dlaczego kochamy dziwne seriale?

Od „Stranger Things” po „The OA”, od „Młodego Papieża” po powrót „Twin Peaks”. Świat staje się coraz bardziej dziwny, więc nic dziwnego, że to samo dzieje się z serialami.

|
01 lutego 2017, 4:32pm

Czy potrzebujemy surrealizmu, by poradzić sobie z rzeczywistością, która okazuje się coraz bardziej pokręcona? Ktoś mógłby zapytać: a czy papież jest katolikiem? W reżyserowanym przez Paolo Sorrentino szumnie omawianym serialu „Młody Papież" nie dostajemy jasnej odpowiedzi na pozornie retoryczne pytanie. Możliwe, że jest ateistą. Możemy za to zapytać: czy papież pije Cherry Coke Zero? Czy papież jara szlugi? Czy papież — mam nadzieję, że nie zaspoiluję wam niczego, bo zakładam, że zaglądacie do internetu i macie oczy — ma udomowionego kangurka? „Młody Papież" ujął mnie w memach, a jeszcze mocniej już po pierwszych scenach, gdzie Jude Law przedzierał się w swojej białej szacie przez stertę bobasów. Jeśli mam być szczera, to w sumie pokochałam ten serial już kiedy usłyszałam „Jude Law gra papieża". Chyba nie ma bardziej abstrakcyjnego pomysłu, niż żigolo z filmu Kubricka rządzący Watykanem, dziwniejszego niż Jude Law ze zmartwychwstałą czupryną ukrytą pod piuską.

Tak, „Młody Papież" jest dziwaczny i niepokojący. Trudno za nim nadążyć i go przełknąć. Diane Keaton gra zakonnicę. W poruszającej scenie ma na sobie T-shirt z napisem „Jestem dziewicą — ale ta koszulka ma już sporo lat" à la Britney Spears. Lenny (nie wspominałam jeszcze o tej kwestii? Ten zajebisty papież ma na imię LENNY) oczarowuje swojego kangurka, wyprowadzając go z klatki. Kardynał nazywa go „Świętym Franciszkiem z Sydney". W serialu mamy nawet rozmowę o geniuszu Daft Punk. Polecam również liczne sceny z pośladkami papieża w roli głównej. Koniec napisów z czołówki pierwszego odcinka wygląda tak. Nie skończyłam jeszcze oglądać wszystkich, więc kto wie, co czeka mnie dalej. Może papież uda się na orgię w maskach, może zatrudni karła i każe mu udawać swojego bliźniaka. Możliwe, że po prostu wybudzi się z jednego ze swoich skomplikowanych snów, by odkryć, że jest postacią w „Miasteczku Twin Peaks".

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

„Miasteczko Twin Peaks" jest tym, co pierwsze przychodzi na myśl, kiedy mówimy o surrealistycznym serialu. Wpasowuje się w nurt jeszcze bardziej niż kiedykolwiek i wraca w tym roku na ekrany. Boję się, że nie będzie tak zadziwiający, jak kiedyś. „Tracisz kontakt z rzeczywistością?", wydaje się pytać rok 2017. Chyba nie bardziej niż David Lynch, ale czy nie wszystko wydaje się współcześnie lynchowe? Eric Deggans zastanawia się „jak Lynch i Frost zaskoczą fanów nową opowieścią w czasach, w których większość dobrych seriali ma w pewnym sensie znamiona hołdu dla 'Twin Peaks'?". Dobre pytanie. Właśnie obejrzałam zapowiedź czegoś, w czym Anne Hathaway gra „alkoholiczkę o imieniu Gloria, która dowiaduje się, że swoim ruchem kontroluje gigantycznego potwora, terroryzującego Koreę Południową". W zeszłym roku zaczęłam i nie dałam rady obejrzeć całego „The OA" — serialu, którego cudaczne tajemnice powoli poznajemy, by zobaczyć (SPOILER) szkolną strzelaninę udaremnioną przez taniec interpretacyjny. Nawet Lynch może nie przebić abstrakcji tego serialu. Dla mnie był zbyt przerysowany, a musicie wiedzieć, że w szkole chodziłam na zajęcia z historii teatru jak jakiś największy kujon.

