sześć naprawdę dobrych musicali

Dla wszystkich, którzy krzywią się na dźwięk słowa „musical” i nie chcą iść na „La La Land”.

tekst Oliver Lunn
|
07 Luty 2017, 4:55pm

Żaden gatunek filmowy tak nie dzieli ludzi, jak musical. Wystarczy tylko wspomnieć tę nazwę, a niektóre twarze od razu się skrzywią, jakby posmakowały przeterminowanego mleka. Dla tych ludzi to przestarzały i zbędny gatunek, który od czasu do czasu reanimują jacyś wielbiciele nostalgii i to bez dobrego powodu. Wiecie, np. tak jak z „La La Land". A jednak film zgarnął mnóstwo Złotych Globów oraz 14 nominacji do Oscarów. Czy w takim razie musicale czeka świetlana przyszłość? Czy osadzona w Los Angeles opowieść o miłości, nawiązująca do musicali ze złotej ery, może przekonać nawet niedowiarków? Nie zanosi się na to. Jego popularność może co najwyżej wprowadzić nowy kierunek w innych współczesnych musicalach; pokazać, że nie są one pozbawionymi czaru, błahymi głupotami napędzanymi nostalgią. Grzeszna przyjemność? Może tak, może nie. Oto kilka filmów, które z pewnością nie są do bani.

„Córki Dancingu"
Szalony musical Agnieszki Smoczyńskiej to wizja prawdziwego dancingu, w którym pojawiają się mroczne siostry-syreny. Kawałki z tego filmu, który dostał nagrodę na Sundance, a teraz trafił do amerykańskiej dystrybucji, na długo zapadną wam w pamięć. Podobnie jak oniryczne, wprowadzające w trans sceny, w których dziewczyny wprowadzają w zachwyt widownię. Odważna wizja Smoczyńskiej, która nie bała się połączenia wyrazistej estetyki ze scenami tańca to coś zupełnie nowego we współczesnym polskim kinie. Co prawda mamy tradycję międzywojennych musicali, ale od lat ta forma nie była wykorzystywana. A okazuje się, że potrafi być naprawdę imponująca i niekoniecznie każdy film, w którym aktorzy śpiewają jest radosną, eskapistyczną ucieczką od rzeczywistości. Czasem wręcz przeciwnie - pokazuje nasze ukryte lęki, żądze i słabości.

„Guy and Madeline on a Park Bench"
Zanim Damien Chazelle porwał widzów perkusyjnym dramatem „Whiplash", nakręcił mało znany, czarno-biały, ziarnisty musical „Guy and Madeline on a Park Bench". Nakręcił go na taśmie 16mm i jak na musical wygląda niezwykle niszowo. Jakbyście oglądali film z wielkiej wytwórni przez niskobudżetowy filtr. Historia opowiada o jazzowym trębaczu z Bostonu oraz introwertycznej studentce. Na samym początku filmu zrywają ze sobą. Trębacz zaczyna spotykać się z inną dziewczyną, studentka wyprowadza się i zaczyna nowe życie. Wtedy mężczyzna stwierdza, że może jednak popełnił błąd i postanawia poszukać swojej byłej. Ups, czyżby już jej przeszło? Teraz widać, że ten film utorował reżyserowi drogę do najnowszej produkcji obsypanej nominacjami do nagród, czyli „La La Landu". Wystarczy spojrzeć na sceny z piosenkami, choreografiami i stepowaną bitwę. Równie dużo zapożyczeń zaczerpnął z „Deszczowej piosenki", co „Do utraty tchu" Godarda. Ile wyniósł śmiesznie mały budżet „Guy and Madeline on a Park Bench"? 60 tys. dolarów (241 tys. zł). Dla porównania na „La La Land" poszło 30 mln dolarów (121 mln zł).

