seksowna, nie seksualna: rozplątując sieć wyzwolenia i opresji oplatającą nowe brytyjskie regulacje dotyczące pornografii

Philippa Snow przygląda się zmianom w brytyjskim prawie dotyczącym pornografii. Nowym przepisom, które stawiają znak równości między czerpaniem przyjemności z seksu przez kobiety a BDSM. Zastanawia się także nad przeszkodami i moralnymi dylematami...

tekst i-D Team
|
12 Grudzień 2014, 2:20pm

Klapsy, bicie laską i podobnymi przedmiotami, agresywne biczowanie, penetracja jakimkolwiek przedmiotem „kojarzącym się z przemocą", fizyczne lub werbalne znęcanie się (bez względu na to, czy za obopólnym przyzwoleniem), urolagnia (znana jako „sporty wodne"), odgrywanie roli nieletnich w kontekście seksualnym, wiązanie i unieruchamianie ciała, upokarzanie, kobieca ejakulacja, podduszanie, facesitting [i] fisting. Możliwe, że to najbardziej fantazyjna i urozmaicona lista, jaką kiedykolwiek skopiowałam do dokumentu na pulpicie w celach czysto dziennikarskich (a nie dla samej radochy). Co jednak ważniejsze, jest to także spis 13 czynności seksualnych zakazanych niedawno nowymi zmianami w prawie Wielkiej Brytanii. Żeby sprecyzować, oglądanie materiałów ukazujących te czynności nie jest w Zjednoczonym Królestwie nielegalne. Nie wolno ich jednak pokazywać w żadnej produkcji pornograficznej kręconej na terenie Wielkiej Brytanii i wchodzącej tu do sprzedaży lub udostępnianej do streamingu przez Internet.

To bardzo zgrabnie uwypukla przesłanie: męska satysfakcja dobra, kobieca satysfakcja zła. Te przepisy, jak słusznie zauważyła domina w rozmowie z magazynem VICE, są absurdalne i całkiem surrealistyczne.

To, że zakazanie większości praktyk na tej liście wycelowane jest wyraźnie w społeczność BDSM, wydaje się wybitnie niebrytyjskie. Mamy pewne powody do dumy z faktu, że uprawiany za obopólną zgodą sadomasochizm - zwykle biczowanie lub wymierzanie sobie klapsów, choć jest to także dziwny i przestarzały synonim sodomii - od XIX wieku nazywa się „angielską rozpustą" (to powinno zamknąć bladą gębę Johna Majora, z tym jego „krajem długich cieni kładących się na boisku do krykieta, ciepłego piwa, niezwyciężonej zieleni przemieści, miłośników psów i basenów ogrodowych"). Większość dyskusji na temat nowych praw koncentruje się ich antykobiecej naturze. Na usunięciu z pornografii czynności związanych z kobiecą przyjemnością i przedstawianiem kobiet jako strony dominującej seksualnie, takich jak kobieca ejakulacja czy „face-sitting" (siadanie na twarzy osoby uległej). To posunięcie, co da się dostrzec gołym okiem, jest tak żałośnie oczywistą częścią większej, systemowej całości, że nawet smutno się nad tym zastanawiać. Obligatoryjny we współczesnym porno money shot (ejakulacja [nasienia] na punkt ciała kobiety inny niż wnętrze jej waginy", jak uczonymi słowami podpowiada nam UrbanDictionary, „zazwyczaj na twarz lub do oka") tak zakorzenił się w naszej świadomości, że termin przeszedł do języka potocznego. A kobiecego odpowiednika tej czynności właśnie zakazano w Wielkiej Brytanii. Agresywne fellatio (tzw. „deepthroating") jest wedle ATVOD (brytyjskiej agencji regulującej treści VOD - przyp. tłum.) stuprocentowo OK, ale „facesitting" to czynność mogąca potencjalnie zakończyć się śmiercią i staje się przez to niedozwolona? To bardzo zgrabnie uwypukla przesłanie: męska satysfakcja dobra, kobieca satysfakcja zła. Te przepisy, jak słusznie zauważyła domina w rozmowie z magazynem VICE, są absurdalne i całkiem surrealistyczne.