Ostatnio po wpisaniu w Google terminów takich jak „surrealistyczne" i „telewizja", wyświetlały się seriale: „Tabu" („poruszające się między tematami brutalnej przemocy po skomplikowane manewry polityczne i uprawianie czarnej magii"), „Chewing Gum" („im bardziej surrealistyczny się staje, tym łatwiej wchodzi"), „Seria Niefortunnych Zdarzeń" („Serial ma w sobie mroczną, surrealistyczną i ponadczasową jakość"). Wyświetliła się też (co wcale mnie nie zdziwiło) przemowa prezydencka Trumpa („jest różnica między reality TV a czymś prawdziwie surrealistycznym oglądanym w telewizji", powiedział Gary Youne z „The Guardian"). Każda myśl zawarta w „Młodym Papieżu" wydaje się porównywać „młodego papieża" do starego złotowłosego prezydenta. Law powiedział, że Lenny i Donald różnią się w jednej podstawowej kwestii: Lenny mimo swoich wad „nie jest kłamcą". Sporo to mówi o naszych współczesnych standardach, skoro takiego papieża uważamy za zachwycającego. We fragmencie z „The Atlantic" czytamy (jak gdyby przychodzący na myśl Trump nie mógł być jeszcze bardziej komicznie oczywisty): „Kiedy dziecko świeci laserem w stronę Lenny'ego, ten wybiega krzycząc: 'Nie wiem, czy na mnie zasługujecie'". Wyobraźcie sobie to albo „Wiem, że jestem niesamowicie przystojny, ale proszę, spróbujcie o tym zapomnieć", jako tweet papieża. Czy ktoś jeszcze się dziwi, że telewizja musi być coraz bardziej pokręcona, żeby zainteresować widzów?

Myślę, że serialowa wrażliwość — nakładająca chore elektro na sceny z Watykanu, oraz papież okazujący się fanem Banksy'ego — jest cudowna. Niczym w „Twin Peaks" łączy elementy komedii czarnej niczym kawa agenta Coopera z przemocą i nieuchronną tragedią. Czasem przebija tam nawet sitcom, a czasem groza horrorowego filmu. Recenzja w „New York Times" nazywa serial „wspaniałym, przyciągająco dziwnym" i wspomina „zjawiskową scenę, w której Lenny przyodziewa swoje szaty, z lecącym w tle hitem LMFAO — 'Sexy and I Know It'". Ten obraz sprawia, że wybucham śmiechem, nawet kiedy o nim piszę. Szaleństwo „The OA" nie pasowało do definicji wariactwa mojej cynicznej natury, za to religijny kicz i absurdalnie archaiczne tło z nowoczesnością wciśniętą dla komicznego efektu, działa na mnie bardzo mocno. Lenny jest wkurzony. Po części jest wkurzony, ponieważ jak większość z nas gubi się i czasem boi. Jego udawana pewność siebie wydaje się najlepszą drogą do ucieczki ze świata, w którym większość odpowiedzi i większość prawd jest starannie ukrywana. Ciągle powtarza: „To ja jestem papieżem", „Dlatego, że jestem papieżem", jakby sam nie do końca potrafił w to uwierzyć. Za ósmym powtórzeniem „jestem papieżem", myślisz sobie — spoko, czaimy. Rozumiemy, wasza świątobliwość. Prawda jest taka, że całe szarlataństwo, liderowanie z przypadku i groźby pokazują jego poczucie ciągłego niezrozumienia. Lenny mówi przecież: „Nikt mnie nie kocha i dlatego jestem przygotowany na wszelki rodzaj podłości z każdej strony".

Przyglądając się wieczorowi po marszu kobiet na Waszyngton i dniu po inauguracji Trumpa, na myśl przychodziło tylko jedno memiczne określenie: „same" (też tak mam). Nie chcę znowu porównywać papieża z Trumpem, ale taki krótki cytat nie wystarczy. Na koniec drugiego odcinka wygłasza burzliwą przemowę — „Jestem bliżej Boga niż was. Musicie wiedzieć, że nigdy nie będę wam bliski, bo przed Bogiem każdy jest sam. Nie mam nic do powiedzenia tym, którzy mają chociaż najmniejszą wątpliwość w istnienie Boga. Mogę okazać im tylko brak szacunku i nazwać nikczemnikami" — i wtedy znikąd zaczyna padać deszcz i uderza burza. Zbieg okoliczności jest tak niebywały, że zaczynasz się zastanawiać, czy to właśnie była wiadomość od Boga. Tłum zostaje pozostawiony w ciszy i strachu. Można się zastanawiać po czyjej stronie stoi Bóg. Czy istnieje? Zastanawiam się nad tym również dzisiaj.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Philippa Snow
Zdjęcie: Fotos z „The OA"