„Chi-Raq"
Polityczny musical Spike'a Lee jest nieco bardziej wystawny, przypomina wysokobudżetowy teledysk. Ale wciąż daleko mu do Baza Luhrmanna. „Chi-Raq" jest oparty na klasycznej greckiej sztuce „Lizystrata", w której kobiety postanowiły nie uprawiać seksu z mężami, aż ci nie zakończą między sobą wojny. Lee przenosi akcję do pełnej przestępstw południowej części Chicago, gdzie zdecydowane kobiety odmawiają seksu mężczyznom pociągającym za spust ze zbytnią lekkością, w zasadzie szantażując ich. Film nie jest jednak tak mroczny, jak się wydaje. Wręcz kreskówkowy fiolet i pomarańcz reprezentuje różne gangi i grupy jak we współczesnej wersji „West Side Story". Z kolei dialogi brzmią jak freestyle raperów. Kto potrzebuje ćwierkania Gene'a Kelly'ego, kiedy Samuel L. Jackson wygłasza uliczną poezję prosto do kamery?

„Beksa"
Gdyby John Waters wyreżyserował „Grease", wyglądałoby to mniej więcej tak. Osadzona w Baltimore lat 50. „Beksa" pokazuje rywalizację między chłopakami w skórzanych kurtkach i nudziarzami zapiętymi na ostatni guzik. Johnny Depp wciela się w lidera tej pierwszej grupy, „Beksę" Walkera. Gdy nastoletni buntownik zakochuje się w pannie z dobrego domu, całe miasto staje na głowie. To powtórka z rozrywki, Danny Zuko i Sandra Dee raz jeszcze, ale tym razem pokazani z perspektywy Watersa. To oznacza, że jest świadomie kiczowaty i campowy. Popatrzcie tylko na zbliżenie twarzy Deppa z jedną, samotną łzą spływającą po policzku. Narrator mówi: „Został skrzywdzony. Źle potraktowany. Niezrozumiany. To Beksa Walker". Oczywiście to on kradnie show, ze swoimi zaczesanymi do tyłu włosami i mocną linią szczęki. Wszystko za sprawą takich piosenek, jak „High School Hellcats" i „Teardrops are Falling". Czy wspominaliśmy już, że Iggy Pop gra jego wuja-wsioka i przez całą wieczność cmoka jego babcię? Tego nie zobaczycie w „Grease".

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

„Tańcząc w ciemnościach"
Być może to najmroczniejszy, najbardziej popieprzony musical wszech czasów. Sprawdźcie tylko, kto jest reżyserem, a wszystko będzie jasne. W końcu to Lars von Trier, gość, który wyreżyserował „Antychrysta". W „Tańcząc w ciemnościach" obsadził Björk jako pracownicę fabryki, która odkłada pieniądze na operację. Ma ona ocalić jej synka przed postępującą chorobą oczu, na którą sama cierpi. Niestety wszystko się komplikuje, gdy zostaje zwolniona z pracy, a jej puszka z oszczędnościami okazuje się zupełnie pusta. Film jest wstrząsający, w zasadzie jest ponurym, realistycznym obrazem upadku, przerywanym piosenkami. Słyszymy je, gdy Björk śni na jawie, by uciec od swojego ciężkiego życia. Tak osobliwa mieszanka surowego realizmu i muzycznych urojeń nie powinna się sprawdzić, ale efekt jest niesamowity i zapada w pamięć. Coś takiego mogło się udać tylko von Trierowi.

„8 kobiet"
Ta stylowa, czarna komedia powstała, ponieważ François Ozon postanowił zrobić film z samymi kobietami. W epickiej obsadzie znajdują się m.in. Catherine Deneuve, Isabelle Huppert i Emmanuelle Béart. Osiem kobiet zostaje uwięzionych w posiadłości w czasie burzy. Odkrywają, że głowa rodziny nie żyje - mężczyzna został zamordowany, a każda z nich staje się podejrzaną. Wiemy, wiemy, brzmi jak ekranizacja gry planszowej, ale tak naprawdę to miłe nawiązanie do kampowych melodramatów Douglasa Sirka z lat 50. Ozon ironicznie puszcza do nas oko, bawiąc się konwencją musicalu i kiczem. „M jak morderstwo" + „Kabaret" = „8 kobiet".

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Oliver Lunn

Tagged:
musical
john waters
La La Land
Chi-Raq
Kultura
Córki dancingu
guy and madeline on a park bench
beksa
8 kobiet
tańcząc w ciemnościach