Reklama

muzyka jak lek

Mary J Blige posiada magiczną umiejętność przelewania swojego bólu w każdą nutę. Chce dzielić się ze światem przeżyciami, zarówno złymi, jak i dobrymi. Jak sama mówi, muzyka okazała się jej zbawieniem.

tekst Hattie Collins
|
11 Styczeń 2017, 4:05pm

2016 był ciężkim rokiem dla Mary J Blige — zakończył się publicznym rozpadem jej małżeństwa z menedżerem Kendu Issacsem, które trwało 12 lat. Ale rozwód nie złamie Mary, piosenkarka i autorka tekstów w ciągu 45 lat życia na tej planecie nauczyła się wielu cennych rzeczy. Jest królową bólu, złamanego serca i radzenia sobie z przeciwnościami losu. Blige uporała się z ciężkim dzieciństwem, okresem dorastania i stała się jedną z największych gwiazd świata muzyki. Pracowała z każdym, kto w ciągu jej 24-letniej kariery wydał się jej warty zainteresowania. Nagrywali z nią m.in. Notorius B.I.G., Sam Smith, Disclosure i Drake. Przyjaźni się i współpracuje z Lil Kim, Eltonem Johnem i zmarłym niedawno Georgem Michaelem. Działa także na rzecz szerzenia świadomości związanej z HIV i AIDS, a także wypowiada się na temat przemocy domowej. Mary posiada magiczną umiejętność przelewania swojego bólu w każdą nutę. Chce dzielić się ze światem swoimi przeżyciami, tymi złymi i dobrymi, pięknymi i okropnymi. Jak sama mówi, muzyka okazała się jej zbawieniem. Pomogła jej nie tylko pokochać siebie, ale także przetrwać na Bronxie i w Yonkers. „Przetrwaliśmy dzięki hip-hopowi i R&B, dzięki muzyce". I właśnie dzięki jej piosenkom miliony innych kobiet znalazły ukojenie — wystarczy wspomnieć „Real Love", „Be Without You", „Everything, No More Drama", „Not Gon' Cry", „I Love You" i „Family Affair". Jej najnowszy singiel „Thick of It" przypomina nam stare, dobre czasy albumu „What's The 411". Spotkaliśmy się z samą królową, by zasięgnąć trochę mądrości od jedynej w swoim rodzaju Mary J Blige.

Skończył się rok, który był ciężki dla wielu z nas. Wkraczamy w 2017 rok i zastanawiałam się, czy masz może dla nas jakieś rady? Wiem, że wiele przeszłaś — jak udaje ci się podnieść, otrzepać i iść dalej?
Zawsze mówię, że jeśli nie masz w sercu miłości do siebie samej, to nie masz niczego. Nie możesz nawiązywać przyjaźni i związków, a przede wszystkim nie masz dobrego związku z samą sobą. Dbanie o siebie jest bardzo ważne, daje pewność siebie i sprawia, że świetnie się czujesz. Wiecie, to trwający proces. Jestem zadowolona ze swojego życia, czuję się ze sobą dobrze, ale musiałam się tego nauczyć. Wcześniej w siebie wątpiłam, wierzyłam w to, co myśleli o mnie inni. We wszystkie negatywne rzeczy, które mówili. Życie dla innych ludzi, którzy mówią o tobie okropne rzeczy, jest wyczerpujące. Koniec tego. To bardzo ważne, żeby kochać siebie, bo jeśli to zrobisz, pokochasz Boga, który jest w tobie. Każdy dzień jest częścią procesu, bo tę miłość nieustannie nadszarpuje negatywna energia świata. Potrzebujesz fundamentu, który powie ci: „Okej, te włosy wyglądają nieźle, ale czy naprawdę one są najważniejsze? Czy te paznokcie mają znaczenie? Nie. Kim jestem, gdy zrzucam z siebie te wszystkie rzeczy? Czy lubię siebie?". O tak. Znalazłam w sobie przyjaciółkę. Robię to od dawna, a naprawdę nienawidziłam siebie, uwierzcie (śmiech). Zapomnijcie o negatywnych rzeczach, bo nie możecie ich zmienić, ani nic z nimi zrobić. Za to pracuję nad rzeczami, które da się poprawić. Ja to ja: dobra, zła i brzydka. Te wszystkie odsłony to prawdziwa ja i taką siebie kocham. Rozumiecie?

Wspomniałaś o Bogu. Jak zachęciłabyś do znalezienia własnej drogi kogoś, kto nie jest religijny?
Cóż, nie chodzi nawet o religię, ale o ducha. Duszę trzeba karmić pozytywnymi rzeczami. Jeśli zadaję się z negatywnymi, krytycznymi, okropnymi ludźmi, którzy ciągle mówią „Nie jesteś dość dobra" to nigdy się nie rozwinę. Znajdźcie w sobie dobro — jest jak nasionko, które wykiełkuje, jeśli będziecie je podlewać. Bardzo długo się bałam. 5 lat temu Mary bała się tego, kim jest naprawdę. Bała się swojej siły, bała się kochać i poznać siebie, tylko z powodu opinii innych ludzi. Jesteś wszystkim, co masz. Czy dasz radę spojrzeć w lustro i się ze sobą zmierzyć? Łatwiej powiedzieć, niż zrobić, ale pracuję nad tym od dawna. Musiałam się nauczyć pokochać siebie.

