z haiderem ackermannem o celebrytach i cyfrowości

Haider Ackermann, nostalgiczny marzyciel w samym sercu przemysłu zafascynowanego nowością, z każdym swoim krokiem wprowadza do mody więcej magii. Przypominamy rozmowę i-D z zeszłego roku.

tekst Anders Christian Madsen
|
03 Kwiecień 2015, 1:23pm

Ackermann lubi przystojne kobiety i eleganckich mężczyzn, ale lepiej nie określajcie jego twórczości mianem androgenicznej. Jak sam mówi:

- W moim słowniku nie ma tego słowa.
Gdy na sezon S/S14 wskrzesił swoją linię męską, jego mocno wytatuowani modele, dandysi arystokraci, przypominali jego samego - Latynosa intelektualistę, rockandrollowego nomadę, z wyjątkową słabością do pluszowego ubioru domowego (tego wieczora miał na sobie wygodny szary sweter). Mrocznie seksowna kolekcja damska na ten sezon nie tylko potwierdziła, że jest najlepszym kolorystą w świecie mody, ale zaznaczyła też 10. rok obecności Ackermanna na Paris Fashion Week. W ciągu tej dekady proponowano mu posadę dyrektora kreatywnego w praktycznie każdym liczącym się domu mody, od Margieli po Chanel.

Jeśli wybór hotelu jakoś świadczy o człowieku, to Claridge's, w którym spotkaliśmy się z Haiderem, mówi o jego charakterze wszystko. Zawsze, gdy jest w Londynie, zatrzymuje się właśnie tu, podobne miejsca ma też w Paryżu i Antwerpii, między którymi dzieli swój czas.
- Podróżuję tak często, że chcę móc zarzucić gdzieś kotwicę. Tu ludzie są mili, przyjaźni i...
- przerywa sam sobie - ...to brzmi bardzo nudno, prawda?
Gdyby nie znało się Ackermanna, pewnie można byłoby tak pomyśleć, ale prawda jest taka, że jego życiu daleko do monotonii. Urodził się w getcie Bogoty, stolicy Kolumbii, w 1971 roku. Jako niemowlę został zaadoptowany przez francuskiego kartografa i jego żonę, z którymi mieszkał w Czadzie, Etiopii i Nigerii, aż na stałe osiedlili się w Holandii, gdy Haider miał 12 lat.

Dziś odwiedza rodziców mieszkających na południu Francji wspólnie z rodzeństwem - siostrą adoptowaną w Wietnamie i bratem z Korei. Spotykają się w Boże Narodzenie, które - jak twierdzi Haider - nie jest najłatwiejszym świętem dla tak wędrownej rodziny:
- W święta zawsze otaczali nas obcokrajowcy i nieznajomi. Nie tylko przyjaciele moich rodziców, ale też bezdomni. Mój ojciec wpuszczał do domu wszystkich, więc raczej nie wspominam Bożego Narodzenia jako ciepłego, rodzinnego spotkania. Wszędzie było pełno ludzi mówiących przeróżnymi językami.
To niezwykłe dzieciństwo dało Ackermannowi jego dzisiejszy bohemistyczny spokój, połączony z dżentelmeństwem i nieskrywaną tęsknotą za tym, co tradycyjne.
- Chyba ostatecznie jestem jednak bardzo burżujski - wyznaje, po czym zamawia lampkę chablis.

W ciągle rozwijającym się przemyśle, który nawet na moment nie traci tempa, natura Ackermanna stworzyła z niego postać marzyciela z dawnego świata, który otacza czcią klasyczną erę mody. Słowo „internet" wypowiada takim samym nieprzekonanym głosem jak sceptycy ery cyfrowej mówią o nowomodnych gadżetach - z jego ust brzmi, jakby opisywało coś, co tak naprawdę nie istnieje. Dość nieufnie patrzy też na media społecznościowe.
- W porządku jest informowanie ludzi o swojej twórczości, ale po co opowiadać o życiu prywatnym? Wydaje mi się to bardzo niebezpieczne i przygnębiające. Pewnego dnia Olivier Theyskens zamieścił na Instagramie nasze wspólne zdjęcie. Od razu zdałem sobie sprawę, jak to na mnie wpływa, bo po półgodzinie pytałem go, ile już mamy lajków - żartuje. - Mógłbym z łatwością stracić wiarę w siebie, bo czy można czuć się dobrze, mając mniej lajków niż inni?

