perwersyjne przyjemności

To jeden z najoryginalniejszych, artystycznie bezczelnych i kreatywnych twórców. Brytyjczyk nazywany „cudownym dzieckiem” kina, w ciągu ostatnich sześciu lat zrealizował aż sześć pełnometrażowych fabuł. Polscy widzowie mieli okazję go poznać za sprawą...

tekst i-D Polska
|
15 Kwiecień 2016, 1:10pm

kadr z filmu „High Rise”

Jak wyglądało twoje pierwsze spotkanie z twórczością i uniwersum Ballarda? Czy zanim przyjąłeś posadę reżysera przy „High-Rise" myślałeś o tej książce jako o możliwej filmowej adaptacji?
Po raz pierwszy przeczytałem tę książkę w wieku 16 lat i naprawdę bardzo mi się podobała. Jakiś czas temu szukałem pomysłu na kolejny film i mój wzrok spoczął pewnego dnia na domowej biblioteczce, akurat na tej pozycji. Wydało mi się bardzo dziwne, że nikt jej jeszcze nie sfilmował, biorąc pod uwagę, że to bardzo znana na Wyspach historia. Potem zadzwoniłem do agenta z pytaniem, kto jest odpowiedzialny za prawa do tej pozycji. W ten sposób dotarłem do Jeremy'ego Thomasa. Pojawiłem się na horyzoncie we właściwym momencie.

Nigdy wcześniej nie pracowałeś nad adaptacją książki. W jaki sposób zabrałeś się za ten projekt, żeby powstał twój prawdziwie autorski film, a nie tylko ekranizacja?
Wspólnie ze scenarzystką Amy Jump zastanawialiśmy się nad możliwymi ujęciami tej historii. Z jednej strony mamy fantastycznie napisane science-fiction z lat 70., niezwykle oryginalne, które właściwie prawie wcale się nie zestarzało. Fascynujące jest czytanie Ballarda dzisiaj ze świadomością, ile rzeczy przewidział. Z drugiej - oboje z Amy urodziliśmy się w latach 70., więc te czasy nie są nam zupełnie obce. Opowiadamy z naszej perspektywy, nie da się więc uniknąć elementów autorskiego stylu.


Kadr z filmu „High Rise"

Czego słuchałeś, co oglądałeś i czytałeś przygotowując się do realizacji „High-Rise"? Wydaje się, że w swojej adaptacji zawarłeś mnóstwo popkulturowych odniesień i kluczy interpretacyjnych.
Jedyną inspiracją było „Ostatnie tango w Paryżu" - swoją drogą bardzo pomocne (śmiech). Poza tym zagłębiłem się nieco w świat Lindsaya Andersona, kilka razy zobaczyłem „Szpital Britannia".
Nie chodziło mi o konkretne odniesienia, raczej o stworzenie wyjątkowej, twórczej atmosfery. W „High-Rise" faktycznie zawarliśmy drobniuteńkie aluzje do filmów innych twórców, ale wiesz, nie próbuję być przez to reżyserem postmodernistycznym, nic z tych rzeczy.

Wspominasz „Ostatnie tango w Paryżu" i Andersona, a ja dostrzegłam w „High-Rise" fragmenty przypominające skrzyżowanie „Mechanicznej pomarańczy", „American Psycho" i „Podziemnego kręgu".
Wydaje mi się, że „Mechaniczna pomarańcza" to na pewno dobry trop, ale taki dość ogólny. Pracując nad filmem nie mieliśmy niczego konkretnego na myśli. Takie odniesienia muszą więc siedzieć w nas bardzo głęboko, skoro nawet podświadomie z nich czerpiemy. Chociaż teraz, jak się nad tym zastanawiam, to faktycznie ruch kamery, taki trochę retro wygląd - to z pewnością pożyczyliśmy od Kubricka - jak kopiować, to tylko od mistrzów! Natomiast o „American Psycho" szczerze mówiąc nie myślę zbyt wiele (śmiech).

