy Syfret
|
16 Czerwiec 2017, 7:05am

The article was originally published by i-D Australia. 

Kiedy w 2013 roku Lorde wypuściła album „Pure Heroine", odę do ciężkiego i wrażliwego okresu dorastania na obrzeżach miasta, podbiła serca słuchaczy swoją autentycznością. Każdemu byłoby ciężko się z tym zmagać, ale dla młodej kobiety, która stała u progu wielkiej sławy był to wyjątkowo wielki ciężar. Powiedzmy sobie szczerze: często trudno jest przebić uwielbiany przez wszystkich debiut. Dodajcie do tego jednak poczucie rozkosznej „normalności" i nagle okazuje się, że nie da się tego podrobić.

Więc co robisz, kiedy twój status zwykłej dziewczyny zostaje zmieniony przez ogromny sukces? Wracasz do domu. Lorde powróciła do Nowej Zelandii - gdzie nadal jest znana jak Ella Yelich-O'Connor i tak stworzyła podstawy nowego albumu konceptualnego „Melodrama", który opowiada historię pewnej domówki. Możliwe, że jest to pierwszy tak duży projekt inspirowany drużyną South Auckland Ragers.

Czas, który spędziła w domu, zaowocował nie tylko wyczekiwanym albumem, ale pomógł też zdefiniować samą Lorde. Odizolowana w rodzinnym mieście mogła odzyskać trochę prywatnej przestrzeni, żeby rozmyślać. Po dziwnych próbach zdefiniowania siebie, podczas kiedy świat narzucał jej niezliczone szablony, Ella znalazła miejsce, gdzie sama mogła stworzyć pomysł na siebie. 

Teraz, kiedy czekają ją liczne wywiady, których od lat unikała, usiedliśmy z Lorde, żeby porozmawiać o jej domu i dlaczego tak naprawdę nie wiemy o niej nic. 

Czy możemy zacząć od twojego powrotu do Nowej Zelandii po tak wielkim sukcesie, jaki odniosła płyta „Pure Heroine"? To niespotykany ruch, biorąc pod uwagę jak wielu Nowozelandczyków, planuje wyprowadzkę.
Dla mnie było to jedyne wyjście, czułam, że nie mogłam zrobić niczego innego. Bardzo kocham Nową Zelandię i tam czuję się szczęśliwa i normalna. Są tam moi znajomi, rodzina - mam bardzo silny związek z z tym miejscem. Teraz tam mieszkam. To duża część mnie.

Myślę, że moją relację z Nową Zelandią można porównać do starszego fajniejszego chłopaka, na punkcie którego mam obsesję i spędzam z nim dużo czasu. Po prostu jakbym pytała się jakiej muzyki słucha, bo jest taki odjazdowy i mówiła, że chcę spędzać z nim czas. 

Czytaliśmy, że piszesz głównie o doświadczeniach z Nowej Zelandii. Twoje życie jest pełne wrażeń, dlaczego te najbardziej znane przestrzenie nadal mają tak wielki wpływ na twoją pracę?
To, co mnie pociąga w Nowej Zelandii, to fakt że nie jest interesująca i ekscytująca, ale bardzo domowa i zwykła. Spędzasz tam dużo czasu siedząc w czyimś aucie albo rozmawiasz z kimś przy kuchennym stole. Zauważyłam, że często moje kompozycje są inspirowane słuchaniem czyjejś rozmowy. Zacisze domowe jest bardzo ważne.

Sam album jest dziwnym dokumentem o imprezowaniu, a ja zdecydowanie byłam na wielu odjazdowych i szemranych domówkach w Auckland, których chyba nie ma w Los Angeles. W LA mówią: „Mamy lokaja", a ty myślisz: „Mmmm... to nie to samo".