Opowiedział też, jak ostatnio podczas obiadu młody projektant chciał wrzucić na Instagram ich wspólne zdjęcie. Gdy Ackermann odmówił, jego współbiesiadnik nalegał, by zrobił to dla swoich fanów.
- Pomyślałem sobie: jedyne, co muszę dla nich robić, to piękne ubrania! Nie chciałem dzielić się z nikim tą wspólną chwilą... chyba jestem bardzo samolubny - ocenia.
Nawet jeśli jego pogarda dla nowych sposobów autopromocji wydaje się - jak na względnie modnego projektanta - niemodna, to Ackermann nadrabia wszystko zuchwałą samoświadomością i autoironią. Jak sam przyznaje:
- Uwielbiam magazyny plotkarskie. Widziałem ostatnio zdjęcie Justina Biebera, które zrobiła i opublikowała w internecie prostytutka - szaleństwo! Nie można już nawet spać w spokoju, bo twoje zdjęcie może nagle obiec cały świat.

Ackermann przyznaje się do czytania recenzji swoich kolekcji, ale ma problem z niekonstruktywną krytyką generowaną przez niektórych dzisiejszych odbiorców:
- W internecie każdy ma opinię na każdy temat i swobodę mówienia, co tylko chce. Przepraszam, ale nie.
W dzisiejszym klimacie prowadzenia promocji marki, gdy domy mody zabiegają o uwagę blogerów, ubierając ich i wysyłając na pokazy, słowa Ackermanna są równie kontrowersyjne, co odważne. I o ile przyznaje się on do pewnej fascynacji natychmiastowością blogosfery, raczej nie czyta jej tworów:
- Niektórzy ludzie są wykształceni, mają doświadczenie i wiedzą, co mówią. Ale gdy inni po prostu piszą, co im tylko przyjdzie do głowy, mam z tym pewne problemy. Bo co chcą wyrazić słowami: pokaz mi się nie podobał? Ocenianie i krytyka nie są aż tak proste.

Wraz z cyfryzacją branży gatunek reprezentowany przez Ackermanna - analogowi romantycy - staje się coraz bardziej zagrożony. Jego pokazy tradycyjnie odbywające się w sobotnie poranki Paris Fashion Weeku nie są streamowane na żywo w internecie, nie są wielkimi widowiskami, ale i tak zawsze przyciągają komplet widzów.
- Nie chodzę na zbyt wiele pokazów, bo czuję się przez nie niepewnie. Ale kiedy już na nich jestem, myślę sobie: co to za ludzie? Wszystko się pozmieniało - mówi, wzruszając ramionami. Marzy o ograniczeniu publiczności swoich pokazów do 200 osób. - Ludzie mogą uznać to za arogancję. Trzeba być bardzo ostrożnym, by nikogo nie urazić.
Zafascynowany magią intymnych prezentacji, których doświadczył w młodości, opowiadając o instytucji pokazu, Ackermann staje się jakby poetą. (Zapytajcie go o pokazy Johna Galliano, u którego był stażystą, a w kilku słowach sprawi, że poczujecie się, jakbyście tam byli).

- Nie ma nic piękniejszego niż bycie obecnym na défilé, słuchanie muzyki, odczuwanie oddechu osoby siedzącej obok i dostrzeganie najmniejszych ruchów tkanin. Absolutnie każdy pokaz opiera się na ruchu. Trzeba tylko być tam na miejscu, żeby zrozumieć, co projektant ma do powiedzenia. To potrafi zelektryzować - zachwyca się Ackermann.
Poruszanie się tkanin i ludzi gra główną rolę w jego twórczości. Podobnie jak projektowane przez niego ubrania, tak jego sugestywne pokazy okrywają odbiorców warstwami doznań. Wywołują u nich te same emocje, które towarzyszyły mu, gdy projektował. Od czasu jego pierwszego pokazu w 2003 roku powoli, ale stanowczo opowiada jedną historię, rozdział po rozdziale, badając głębię wyśnionej przez siebie zmysłowej i silnej kobiety, na której męskie garnitury i widmowe suknie spoczywają jak zbroja i druga skóra zarazem.

