kilka powodów, dla których powinniście zobaczyć „perfect blue”

Kultowe anime z lat 90., które zainspirowało reżysera „Czarnego Łabędzia”, obchodzi 20-lecie premiery

tekst Oliver Lunn; tłumaczenie Ola Dzikowska
|
paź 26 2017, 12:40pm

„Perfect Blue" stuknie w tym miesiącu dwudziestka — i jeśli już widzieliście ten film to świetnie, że możemy wam o tym przypomnieć, a jeśli jeszcze go nie widzieliście, to… cóż, macie sporo do nadrobienia.

Kultowe anime jest inteligentnym, psychologicznym thrillerem o ubóstwianej przez wszystkich gwieździe popu, która rozpoczyna karierę aktorską, jednak po konfrontacji z obsesyjnym fanem wpada w kryzys tożsamości. Anime z charakterystycznym urokiem lat 90. jest tajemnicze, zatrważające i niesamowicie piękne. Oparte na powieści Yoshikazu Takeuchi „Perfect Blue: Complete Metamorphosis" było reżyserskim debiutem Satoshi Kon, który zaczynał jako malarz. Nic więc dziwnego, że udało mu się w idealny sposób przełożyć wizualnie złożone idee z książki. W końcu niektórzy nazwali go Stanley'em Kubrickiem anime.

„Perfect Blue" jest prawdziwą ucztą dla oczu, ale to nie jedyny powód, dla którego warto obejrzeć ten film. Oto kilka powodów, dla których powinniście zapauzować Netflixa i zainteresować się 20-letnim arcydziełem anime:

W zasadzie przewidziało współczesne stalkowanie online

Kiedy pop idolka Mima Kirigoe odkrywa, że ktoś się pod nią podszywa i pisze w jej imieniu bloga, z początku jest rozbawiona. Żyje jeszcze w beztroskiej nieświadomości i nie wie, jak bardzo jest to pokręcone. Jednak niedługo potem zaczyna się zastanawiać: „Skąd oni tyle o mnie wiedzą?". Stuknięty fan twierdzi, że jest nią i z detalami publikuje fałszywe informacje na temat każdego aspektu jej życia. Mima nie ma żadnej kontroli nad tym, co jest rozpowszechniane w sieci. Pamiętajcie: to było ponad dekadę temu, czyli w czasach, kiedy nie znano słowa „catfish", definiującego dzisiaj zjawisko podszywania się pod kogoś w internecie. Każdy może opublikować cokolwiek o kimkolwiek. Każdy może być każdym. „To nieprawda! Ja tego nie piszę!", piosenkarka krzyczy, wpatrzona w ekran.

Obnaża mrożące krew w żyłach aspekty sławy i fandomów

„Perfect Blue" to przede wszystkim krytyczne spojrzenie na japoński przemysł rozrywkowy, kulturę celebrytów i nieodłączne problemy związane ze sławą i fandomami, co jest nadal w 100% aktualne i istotne. Kiedy Mima występuje na scenie, wcześniej wspomniany stalker pojawia się przed nią z kamerą w ręku. Jest tym psycholem w morzu fanów, który spod przetłuszczonej grzywki wpatruje się w dziewczynę (trochę jak prześladowca Whitney Houston z „Bodyguarda"). Film Kona pokazuje, jak stalkowanie napędza paranoję, jak podatni jesteśmy na ataki w tłumie oraz jak takie wydarzenia mogą doprowadzić do kwestionowania swojej tożsamości. Żadna przestrzeń nie jest prywatna. Fani myślą, że znają gwiazdę i mogą ją traktować jak swoją własność. „Śpiewaj dla nas już zawsze!", fan pisze do Mimy. „Naprawdę nie mogę tego zrobić", odpowiada piosenkarka.