Kadr z fimu „High Rise"

Rozmawialiśmy o wpływach filmowych, a co z muzycznymi? W „High-Rise" wykorzystaliście intrygujący cover piosenki „S.O.S" Abby w wykonaniu Portishead, ale Abba niekoniecznie kojarzy się z kinem, jakie tworzysz.
Ja słucham Abby w zupełnie nieironiczny sposób! Mam wrażenie, że kiedy poczyta się ich teksty, można dojść do wniosku, że są naprawdę wspaniale skonstruowane, choć nierzadko bolesne. Częścią geniuszu Abby było pakowanie bardzo smutnych piosenek w popowe, wesołe rytmy. W moim odczuciu zależało im na zapewnieniu słuchaczom rozrywki, a nie na użalaniu się nad sobą. Postanowiliśmy więc wykorzystać ten potencjał, ale zaangażować też jeden z naszych ulubionych zespołów, czyli Portishead - twórców głębokich emocjonalnych mieszanek dźwięków uderzających prosto w serce. Poza tym - uwielbiam covery! Przy „High-Rise" pracowaliśmy też ze świetnym Clintem Mansellem, który skomponował muzykę do filmu. Jest niesamowity! Słuchałem bardzo wielu jego utworów i uważam, że ma genialne ucho do niezwykłych dźwięków, ale też takich, które razem tworzą harmonię, chociaż osobno są dysonansowe. Dzięki jego wprawie i talentowi nawet muzyczne niezręczności brzmią pięknie i niepokojąco. Dokładnie to, czego potrzeba było „High-Rise". Dzięki Clintowi nasz film wzbogaca cała gama emocji powodowanych dźwiękami - prymitywna siła, dominacja arogancji, a z drugiej strony kruchość, dojmująca samotność, pustka.

Opowiesz mi coś więcej o procesie doboru aktorów?
Większość z nich, jeśli nie wszyscy, grają w „High-Rise" role kompletnie inne od wcieleń, które w ich wykonaniu znamy. Nigdy nie pomyślałabym, że można obsadzić Toma Hiddlestone'a jako doktora Lainga, Elisabeth Moss jako Helen, czy Luke'a Evansa jako Wildera. 

Nie dość, że im to zaproponowałeś, to jeszcze się zgodzili!
Kiedy zastanawialiśmy się nad wyborami obsadowymi, skupiliśmy się na materiale, który uzyskaliśmy w czasie rozmów z aktorami, niemal zupełnie pomijając role, które kiedyś grali. Chcieliśmy przede wszystkim dotrzeć do nich jako do ludzi. Nie zależało nam na odtwarzaniu poprzednich wcieleń. Obserwowaliśmy tę naszą wspaniałą gromadkę i widzieliśmy postaci, które mieli grać. Kiedy po raz pierwszy spotkałem Luke'a, czułem, że ma w sobie ogromne pokłady palącego gniewu i siły, rodzaju jakiegoś pierwotnego żywiołu. Z kolei Tom - no cóż… na poziomie zupełnie trywialnym to po prostu bardzo przystojny mężczyzna, a jednocześnie nieziemsko inteligentny. Obserwując go, gdy przygotowuje się do roli, niemalże jest się świadkiem przeistoczenia, dostrzega się moment, w którym z Toma zostaje Laingiem. Jest też niesamowicie skromny, skryty, co dodaje jego postaci tajemniczości i w pewnym stopniu intymności. Dla nas wystarczyłoby, żeby po prostu był. Ale on - perfekcjonista w swoim fachu, bardzo długo przygotowywał się do roli. Opowiadał, że wziął dodatkowe lekcje squasha, ale wiem, że odwiedzał też w laboratorium pewnego patomorfologa, który wprowadzał go w tajniki sekcji zwłok - dosyć to makabryczne, przyznaję, ale twierdził, że dzięki temu lepiej rozumie swojego bohatera. Do dzisiaj czasem pyta się, czy nie chciałbym mu może towarzyszyć w kostnicy… zazwyczaj odmawiam (śmiech). Elisabeth Moss z kolei dysponuje genialnym zestawem cech - potrafi wcielić się w każdego. Do tego ma fenomenalne, mroczne poczucie humoru. Patrząc na nią, niewiniątko, w życiu byś tego o niej nie powiedziała - a jednak! Śpiewająco radzi sobie z dziwacznymi wyzwaniami, a takich miała u nas całe mnóstwo.

