Reklama

gap year, czyli jak uciec od codzienności

Przed wami cztery zupełnie różne historie o tym, jak można w jednej chwili rzucić wszystko, co „tu i teraz”, i zacząć spełniać swoje marzenia.

tekst i-D Staff
|
04 Sierpień 2015, 8:50am

fot. Karolina Karwan

„Gap year" w wolnym tłumaczeniu oznacza tyle co „rok przerwy" i całkiem dobrze oddaje naturę tego pojęcia, chociaż ramy czasowe często ulegają zmianom. To bardziej stan umysłu niż przebyte kilometry. Oderwać można się od różnych spraw: pracy, studiów albo po prostu codziennej rutyny. Kupić bilet na samolot i udać się do miejsca, o którym do tej pory jedynie się marzyło. Tak zrobili nasi bohaterowie.

Karolina Karwan (29 lat)
półtora roku na Jawie (Indonezja)

Jakie scenariusze układałaś sobie w głowie, czego oczekiwałaś od tej przerwy?
Niektórzy dojrzewają, przemieszczając się. Nie twierdzę, że to jedyny sposób na poznanie życia i dojrzałość, ale w moim przypadku najwyraźniej tak.
Przez rok studiowałam na Indonezyjskiej Akademii Sztuk Pięknych. Oficjalnie dostałam się na wydział tańca tradycyjnego, a nieoficjalnie uczyłam się jeszcze na paru innych kierunkach. Przez pierwsze pół roku mój kalendarz był zawalony przeróżnymi zajęciami z innej bajki: taniec balijski, karawitan (tradycyjna muzyka indonezyjska), kendang (bębny tradycyjne), teatr fizyczny. Chciałam spróbować wszystkiego, więc nawet nie pozwalałam sobie na odpoczynek. To było niesamowite, jak teleportacja na inną planetę.

Co do moich planów związanych z życiem na Jawie to wiedziałam, że oprócz nauki w szkole muzycznej chcę realizować projekty fotograficzne oraz filmowe i jeszcze do tego wszystkiego podróżować, ile się da. Wyjechałam razem ze swoim chłopakiem.

Co cię najbardziej zaskoczyło? Twoja największa przygoda?
Od Indonezyjczyków można się wiele nauczyć. Spotkałam na swojej drodze ludzi szczęśliwych - mieli tylko jedno pole ryżowe i skromny domek z bambusa, a witali mnie szczerym uśmiechem i mądrym spojrzeniem, które sugerowało, że wiedzą o życiu więcej niż niejeden europejski bogacz.
Kiedyś pojechaliśmy na Kalimantan, indonezyjską część wyspy Borneo. Żyliśmy w lesie bez elektryczności i komórek, pijąc czystą wodę ze strumienia i rozmawiając z Dajakami. Pokochałam tych ludzi. Był to wielki reset dla ciała i duszy. Przypomniałam sobie wtedy o tym, co jest w życiu naprawdę ważne.
Poza tym nakręciliśmy teledysk dla zespołu Eric Shoves Them In His Pockets zatytułowany Dive Into - to był nasz zachwyt nad indonezyjską naturą - oraz wideoimpresję o tradycyjnych technikach tatuażu w Indonezji Bumi Bulao.

Gdzie mieszkałaś?
Na początku nasze życie było bardzo intensywne. Przez pierwsze półtora miesiąca remontowaliśmy po zajęciach nasz nowo wynajęty stary dom. Ceglany, z ogrodem, przy polu ryżowym, za małe pieniądze. Był bardzo zaniedbany - zresztą jak większość domów w Indonezji. Cała ta sytuacja wyglądała jak początek nowego życia.

Jak się tam utrzymywałaś? Pracowałaś?
Dostawałam stypendium, ale zdarzyło nam się też parę sytuacji zarobkowych, np. statystowaliśmy w filmie historycznym. To było ciekawe doświadczenie. Graliśmy kolonizatorów holenderskich, paradując w bufiastych sukienkach i wielkich kapeluszach.

Kiedy poczułaś, że projekt dobiega końca i pora wrócić do domu?
W pewnym momencie zaczęłam po prostu tęsknić za rodziną i przyjaciółmi.