Miałaś ciężkie dzieciństwo. Jak to wpłynęło na twoją osobowość?
Otoczenie odgrywa wielką rolę. Jeśli nie ma w nim pewnych rzeczy lub ich nie dostrzegasz, to one nigdy do ciebie nie przyjdą. Z wiekiem musiałam podjąć decyzję. Nienawidziłam myśleć, że jestem brzydka i niewystarczająco dobra — miałam dość tego uczucia. Trzeba wybrać samemu, bo może nie zaobserwujesz tego u mamy i taty. To dwa największe wzory do naśladowania, ale nie mogą podejmować za nas decyzji. Prawie całe życie zajęło mi dochodzenie do momentu, w którym mogę powiedzieć, że lubię siebie. Jeśli nie kochasz swojego życia, nikt inny nie zrobi tego za ciebie. A jeśli je pokochasz, ludzie zrobią to z tobą.

Jak sądzisz, jak ty i twoja muzyka pomagacie młodym kobietom i polepszacie ich życie?
Myślę, że wiele kobiet, które poznaję, utożsamia się z pewnymi utworami. Mówią mi „'What's the 411' pomogło mi przetrwać studia" albo „Dzięki 'Not Gon' Cry' wydostałam się z toksycznego związku". „No More Drama" pomogło pewnej dziewczynce okaleczonej przez psa. Jej matka powiedziała mi, że pogryzł jej twarz i było z nią bardzo źle. W radiu w samochodzie usłyszała „No More Drama" i powiedziała: „Chcę żyć". Muzyka pomaga w równym stopniu słuchaczom i mi.

Czego słuchasz, gdy jesteś smutna i przybita?
To dziwne, ale wtedy wybieram ciszę, albo stare klasyki - Steviego Wondera albo The Jones Girls. Nigdy nie słucham piosenek o silnych kobietach, gdy jest mi źle, po prostu siedzę w ciszy (śmiech). Modlę się, słucham gospelu albo mocnego R&B — czegoś, co mi ulży, żebym mogła pomyśleć. Chcę myśleć o tym, co mam zrobić, dotrzeć do sedna sprawy i się od niej uwolnić.

Twój nowy singiel „Thick of It" brzmi jak powrót do ery „What's the 411" i „My Love". Mocne bity nasączone bólem.
O tak. Napisałam go z Jazmine Sullivan, jest jedną z moich ulubionych piosenkarek, po prostu fenomenalna. Nie dostaje uznania, na które zasługuje. Świetnie nam się współpracuje. Gdy zaczęłam pisać album, tworzyłam go z perspektywy kobiety, która stara się uratować swoje małżeństwo. Potem je straciłam, chociaż tego się nie spodziewałam. Dlatego zmieniły się teksty i inne rzeczy... Chciałam pracować z Jazmine, więc zadzwoniłam do niej, spotkałyśmy się i zaiskrzyło. Wiedziałam, że muszę z nią pracować, ale nie wiedziałam, że to wszystko zderzy się z rozwodem itd.

W jakim kierunku zmierza album, teraz gdy przechodzisz rozwód?
Nazywa się „Strength Of A Woman" (Siła kobiety) i znajdują się na nim piosenki, które pisałam jeszcze przed rozwodem. Pisałam ich dużo... było dziwnie. Stworzyłam je z perspektywy kobiety, która ciągle stara się ocalić siebie, stąd ten tytuł. Potrzebowałam siły, gdy nie miałam nikogo, chociaż przecież przebywałam wśród ludzi.

Co masz na myśli?
Byłam otoczona ludźmi. Wydaje się, że w takiej sytuacji ktoś będzie się o ciebie troszczyć i sprawdzać, czy wszystko w porządku, a potem okazuje się, że jednak tego nie robią. Przechodzisz przez piekło sama. Czujesz się, jakbyś miała umrzeć, ale wewnątrz znajdujesz siłę, która cię napędza, pomaga ci wstać, wyjść i udzielać wywiadów z uśmiechem, gdy wszyscy się z ciebie śmieją. Twoje prywatne sprawy stają się newsami na całym świecie, wszyscy gadają i się śmieją. A ty w tym tkwisz, sama. Sama. Tylko ty i Bóg możecie cię ocalić. Tylko twoja siła może cię ocalić. Moja siła, pochodząca od Boga, mnie ocaliła. Dlatego nazwałam album „Siła kobiety".

Nie wyobrażam sobie, jak to jest przechodzić przez rozstanie na oczach całego świata.
To beznadziejne, bo nie chcesz, by wszyscy o tym wiedzieli, gdy składasz papiery w sądzie. Potem docierają one do tych głupich tabloidów, które mają tam biura i wieści się roznoszą, boli cię brzuch, słyszysz o tym codziennie. Ale tak to już jest. A potem z tej drugiej osoby wychodzi jad... to po prostu przytłaczające. Nie zdarzyło mi się to po raz pierwszy. Było tak po [krytykowanej reklamie] Burger Kinga, po sprawie z podatkami, z telefonem, to było po prostu wszędzie (śmiech).

