yangon calling: birmańskie punki

i-D rozmawia z jednym z reżyserów filmu dokumentalnego o scenie punkowej w dawnej stolicy Birmy.

tekst i-D Staff
|
30 lipca 2015, 1:55pm

Dziś już wszyscy przyzwyczaili się do tego, że punk szokuje i ma szokować. Na Zachodzie kraciaste spodnie, ramoneski i irokezy nie są już niczym dziwnym, wpisały się na dobre w kulturę. Czy to w postaci zasmarkanego Sida Vicious, czy Joe Strummera i jego politycznej ideologii, punk stał się pierwszym przystankiem dla młodych, gniewnych buntowników.

Bardzo miło jest więc dowiedzieć się, że w niektórych miejscach na ziemi rewolucyjna energia punka i stosunek pt. antywszystko nadal mają się świetnie, a wręcz przeżywają renesans. Mówimy tu o Birmie (oficjalnie: Republika Związku Mjanmy), byłej kolonii brytyjskiej, która przez 50 lat znajdowała się pod władzą dyktatury wojskowej, aż do uzyskania niepodległości w 2011 roku. Punk rock, odwiecznie podważający status quo wszędzie gdzie się da, w Birmie rzeczywiście ma pełne ręce roboty. Niezwykle religijne i konformistyczne społeczeństwo (brzmi znajomo?), gdzie moda i muzyka w znacznej większości ograniczone są do tradycyjnych buddyjskich form, a świątynia jest absolutnym centrum życia, to idealne podłoże dla buntowników walczących o prawa człowieka, wolność i demokrację. Punk w Birmie wydostał się na powierzchnię dopiero w latach 90., a sama scena właściwie nie istniała, aż do załamania rządu w 2007 roku za sprawą szafranowej rewolucji, podczas której setki nieuzbrojonych manifestantów zostało zabitych przez wojsko. Punki stanęły razem w szeregu wraz z przedstawicielami ruchu Sana Suu Kyiego, domagającego się reform, a wzorując się na wielkich „ojcach" - The Clash, Sex Pistols i The Ramones, zaczęli formować nihilistyczne, rewolucyjne przesłanie, wymierzone w polityczną sytuację w Birmie.

Film dokumentalny Yangon Calling swoją premierę miał podczas londyńskiego festiwalu Asian Film Festival pod koniec marca tego roku i opowiada o undergroundowej scenie, wywołującej zamęt w byłej stolicy Birmy - Rangunie (ang. Yangon). i-D rozmawia z jednym z reżyserów, Alexandrem Dluzakiem.

W jaki sposób natknąłeś się na scenę w Birmie i co cię skłoniło, aby nakręcić o niej film?
Pierwszy raz poleciałem do Birmy w 2009 roku na wakacje z dziewczyną. Zatrzymaliśmy się w Rangunie i któregoś razu zobaczyłem jednego z tych kolesi w autobusie, wyglądał jak świeżo wyjęty z lat 80. To było niesamowite, nie widziałem czegoś takiego od jakichś 20 lat. Byłem tym zauroczony, bo w ogóle nie spodziewałem się, że w Birmie, w kraju tak odizolowanym od świata przez tyle lat, może istnieć coś takiego, jak punk.

Nie mogłem o tym zapomnieć, a kiedy wróciłem do domu do Berlina, zacząłem poszukiwania w internecie. Znalazłem filmik bardzo złej jakości, nagrany komórką na koncercie punkowym w Birmie, skontaktowałem się więc z kolesiem, który wrzucił to wideo. To był początek. Zaczęliśmy pisać do siebie maile, a on opowiedział mi co nieco o scenie. Razem z moim partnerem, Carstenem Piefke postanowiliśmy połączyć siły i polecieliśmy do Birmy. Jako że dziennikarze nie mają tam oficjalnie wstępu, musieliśmy się przebić na zwykłe wizy turystyczne. Nagrywaliśmy tanimi kamerami, spaliśmy w hostelach, a przez cały czas towarzyszył nam strach, że ktoś nas złapie i że wszystko stracimy.

A co cię bardziej interesowało: ich pociąg do muzyki czy to, w jaki sposób utożsamiają punk, żyjąc pod wojskową dyktaturą?
Punk to cholernie buntownicza subkultura młodych, a Birma z kolei znajdowała się w tym czasie pod rządami wojska. Właśnie to nas urzekło, ten niesamowity kontrast. Nie zrobilibyśmy filmu o punkach w takiej, na przykład, Belgii. Birma kompletnie nie znała punka aż do lat 90., a w latach 90. punk na Zachodzie jak jeszcze nie umarł, to już dogorywał. Te dzieciaki żyły w odizolowanym społeczeństwie. Oni są trochę jak... hmm, nie chcę mówić wojownikami o wolność, bo to brzmi po prostu tandetnie, ale oni naprawdę mają się przeciwko czemu buntować. To właśnie to zaintrygowało nas najbardziej.