Największym problemem związanym z całym tym zamieszaniem jest to, że wnioski płynące z antykobiecej natury tych zakazów nie są ani niczym nowym, ani zjawiskiem ograniczonym do sfery pornografii. To wręcz typowa tragedia. Możesz o tym poczytać praktycznie wszędzie, w każdej chwili - pod warunkiem, że masz dostęp do Internetu i ochotę wpisać odpowiednie zapytanie w Google'a. Kiedy zaczniesz się zastanawiać nad upolitycznieniem kobiecego ciała, życie staje się niekończącym się ciągiem przeszkód, zakrętów myślowych, dylematów moralnych i tego typu pytań, na które nie istnieje „właściwa" lub „niewłaściwa" odpowiedź. „Jak mamy wyrażać naszą seksualność i cieszyć się seksualną wolnością, uniemożliwiając jednocześnie większej części świata uprzedmiotowianie nas?". „Jak należy oddzielać mizoginię i programowanie społeczne patriarchatu od fetyszy seksualnych eksplorowanych za obopólną zgodą, które wiążą się z dominacją i uległością?". Można to spokojnie określić mianem cipki Schrödingera. Nasze wyzwolenie i opresja w nas wymierzona często siedzą w tym samym czasie w tym samym pudełku, a my nie wiemy, co tak naprawdę się tam znajduje. Jednak niezadawanie pewnych pytań jest niemożliwe. Tak więc, mimo że jesteśmy zmęczone, musimy dalej, w nieskończoność, zadawać nasze pytania. Musimy siedzieć na lekcjach, siedzieć na wykładach. Poddać się młynowi edukacji dostępnej za pośrednictwem nowych mediów, która ma przygotować nas do zmierzenia się z problemami związanymi z po prostu Istnieniem Jako Kobieta. Musimy słuchać jak najpilniej, uczyć się jak najpilniej. I wkładać sobie zapałki między powieki, żeby jakoś odpędzić sen.

W stanie bezwładności nasze ciała są na tyle bezpieczne, że dzieci mogą je bez przeszkód oglądać. Dość bezpieczne, by prężyć się gdzieś na dalszych stronach populistycznych, dostępnych w całym kraju gazet. Albo na okładce jakiegoś magazynu lub w reklamie dezodorantu dla samotnych gości w wieku przednastoletnim. Jeśli kobiece ciało jest bronią, to przypuszczam, że w takim razie najlepiej je rozbroić przed wstawieniem na wystawę. A może aktywnie użytkować powinien je tylko mężczyzna? W końcu, jak chciał Luc Moullet, A Girl is a Gun, prawda? Świat, w którym podseksualizowana modelka płacze na okładce magazynu soft porno (NUTS: THE FINAL ISSUE, nosi stanik barwy pogrzebowej czerni, co jest wyrazem szacunku), to nie jakaś futurystyczna dystopia z satyrycznego opowiadania. To Teraz.Myleene Klass może brać prysznic w naszej telewizji, w białym bikini, w paśmie największej oglądalności. Ale tylko i wyłącznie, by umożliwić widzom onanistyczną obserwację. To nadal czynność pasywna, chociaż świadoma.

(„Pasywna, chociaż świadoma" to chyba nowy obowiązujący model w naszym programowaniu społecznym. Właśnie tak trenuje nas się, żebyśmy były użyteczne dla tych, którzy na nas patrzą.)

„Seksowna, nie seksualna" nigdy nie będzie określeniem dotyczącym pornografii. W tym przypadku możemy uznać prawnie uświęcone porno za „seksowne, ale nie nazbyt seksualn[i]e [zaspokajające]".

Prawdopodobnie zawsze, kiedy pisałam coś na temat kobiet i ich życia seksualnego, zamieszczałam w tekście pewien cytat. Wypowiedź Paris Hilton, w której wyjawia źródło swej atrakcyjności. „Jestem seksowna, a nie seksualna". To, że tę mądrość przekazała nam Paris Hilton, ciągle mnie zaskakuje. A potem orientuję się, że samo moje zaskoczenie zdaje się stanowczo antyfeministyczne. Bo to przecież media przedstawiają nam rzeczoną dziedziczkę jako pustogłową blondynę. To ideologiczne miny lądowe są znacznie bardziej zabójcze - przynajmniej w mojej opinii - niż akt konsensualnego siadania komuś na twarzy w filmie. I dużo łatwiej udusić się pod ich ciężarem.

A Paris ma rację, to całkiem oczywiste. Złamała szyfr. Jednak sama świadomość problemu nie przybliża nas do jego zlikwidowania. „Seksowna, nie seksualna" nigdy nie będzie określeniem dotyczącym pornografii. W tym przypadku możemy uznać prawnie uświęcone porno za „seksowne, ale nie nazbyt seksualn[i]e [zaspokajające]". Oczywiście dla kobiet. I proszę, uniwersalna zasada pasuje równie dobrze, jak wcześniej.

Po tej całej tyradzie trzeba zauważyć, że pisanie lub czytanie lub rozmyślanie o traktowaniu kobiecego ciała przez społeczeństwo wcale nie jest nudne. Ani trochę. Nie oznacza to też, że nie jest to kluczowa kwestia. Ani że powinniśmy chociaż na chwilę dać sobie z tym spokój. Po prostu przyznaję tu ostrożnie, że konieczność robienia tego w realiach krwawego i nieprzychylnego świata jaki zamieszkujemy, robi się trochę bardziej męcząca. Chcecie jakiejś „wizji przyszłości", czegoś post-orwellowskiego? Wyobraźcie sobie wymanikiurowaną dłoń zaciśniętą w pięść z bezsilną wściekłością. Czasem obawiam się, że ta wizja zostanie z nami na wieczność.

@philippasnow

Kredyty


Tekst: Philippa Snow
Zdjęcia: Tom Morris