hipisowska utopia na plaży

Każdego lata społeczność wolnoduchów gromadzi się na sześć tygodni w odległym, pilnie strzeżonym zakątku. Pewnej fotografce udało się dotrzeć na piaszczyste wybrzeże i sfotografować niezwykłych obozowiczów

tekst Alice Newell-Hanson
|
31 Październik 2017, 10:36am

Część Anglii Wschodniej, położona na wybrzeżu, wciąż wydaje się dość dzika. Moczary zmieniają się tam w kosmate wydmy i szerokie, płaskie plaże, tak wietrzne, że ryzykujecie utratę kapelusza. To właśnie na jedną z nich co roku ściąga grupa złożona z rodzin i przyjaciół, by spędzić razem lato. Przyjeżdżają w furgonetkach z ręcznie pomalowanymi przyczepami kempingowowymi, w których śpią. Pod chmurką natomiast rozstawiają stoliki i fotele, tworząc mobilne salony wzdłuż morza.

„Można tam robić wszystko i nie przejmować się zwykłymi ludźmi", mówi fotografka Lucy Ridgard. Opowiedziała nam o starszej kobiecie, która przemieszcza się przez wydmy kręcąc hula hop, mężczyźnie z ptakiem na ramieniu i dziewczynie, znanej jako Szeryfka, która pali na plażach szałwię i przepędza „złe moce".

Obóz wygląda jak festiwal muzyczny bez scen i infrastruktury. Składa się z trzech stref o zróżnicowanym przeznaczeniu. Na pierwszym polu trwa nieustanny rave, a z głośników leci drum and bass. Drugie jest bardziej przystępne dla rodzin, a trzecie bardzo spokojne. Ridgard twierdzi, że klimat jest anarchiczny, „jakby Christiania pojechała na kemping", powiedziała (odnosząc się do częściowo niezależnego osiedla w Kopenhadze, zamieszkanego przez hipisów i dość swobodnie działających dilerów — przyp. red.). Poza incydentem z zapaleniem się przenośnych toalet oraz wizytą policji z pobliskiego miasteczka, obozowisko jest spokojne. „To bardzo mocno zżyta społeczność. Wszyscy się o siebie troszczą". Dzieciaki mogą biegać tak, jak w latach 70., razem z psami i kurami z pobliskiego gospodarstwa.

„Jest rejwowo, ale to wiąże się też z duchowością, jednością z Ziemią", mówi Ridgard. „Zachody słońca są przepiękne, a nocne niebo tak przejrzyste, że widzieliśmy deszcz meteroidów". Na plaży mieszka także stado fok, jedna z nich czasem pływa w morzu obok ludzi.

Ridgard mieszka teraz w Londynie, ale dorastała w Suffolk, gdzie wiele rodzin jej przyjaciół mieszkało w komunach, założonych w latach 80. „Chodziliśmy na imprezy w komunach", wspomina. „Wiele moich prac nawiązuje do okresu dorastania i kręgów, w jakich się obracaliśmy". Od znajomych usłyszała o obozowisku na wybrzeżu. „Wszyscy znają wszystkich. Ci ludzie w latach 60. i 70. byliby hipisami".

Obóz został założony mniej więcej 25 lat temu przez kobietę zwaną Dee. Od czasu jej śmierci nadzorują go bracia bliźniacy (z ramienia rolnika, do którego należy ten teren). Kemping trwa przez sześć tygodni, a potem miejscowe władze mogą go zamknąć, bo obozowisko ma jedynie krótkoterminowe pozwolenie. Kamperzy jednak nie boją się władz, bardziej obawiają się, że ich tradycja zostanie zniszczona, jeśli lokalizacja stanie się zbyt znana albo jeśli ziemia trafi w inne ręce.

Obozowicze zgodzili się na sesję z Ridgard pod warunkiem, że nie poda nazwy miejsca, w którym koczują. Dopiero, gdy rozeszła się wieść, że fotografka obiecuje zachować tajemnicę, ludzie się przed nią otworzyli. „Spacerowałam i robiłam zdjęcia, więc w końcu poznałam wszystkich. Zaczęli opowiadać mi swoje historie". Jedna z kobiet pozowała dla i-D na początku lat 90., a potem podróżowała z trupą cyrkową. Ridgard poznała też Willa — aktywistę, który zmienił przyczepę do przewozu koni w swój dom i przyjechał nią aż z Hiszpanii, gdzie mieszka. Znajdowała się tam także pielęgniarka, która codziennie dojeżdżała z obozowiska do pobliskiego miasta do pracy.

„Wielu z nich przyjeżdża tam regularnie", mówi Ridgard, która sama również już wielokrotnie odwiedziła to miejsce. „Jedna z kobiet, z którymi rozmawiałam, powiedziała, że gdy tylko wyjeżdża, od razu planuje już kolejne wakacje".

Pewnego dnia trafiła na mężczyznę siedzącego na polu, który powiedział jej, że „ziemia jest na haju". Dodał także, że „ludzie płodzili na tych polach dzieci". Ridgard przyznaje ze śmiechem, że zapewne oba stwierdzenia były prawdziwe: trawa pewnie nasiąkła już dymem marihuany. Jest to także wielopokoleniowe doświadczenie.

Ridgard ma nadzieję, że latem znów wróci do obozowiska, zrobi więcej zdjęć i pozna więcej historii. Być może projekt zaowocuje książką albo wystawą. Wciąż musi trzymać się tylko jednego warunku: dochować tajemnicy. „Ludzie ciągle powtarzają: 'Proszę, nie mów nikomu gdzie to jest'".

lucyridgard.com