Nie wspominajcie przy nim jego 10. rocznicy. Ackermann brzydzi się jubileuszami podobnie jak Bożym Narodzeniem. Ale gdy pytamy o jego pierwszą kolekcję, zupełnie zmienia ton:
- Nie lubię oglądać się za siebie, ale była w niej pewna surowość i naiwność, a także rzeczy robione ręcznie, co już mi się niestety nie zdarza. Bardzo chciałbym do tego wrócić, ale szycie ręczne to drogi proces.
Wielu fanów Ackermanna uważa ten pokaz za perełkę w jego dorobku. Projektant zorganizował go na własną rękę, po tym jak poproszono go, by po trzech latach studiów opuścił wybitną Królewską Akademię Sztuk Pięknych w Antwerpii za - jak określił to jego przyjaciel i wychowanek tej samej uczelni Raf Simons - „problemy z kończeniem kolekcji". Jak się okazało, Ackermannowi lepiej szło w prawdziwym świecie mody niż na studiach. Jego kolekcja odbiła się szerokim echem w branży - na jego ubrania chrapkę mieli nie tylko najważniejsi dystrybutorzy, ale też największe damy.

Mimo że odmawia prośbom większość celebrytek, mówiąc o nim, nie można pominąć gwiazd, które noszą jego ubrania. (Niekoniecznie uwzględniając jedną z nich... Uszyłem kiedyś sukienkę ze złotej lamy i pomyślałem sobie: PJ Harvey dobrze by w niej wyglądała. Po czym otworzyłem jakieś czasopismo i zobaczyłem, że kupiła ją Mariah Carey - uśmiecha się Haider - ale to już inna historia). Należą do nich między innymi Tilda Swinton czy Janet Jackson (obie są dobrymi przyjaciółkami Ackermanna). Stały się jakby ambasadorkami jego marki, ucieleśniając zmysłową siłę i szelmowską seksualność kobiety wg Haidera. (Jego ulubiona piosenka Janet Jackson to „Let's Wait a While", bo przypomina mu o sześcioletnim romansie z przyjacielem jeszcze przed coming outem). Twórczość Ackermanna zawiera stały, czasem graniczący z pornografią, element seksapilu - niezależnie od tego, czy jest to sugestywny sposób, w jaki sukienka układa się na kobiecych krągłościach, czy bardziej dosadny prześwitujący top noszony bez biustonosza.

Czy sama pornografia kiedykolwiek go kręciła?
- Nie oglądam pornografii, bo mnie po prostu nie interesuje, ale kiedyś ktoś zapytał, co innego chciałbym spróbować zrobić, odpowiedziałem: porno! Nie wiem, skąd się to wzięło, ale uwielbiam kontakt kobiety z mężczyzną albo dwóch kobiet czy dwóch mężczyzn.
Jak mogłoby to wyglądać?
- Nie powinno być zbyt eleganckie ani wytworne. Raczej konkretne jak koncert Nicka Cave'a. Powinno dostarczać tej samej surowości, jakiej można tam doświadczyć.
Czy Ackermann ma jakieś doświadczenie z pornografią?
- Gdy byłem młody, jeden z moich chłopaków kręcił film porno. Nie chciałem go oglądać, ale w końcu to zrobiłem dziesięć lat później. Było dziwnie, bo widziałem to nagranie i ruchy mojego chłopaka... nie mogę za dużo powiedzieć, bo jeśli dowiesz się, kto to był...
Cóż za dżentelmen!

Podczas gdy dawny świat mody obserwuje, jak jego przemysł przyspiesza i wkracza na nowe tereny - z livestreamingiem, blogerami i mediami społecznościowymi - Ackermann swoimi dobrymi manierami i oddaniem temu, co w modzie i życiu najważniejsze (i często wolniejsze), reprezentuje ducha, o którego warto dbać. Nie trzeba też psychoanalityka, by stwierdzić, jak bliskie temu duchowi jest to, co Ackermann chce, by ludzie odczuwali, nosząc jego ubrania.
- Tilda zawsze powtarza: „Gdy prezentuję na czerwonym dywanie ciuchy twojego autorstwa, czuję się w pełni sobą. I czuję się bezpieczna". To chyba najpiękniejszy komplement, jaki projektant może usłyszeć - podsumowuje Ackermann.
Jest to dość bliskie jego filozofii życiowej: „Wyprostuj się i staw temu czoła".

haiderackermann.be

Kredyty


Tekst: Anders Christian Madsen
Zdjęcia: Nick Dorey
Stylizacja: Jack Borkett

Tagged:
Wywiady
Haider Ackermann