Jedno wspomnienie z bycia gapyearką, którego nigdy nie zapomnisz?
Mieszkaliśmy w Yogyakarcie, mieście leżącym u podnóża wulkanu Merapi. Jest on aktywny, wybucha regularnie co cztery lata. Byliśmy tam akurat wtedy, gdy znów miało dojść do erupcji. Pluł siarką od czasu do czasu, ale jednak nie wybuchnął.
Któregoś poranka obudziło nas dziwnie jasne, niemalże białe światło zza okna. Jakby padał śnieg! Śnieg w Indonezji?! Ogród i wszystko dookoła było białe. Okazało się, że obudził się Kelud, wulkan oddalony o 250 km od Yogyakarty. Pył wulkaniczny spadał na nasze miasto przez około dwa tygodnie. Czuliśmy się jak w amerykańskim filmie katastroficznym.Karolina Karwan

Ewa Konieczny (28 lat)
11 miesięcy na Arubie (wyspa na Morzu Karaibskim), zaraz po ukończeniu studiów

Jakie scenariusze układałaś sobie w głowie, czego oczekiwałaś od tej przerwy?
Miałam trzy założenia: ma być daleko, egzotycznie, chcę pływać na surfie i kicie. Traf chciał, że akurat w trakcie zbierania pieniędzy na wyjazd poznałam chłopaka, który był instruktorem i właśnie szukał pracy, najlepiej gdzieś daleko. Pomyślałam, że będzie bezpieczniej, jeśli nie polecę sama. Obstawiałam dwa kierunki: Aruba albo Sri Lanka. Uwielbiam klimaty rasta, więc wyspa na Karaibach wygrała.

Opowiedz trochę o Arubie i miejscach, które odwiedziłaś.
Gdy przed wyjazdem wpisywałam w Google Grafika hasło „Aruba", wyskakiwały zdjęcia lazurowej wody, pięknych plaż i kolorowych holenderskich domków. Tak naprawdę te domki stoją tylko w stolicy wyspy, Oranjestad, i jest ich może osiem. Prawie połowę z tych 11 miesięcy spędziłam w Palm Beach - to typowy kurort. Próbowałam tam swoich sił chyba w każdej możliwej pracy, poza prostytucją. Ta co prawda jest legalna w arubijskim miasteczku San Nicolaas, które słynie tylko z tego i tylko po to się tam jeździ...

Co cię najbardziej zaskoczyło?
To, jak szczęśliwi mogą być biedni ludzie. Mimo że ledwo wykarmiają rodzinę, są uśmiechnięci i niesamowicie otwarci.

Twoja największa przygoda?
Raz wylądowałam w parku narodowym, który wyglądał jak skalna pustynia, a kolega zgubił tam kluczyk od wypożyczonego samochodu. Nie mieliśmy nic do jedzenia i picia, tylko parę kawałków arbuza, baterie w telefonach padły nam nad ranem. Ale była też cała masa innych przygód: walki kogutów, mieszkanie na plaży.

Kiedy poczułaś, że projekt dobiega końca i pora wrócić do domu?
Po mniej więcej miesiącu podjęłam decyzję, że zostaję dłużej, chociaż wstępnie miałam być tam tylko miesiąc. Znalazłam fajną pracę na plaży w knajpie, raptem 2 km od domu. Jakieś trzy dni po tym, jak odleciał mój samolot, okazało się, że nowy właściciel lokalu zwolnił wszystkich pracowników i obsadził knajpę swoimi ludźmi.
Nie byłam w stanie uzbierać pieniędzy z pracy dorywczej. Dniówki wystarczały na 2-5 dni - zależnie od tego, co aktualnie robiłam. Po prawie roku się poddałam. Były ostatnie dni sierpnia, sezon turystyczny powoli dobiegał końca i straciłam nadzieję, że coś jeszcze znajdę. Zbliżały się moje urodziny, a ja pracowałam w nowo otwartym barze. Dogadałam się z moją rodziną, że w ramach prezentu dołożą mi pieniądze do biletu powrotnego. Mając już bilet, dosłownie popłakałam się ze szczęścia. Dwa dni po jego zakupie dostałam propozycję stałej pracy na Arubie, los zachichotał.

Co ci dało to doświadczenie?
Dopiero na Arubie poznałam prawdziwą wartość pieniądza. To straszne, że było mi tak bardzo źle tylko z powodu głupiego papierka. Na szczęście miałam wokół siebie ludzi, którzy pokazali mi, że da się bez tego żyć. A gdy nawet zdobędzie się pieniądze, to i tak warto je rozdać tym, którzy ich aktualnie nie mają. Zostało mi to do dziś. Jeśli mam czegoś za dużo, oddaję potrzebującym.

Tomek Szymula (33 lata)
10 miesięcy w South Lake Tahoe (Kalifornia)

Jak wpadłeś na pomysł, że potrzebujesz przerwy?
Akurat uczyłem się do dużego egzaminu, kilka innych miałem już za sobą, czułem, że jestem strasznie zmęczony, potrzebowałem odpoczynku. Pamiętałem, że para moich znajomych planowała wziąć urlop dziekański i zwiać za ocean. Zadzwoniłem do nich, zapytałem, czy jest jeszcze czas, żebym podłączył się pod ten wyjazd - okazało się, że tak. Miałem odłożone pieniądze z wakacyjnej pracy w Norwegii, więc mogłem kupić bilet na samolot. Niewiele myśląc, odrzuciłem książki na półkę i zacząłem załatwiać formalności.