Jak oni widzą swój związek z amerykańską i brytyjską sceną punkową? Czują się ich częścią, czy raczej działają jako odrębna jednostka?
Teraz mają już jakieś powiązania, internet wszystko zmienił. Mogą wchodzić na Facebooka i używać YouTube'a, a tym samym - łączyć się z zachodnimi punkami, zwłaszcza z chłopakami z Rebel Riot, którzy są obecnie dosyć znani na Zachodzie. Dla nich punki z Birmy są czymś totalnie egzotycznym, ale ponieważ reprezentują czystą ideologię, kolesie z Zachodu mają do nich duży szacunek.

Jak trudno jest być punkiem w Birmie? Wiem, że obecnie dyktatura w sumie dobiegła końca, ale czy policja się ich czepia? Łatwo jest zorganizować koncert?
Cóż, to jest dosyć delikatna kwestia.Z jednej strony masz sytuację polityczną, w której wszelkie zgromadzenia, demonstracje i publiczne występy są bardzo ograniczane, zawsze potrzeba jest oficjalnej zgody, a jako punk, takiej zgody nie uzyskasz nigdy. Muszą się więc spotykać w rozwalonych pustostanach i występować nielegalnie. Z kolei społeczeństwo jest bardzo konserwatywne, tradycyjne, buddyjskie. W takim środowisku bycie punkiem jest cholernie trudne.

Ich styl i zachowanie są w Birmie bardzo nietypowe, a wręcz uważane za dość nieprzyzwoite. Dlatego też na co dzień mierzą się z falą krytyki wymierzonej ze strony zwykłych, przeciętnych ludzi, którzy nie mają pojęcia, co to jest punk i jak funkcjonuje. Widzą ich i myślą sobie: „czemu oni tak dziwnie wyglądają". Dużo tutaj niezrozumienia i krytycyzmu.

Ale nawet trochę im się to nie podoba? Ich poświęcenie modzie punkowej jest naprawdę niesamowite
Cóż, oni są 30 lat za nami, wszystko tam zaczęło się później. W Birmie równie dobrze mógłby być rok 1982. Oczywiście kochają, jak się zwraca na nich uwagę, bo to jest ich styl życia, ubieranie się tak, a nie inaczej ma na celu pokazanie ich sprzeciwu wobec społeczeństwa i rządu.

A jak wygląda ich polityczne zaangażowanie? Wszyscy mają te same poglądy i są przeciwko wojskowej dyktaturze?
Większość chłopaków popiera partię Aunga San Suu Kyiego tj. Narodową Ligę na rzecz Demokracji [NLD]. Ich teksty są bardzo polityczne, a ich misją jest otworzyć oczy młodym ludziom i za pomocą muzyki przekazać wiadomość. Cała scena składa się z gniewnych i sfrustrowanych dzieciaków.

Wspominałeś, że byłeś w Birmie w 2009 roku, czyli jeszcze przed upadkiem dyktatury, a potem pojechałeś tam ponownie. Jak bardzo zmienił się kraj w tym czasie?
Byłem tam w 2009 roku, a dokument zaczęliśmy kręcić w 2011. Nadal trwała wtedy dyktatura wojskowa, ale w porównaniu do dzisiaj, na pewno teraz jest więcej wolności. W dalszym ciągu istnieje cenzura, ale jest trochę łatwiej. Jednak łatwiej jest przede wszystkim, jeśli chodzi o biznes. Jeśli masz do zainwestowania jakieś pieniądze w Birmie, chcesz otworzyć działalność albo firmę, to rzeczywiście nie jest już aż tak trudno. Z kolei, jeśli popierasz ruch niezgodny z obecnym reżimem, to cię obserwują. Na przykład, jakiś czas temu odbyła się demonstracja, w której studenci domagali się lepszych uczelni, a w międzyczasie setki policjantów bili ich pałami i wsadzali do więzień! Może i zaistniały jakieś zmiany, jednak obawiam się, że to raczej potrwa, zanim będą mieli coś na kształt prawdziwej demokracji. Nie jestem ekspertem od polityki, to tylko moje wrażenie, a punki, których kręciliśmy, też wcale nie są tacy pewni sytuacji.

Zobacz też: Bóg kocha Slayera. 

Kredyty


Tekst: Felix Petty
Tłumaczenie: Zuza Bień
Zdjęcia: Matt Grace