Czy naprawdę możesz powrócić jako Ella, po tym jak wyjechałaś i stałaś się Lorde?
Ludzie w Nowej Zelandii naprawdę traktują mnie na luzie, mam swoje grono znajomych, których znam o dawna i z nimi spędzam większość czasu. Ale wiesz, to jest też miejsce, gdzie wiesz, kto prowadzi restaurację, do której chodzi codziennie na obiad. Auckland to bardzo zaściankowe miasto, nie mam tu problemu z prowadzeniem normalnego życia. Prawie jakby wszyscy zapomnieli o tym, co robię. Przez większość czasu jestem nierozpoznawana, dlatego czuję się szczęściarą. 

Masz zdolność reprezentowania normalności w ciekawy sposób bez zbędnego romantyzowania. Aktualnie twoje życie ma niezaprzeczalną nutę surrealizmu, czy teraz w codziennych kontaktach szukasz prawdziwości?
Na pierwszy albumie tak, tak wyglądało moje życie. Nie wiedziałam wiele o życiu poza przedmieściem. Starałam się uwznioślić te drobnostki, żeby zdawały się ważne i specjalne, bo to wszystko, co się działo. Teraz muszę się namęczyć, żeby nie brzmiało to, jak: „Och, po prostu uwielbiam chodzić po mleko jak normalny człowiek".

Przez część tego albumu czułam, że uciekłam do swojego wnętrza. Wiele zdarzeń miało miejsce w moim domu. Myślę, że to był wysiłek, by moja opowieść nie była zbyt wyidealizowana. Zabawnie jest wrócić do miejsca, z którym masz taki szczególny związek. Wiecie, przechodzisz przez to wszystko i widzisz jakie zaszły zmiany. 

Czy czujesz, że idealizujesz Nowa Zelandię?
Wiecie co, mam dużo romantycznych skojarzeń z tym miejscem, wracam do domu i prawie zawsze się w nich utwierdzam. Ale przebywanie z dala od tego pomogło mi zrozumieć, że to jest magiczne. Jestem szczęściarą, że urodziłam się w takim miejscu. Kiedy jesteś dzieckiem, myślisz sobie „Auckland jest do kitu, nie mogę się doczekać, aż ucieknę i wyjadę do Tokio". Super, że masz możliwość odwiedzić Tokio, ale ja czerpię dużo energii i radości z powrotu. 

U większości proces dorastania przebiega powoli. Wyprowadzasz się z domu, zdajesz egzamin na prawo jazdy - ale ty pominęłaś te wszystkie kroki. Czy kiedy skończyłaś trasę koncertową, odnalazłaś się bez tych elementów w dorosłym życiu?
To dziwne - koncerty się skończyły i weszłam w stan stagnacji na kilka lat, spałam w domu rodziców i nie robiłam nic nowego. Tak było, dopóki się nie przeprowadziłam. Wtedy zaczęłam nowy rozdział. Czułam, że nagle wszystko się zmienia. Chodziło o małe emocjonalne interakcje z ludźmi albo chwile, w których myślałam: „Pralka wydaje dziwny dźwięk... a więc to jest właśnie dorosłość!". Ale nadal nie potrafię prowadzić samochodu i to jedyna rzecz, której nie mogę zrobić

Wiele z twoich obrazów przedstawiasz z perspektywy pasażera. Zastanawiam się, czy kiedy nauczysz się jeździć twój liryczny punkt widzenia ulegnie zmianie.
To naprawdę interesujące - tak, w mojej muzyce notorycznie jestem pasażerem. Myślę, że na dobre by mi wyszło, gdybym zdała egzamin na prawo jazdy. Możliwe, że zdolność przemieszczania się pomogłaby mi w pracy. Gdy słucham muzyki, muszę być w ruchu. Nie potrafię pracować, kiedy siedzę nieruchomo, dlatego chodzę na spacery, a w Nowym Jorku po prostu wsiadałam do metra i jadę gdzieś, gdzie wcale nie muszę jechać. Po prostu potrzebuję ruchu. 