Co cię najbardziej zaskoczyło w USA?
Ciekawym doświadczeniem był efekt „tutaj wszystko jest jak z filmu" oraz „wszystko jest jak u nas w Polsce, tylko trochę inne".

Sama jazda na desce w Kirkwood, gdzie mieszkałem przez dłuższy czas, była jednym z przyjemniejszych doznań. Częste opady lekkiego śniegu, jego ilość i długość tras zjazdowych gwarantowały dobrą zabawę. Było również dość miejsca poza trasami, jeżeli ktoś lubił taką jazdę - praktycznie nie korzystałem z wyznaczonych torów, wolałem slalom między drzewami.

Jak się tam utrzymywałeś? Pracowałeś?
Wszyscy pracowaliśmy w kasynach - ja najpierw jako kelner, a potem krupier przy blackjacku. Poznałem masę ciekawych ludzi. Dużo Amerykanów, ale też Brazylijczyków, Koreańczyków, Wietnamczyków, Meksykanów, Filipińczyków. Wszyscy byli bardzo otwarci i ciekawi świata.

Kiedy poczułeś, że projekt dobiega końca i pora wrócić do domu?
Datę powrotu do Polski wyznaczały mi zbliżające się daty wylotu i wygaśnięcia wizy. Tęsknotę za domem poczułem po raz pierwszy po około sześciu miesiącach pobytu w USA. Później to uczucie było mniejsze, ale chyba ciągle czaiło się gdzieś z tyłu głowy.

Wspomnienie z bycia gapyearem, którego nigdy nie zapomnisz?
Nie ma jednego wspomnienia, bo robiłem całą masę superrzeczy. Nie spędzałem czasu w barach czy na imprezach. Jeździłem na snowboardzie, wspinałem się po górach, biwakowałem, żeglowałem, dużo jeździłem i zwiedzałem, ile się dało. Wydałem na to sporą część zarobionej kasy, ale nie żałuję ani centa.

Daniel Stelmaszak (30 lat)
od dwóch lat: Paryż, Londyn, Berlin, Sydney i wiele innych miejsc

Jak wpadłeś na pomysł, że potrzebujesz przerwy?
Kocham Warszawę, ale również kocham Sydney - tam się urodziłem. W międzyczasie pomieszkiwałem w Berlinie i dużo podróżowałem. To strasznie fajna sprawa mieć podwójne obywatelstwo - często widzę, jak ludzie się męczą, walcząc o pozwolenie na pracę w Australii, ale także w Europie czy Azji, a ja to po prostu mam.

Jakie scenariusze układałeś sobie w głowie, czego oczekiwałeś od tej przerwy?
Nigdy nie było konkretnego scenariusza. Bakcylem podróżowania zaraził mnie ojciec, a że jestem fotografem i potrafię pracować i utrzymywać się, podróżując, mogę sobie pozwolić na zmianę miejsc zamieszkania, zwiedzanie, poznawanie kultur itd.

Opowiedz trochę o miejscach, które odwiedziłeś.
Mieszkałem, pracowałem i uczyłem się w Paryżu, Londynie, Berlinie, Sydney oraz Warszawie. Dzięki podróżom lepiej poznałem Bangkok, który odwiedziłem już wielokrotnie - chętnie bym tam pomieszkał. To naprawdę cudowne miasto. Byłem tam z bliskimi mi osobami i odkryliśmy wiele ciekawych zakątków - miejsca, do których w ogóle nie zaglądają turyści. Przebywaliśmy wśród rodowitych hipsterów w azjatyckich Planach B [popularna warszawska miejscówka - red.]. Czułem się tam bardzo bezpiecznie i swojsko.

Co cię najbardziej zaskoczyło? Twoja największa przygoda?
Pierwsze, co mi przychodzi do głowy: taniec na pustej plaży tuż po śniadaniu. Biały piasek, lazurowa woda, wygięte palmy kokosowe, przyjaciele, słońce i śmiech. Coś wspaniałego!

Jak się tam utrzymywałeś? Pracowałeś?
Z pracą bywało różnie. Gdy byłem nieco młodszy i nie miałem jeszcze rozbudowanego portfolio, to na ogół pracowałem w gastronomii, kilka razy w jakichś call centrach. Teraz zajmuję się tylko i wyłącznie fotografią.

Czy nie czujesz, że projekt dobiega końca i pora wrócić do domu?
Projekt się nie kończy. Póki co muszę być w Sydney, ale nie mogę się już doczekać egzotycznych wysp, piasku, książek i miesięcy wolnego czasu. A to wkrótce nastąpi...

Kredyty


Tekst: Klarysa Marczak
Zdjęcia pochodzą z prywatnych archiwów.

Tagged:
podróże
gap year
daniel stelmaszak
ewa konieczny
karolina karwan
tomek szymula