Czy jesteś w stanie spojrzeć na to jako na część twojego życia, przez którą musisz przebrnąć, a wkrótce minie?
Tak, oczywiście. Właśnie dlatego zaczynam teraz swoje koncerty od wyświetlania nagłówków, bo właśnie tu się znajduję, w samym centrum tego wszystkiego. Jest ciężko, ale jestem silna. Jestem siłą kobiety. Nagranie albumu i występowanie z tymi piosenkami jest bardzo terapeutyczne. Oddaję energię i dostaję ją z powrotem od fanów. Dlatego zawsze im mówię, że nie mają pojęcia, ile dla mnie znaczą. Przeszliśmy razem wiele, mamy za pasem jakieś 12 wspólnych albumów, całe nasze życie. Dziś świętujemy.

Dlaczego postanowiłaś zająć się muzyką i dlaczego nadal to robisz?
Bo mnie ocaliła, jest jak terapia. Pomaga mi wykrztusić to, co muszę z siebie wyrzucić. Moi fani też jej potrzebują. Potrzebują tego, przez co przechodzę, żebyśmy mogli razem leczyć rany. To lek. Tworzenie muzyki jest dla mnie lekiem, a wydawanie jej jest lekarstwem dla innych. Jest wszystkim, czego potrzebuję.

Pamiętasz pierwszą piosenkę, którą nagrałaś?
Pierwszą piosenka nosiła chyba tytuł „Don't Go Away". Nadal mieszkałam w bloku komunalnym, nie miałam jeszcze umowy ani nic. Ci ludzie we mnie wierzyli, mieli studio w domu. Zrobiłam z nimi kawałek, a oni oszaleli (śmiech). To z pewnością była pierwsza rzecz, którą nagrałam. Śpiewanie zawsze przynosiło mi ukojenie, nawet w dzieciństwie. Dodawało mi skrzydeł, czułam, że mogę latać. W moim głosie słychać wiele emocji.

Czego się wtedy słuchało w twoim rodzinnym domu?
Soulu. Moja mama go uwielbiała: Aretha Franklin, Jackie Moore, Gladys Knight, Mavis Staples, Betty Wright, Otis Redding, Sam Cooke, The O'Jays i The Spinners. Mój tata (gdy akurat nie występował w funkowym zespole i był z nami) grał piosenki Parliament, Earth, Wind & Fire i Grateful Dead. Tak, Grateful Dead (śmiech)! Dużo się działo. Do tego Kool & The Gang, B.T. Express...

Kiedy zaczęłaś kształtować swój własny gust muzyczny?
Pierwszą piosenką, która zapadła mi w pamięć, była „Reunited" Peaches & Herb. Pamiętam, że zwariowałam. Miałam siedem lat, a nagle poczułam, że muszę się zakochać, śpiewać obie partie, jej i jego. Gdy myślę o tym teraz, czuję to samo. Wtedy zrozumiałam, że chciałam śpiewać. Potem nadszedł hip-hop: Funky Four + One More, Eric B i Rakim, EPMD i the Jungle Brothers. Tak właśnie przetrwaliśmy: dzięki hip-hopowi i R&B, dzięki muzyce.

Czy chodziłaś wtedy na koncerty i imprezy?
Pierwszym koncertem, na jaki poszłam, byli New Edition i Al B. Muzyki doświadczaliśmy na osiedlowych imprezach. Stawiało się DJ-ki w parkach i puszczało muzykę dla całej okolicy, DJ-e miksowali nasze płyty, a my tańczyliśmy.

Czy jest jakaś piosenka, której zazdrościsz innemu artyście i sama chciałabyś ją nagrać?
Pewnie „Crazy In Love" Beyoncé. Ta piosenka jest niesamowita. Gdy usłyszałam ją po raz pierwszy, pomyślałam, że jest po prostu świetna. Cały album jest wspaniały. Amerie też nagrała „1 Thing" z Richem Harrisonem, ale „Crazy In Love"... chciałabym, żeby ta piosenka była moja.

Pracowałaś z wieloma wielkimi gwiazdami. Która współpraca okazała się najbardziej owocna?
Z Eltonem było zabawnie, bo jest rozrywkowy i taki prawdziwy! Method Man też jest super, świetnie się bawiliśmy przy nagrywaniu. George Michael też był wspaniały, a do tego był przemiłym człowiekiem.

A kto ze świata muzyki jest twoim najlepszym przyjacielem?
Oj, mam wielu przyjaciół, nie mogę wskazać jednej osoby. Mam dużą rodzinę: Puffy jest dla mnie jak brat. Moimi bliskimi przyjaciółkami są także Missy Elliott i Lil Kim. Mam też starych przyjaciół. Busta Rhymes jest jednym z najlepszych, jakich mam w branży muzycznej, jest dobrym człowiekiem. Jest ich tylu, że poprzestanę na tym, bo nie chcę nikogo pominąć!

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Płyta „Strength of a Woman" ukaże się w lutym.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Hattie Collins