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Byłaś taka młoda, kiedy promowałaś „Pure Heroine", a to jest czas, w którym próbujesz dowiedzieć się kim jesteś i jaką osobą chcesz być. Ale jak to zrobić, kiedy cały świat tworzy twój wizerunek? Jak kreujesz swoją własną narrację, kiedy świat nieustannie narzuca ci swoją?
Myślę, że szybko odrzuciłam te historie. Myślałam sobie, że to po prostu się nie uda. Szczególnie, że ciągle nosiłam czarne rzeczy i miałam tę fryzurę. Łatwo było stworzyć moją karykaturę, ale wiedziałam, że to nie ja. Pewnego dnia miałam odpuścić sobie fioletową szminkę, prawdopodobnie już na zawsze.

Zgodziłam się na zmianę - dorosłam i przekształciłam się w świecie prywatnym. Przestałam chodzić na imprezy, nie dawałam się fotografować i po prostu wróciłam do domu i tam żyłam, co wiele osób w mojej sytuacji uważa za wyzwanie. Można mieć uczucie, że twoje życie jest definiowane przez wzrok innych, ich słuch, a ludzie ciągle rozmawiają o tobie i twojej pracy.

Znam ludzi, którzy zmagali się z wycofaniem się z tego i myśleli sobie czym jest ich życie, jeśli ludzie nie myślą o nich każdego dnia? Ale ja ceniłam przez kilka lat brak narzucanych opinii. To było dla mnie ważne, kiedy dorastałam. To znaczy, nadal dorastam. 

Czytając teksty o tobie, można dostrzec powtarzający się motyw „jednej na milion", „jedynej z pokolenia", „wybitnego talentu". Jak to jest być nazywaną wyjątkową jednostką? To jak bycie ostatnim jednorożcem.
Tak, zdecydowanie nie podpisuję się pod tym. Nie uważam, że to prawda. Zdaję sobie sprawę ze swoich umiejętności, ale też moich wad i rzeczy, których nie potrafię. Po prostu jak mogę być taka świetna, kiedy wiem o tych wszystkich rzeczach, które robię źle?

Myślę, że prawdziwi tekściarze mają uczucie niezadowolenia z tego, co robią. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę czuła, że coś w pełni skończyłam, lubię osiągać coś jako artystka. Najlepsi pisarze są oddani projektowi, stale starają się zrobić coś najlepiej, jak tylko mogą i próbują naprawić to, co nie do końca im się podobało w ostatnim dziele. Staram się po prostu być najlepsza, jak mogę. Naprawdę mam nadzieję, że pewnego dnia będę bardzo dobra. Swój poziom umiejętności widzę jako małego embriona czy kijankę. 

Jesteś taka otwarta w wywiadach i kontaktach z fanami. Jak decydujesz, które części swojego życia zostawiasz dla siebie?
Jestem bardzo otwartą osobą, nie czuję się skrępowana, kiedy dzielę się emocjami z ludźmi. Ale wydaje mi się zabawne, że jest jeszcze wiele rzeczy, których ludzie o mnie nie wiedzą. Jakieś 10 procent mojego życie to wierzchnia warstwa, o której wiedzą inni, ale prowadzę bardzo prywatne życie. Mam nadzieję, że będzie tak zawsze.

Mam wiele sekretów. To miłe, że ludzie nie wiedzą, co robię każdego dnia i wieczoru. Mogą mieć pewne wyobrażenie, ale lubię to, że jest w tym trochę tajemniczości. Przypomina mi się Stevie Nicks — nie wiemy, co robiła popołudniami w latach 70. Fajnie, że nie mamy wiedzy na ten temat, ale wiemy, co myślała o Donie Henley'u. 

Przeczytaj też:

Lorde i mit cudownego dziecka

13 piosenek, które inpirują Lorde

Lorde przenosi nas do innego świata

Kredyty


Tekst: Wendy Syfret