Zatęsknicie za wczesnymi latami blogowania

Film ukazuje przerażające aspekty świata online, ale nawet opowieść stworzona ku przestrodze przed cyfrowym wiekiem nie jest całkowicie pozbawiona humoru. Spójrzcie chociażby na moment, w którym Mima odkrywa czym jest strona domowa. „STRONA DOMOWA W INTERNECIE: Ty też możesz taką zrobić!" — mówi napis na billboardzie. Następnie jej asystent pokazuje na masywnym komputerze bloga z tandetnymi grafikami i rozpikselowanymi obrazkami. Oglądanie bohaterki, która próbuje po literce wpisywać „ h-t-t-p-/-/-w-w-w…" jest istną torturą. Jednak także sprawia, że popadamy w nostalgię. Ja też czasami tęsknię za czasami odtwarzania rzeczy na spersonalizowanym Winampie i całodniowego ściągania plików z Napstera.

Pokazuje zdominowany przez mężczyzn, toksyczny świat przemysłu filmowego

Kiedy Mima zaczyna aktorską karierę, spotyka na swojej drodze typowych, szemranych typów. Pierwszy jest perwersyjny producent, który chce, żeby ta zagrała w drastycznej scenie gwałtu w stylu „Piekielnego Brooklynu", czego oczywiście nie było w pierwotnym scenariuszu. „Przecież nie jestem naprawdę gwałcona", tłumaczy swojemu asystentowi. Następnie pojawia się obleśny fotograf, który domaga się, by się rozebrała. „Bądź bardziej prowokująca! Bądź bardziej namiętna!", ujada. Na każdym etapie jest traktowana przedmiotowo, co oczywiście jest dla niej traumatycznym przeżyciem. Niestety w 2017 roku znamy takie sytuacje zbyt dobrze.

Ten film, który zainspirował Darrena Aronofsky'ego

Gdyby nie „Perfect Blue", to „Czarny łabędź" Aronofsky'ego wyglądałby zupełnie inaczej. Mógłby nawet nie istnieć. Podobieństwa w filmach są uderzające. Od aspektów wizualnych (np. dziewczyna w stroju baletnicy stojąca w blasku reflektorów, rozbita osobowość symbolicznie ukazana w potłuczonym lustrze), po samą ideę psychologicznej historii, skoncentrowanej na bohaterce posiadającej złego sobowtóra i marzeniach, zmieniających się w koszmary — wszystko to znajdziecie w obu filmach. Uroczo wyglądająca postać z anime nawet nieco przypomina samą Natalie Portman. Nie musicie wierzyć mi na słowo — po prostu zobaczcie powyższy klip. Poza tym, wcześniejszy film Aronofsky'ego „Requiem dla snu" również inspiruje się „Perfect Blue".

Ścieżka dźwiękowa przyprawi was o gęsią skórkę (i przestraszy na śmierć)

Masahiro Ikumi stworzył mroczną, piękną kompozycję, która brzmi jak tysiące duchów anime, upchniętych w jednej jaskini — lub na jednym ekranie. Jest upiorna i klimatyczna. Trip-hopowe beaty przecinają atmosferę, by następnie w pełni wybił się perkusyjny drum'n'bass. Soundtrack jest bowiem utrzymany w stylu cyperpunku z lat 90. — „Hakerów" i „Matrixa" w jednym. Perfekcyjne połączenie mrocznego techno z chwiejnymi wokalami. Nawet słuchanie go bez obrazu sprawi, że poczujecie się, jakbyście ponownie przeżywali koszmar. Dobrze wiecie o czym mówię, jeśli katowaliście wcześniej tak samo porywającą ścieżkę dźwiękową z „Requiem dla snu". Już od pierwszych kilku nut zapiera dech w piersiach.

Zaciera granicę między rzeczywistością i światem wirtualnym w taki sposób, że do końca filmu nie wiesz, co jest prawdziwe, a co nie.

Artykuł pierwotnie ukazał się w brytyjskim wydaniu i-D.