Reżyser Benem Wheatley na planie „High Rise"

„High-Rise" to aktorsko bardzo wymagający film. Tematem przewodnim wydaje się rozprawa ze stereotypem męskości - ciasno związanym tu z brutalną, prymitywną siłą, żądzą władzy. Tacy są też twoi bohaterowie - okrutni, źli, agresywni i przeraźliwie samotni.
Rzeczywiście, dlatego wybraliśmy absolutnie najlepszych możliwych kandydatów do głównych ról. Z mojej perspektywy wygląda to tak, że jako reżyser muszę szanować i kochać aktorów. Na planie dają z siebie wszystko, wyruszają ze mną w dalekie emocjonalne podróże, do miejsc, których nikt inny nie odważyłby się odwiedzić. Są jak otwarte księgi. Kiedy się z nimi przebywa, jest się świadkiem głębokich przemian. Obserwuje się momenty, w których odsłaniają wszystko. Należy wtedy z wielką ostrożnością towarzyszyć im w procesie przeistoczenia, by pomóc potem wrócić do rzeczywistości. To ogromna odpowiedzialność. Moim zdaniem zawód aktora jest często mylnie postrzegany jako przyjemny, związany z popularnością i ciągłymi imprezami. Prawdziwy aktor to niezwykle silna jednostka, ktoś, kto w jednej chwili potrafi być kimś zupełnie innym i w każdym wcieleniu przekonywać niedowiarków. „High-Rise" to momentami film ekstremalny, szczególnie sceny kompletnego, niekontrolowanego chaosu. Moją rolą jako reżysera było umiejętne nad nimi zapanowanie, by aktorzy czuli się bezpiecznie i by ten pozorny bałagan wyglądał dokładnie tak, jak to zaplanowaliśmy.

Zarówno książka, jak i film, osadzone są w latach 70. Nie kusiło cię, żeby uwspółcześnić tę historię i przenieść ją do czasów teraźniejszych?
Nie, nie myślałem o tym. Jestem prawie pewien, że to by się nie udało. Mnóstwo kluczowych fragmentów książki nie mogłoby zaistnieć z taką mocą dzisiaj. Motywem przewodnim jest izolacja w wieżowcu w czasie, kiedy nie było powszechnego dostępu do komputerów, komórek, mediów społecznościowych. Stosunkowo dużo łatwiej wytworzyć napięcie w takim otoczeniu. Poza tym od dawna fascynuje mnie fakt, że filmy historyczne zawsze w jakimś stopniu odnoszą się do teraźniejszości. W końcu tworzą je ludzie żyjący dzisiaj, patrzą więc na przeszłość z własnej, nowoczesnej perspektywy. Z obserwowania alternatywnej rzeczywistości lat 70. przez pryzmat „High-Rise" wynika szczególna perwersyjna przyjemność.

Ballard zdaje się żywo zainteresowany eksploracją granic wytrzymałości, różnego rodzaju ekstremów. Wydaje się, że ty chyba też musisz lubić poddawać swoich widzów próbie, sprawdzać ich w trudnych warunkach. Czy każdy twój film to jakiś pokrętnie ułożony test psychologiczny?
(śmiech) Bardzo możliwe! Ale tak serio - wydaje mi się, że najbardziej wartościowym kinem jest kino różnorodności i odmiennych stanów emocjonalnych. Każdy dobry film powinien „przeczołgać" widza po wszystkich możliwych emocjach - na pewno takie zadanie stawiam przed tym, co sam tworzę. Nie może być zbyt przewidywalnie i przyjemnie, bo skoro życie dokładnie takie najczęściej jest, to rozrywka powinna przynosić coś zupełnie innego, stymulować intelektualnie i skłaniać do refleksji.

W moim rozumieniu kino to rodzaj przebłysku świadomości, rytuał przenoszenia się do zaciemnionej przestrzeni z grupą ludzi, by być świadkami rodzaju wspaniałej halucynacji, która spaja czas i uczucia, bombarduje światłem, kolorem i dźwiękiem. Chcę, by filmy transportowały mnie do nieodkrytych miejsc, uczyły i przysparzały doświadczeń. Mam takie piękne marzenie, że widzowie, którzy oglądają moje filmy, tak się właśnie czują.

Kredyty


Tekst: Magdalena Maksimiuk

Tagged:
Kino
High Rise
ben wheatley