dziewczyna, która pożąda

Rozmawiamy z Julią Kowalski, reżyserką filmu „Znam kogoś, kto cię szuka”.

tekst i-D Staff
|
01 Grudzień 2015, 10:15am

Kadr z filmu „Znam kogoś, kto cię szuka”

Julię Kowalski trudno dogonić. Promocja debiutanckiego „Znam kogoś, kto cię szuka" nosi ją po całym świecie, ostatnio — po naszym kraju. Rozmawiamy na skajpie. Na początku, jakby odruchowo, Julia przeprasza za swój polski - niepotrzebnie. Urodzona i wychowana we Francji mówi w swoim rodzinnym języku z mocnym, charakterystycznym akcentem, ale bardzo płynnie. Gwaru krakowskiego Kazimierza i kawiarni Singer, w której pije zimową herbatę („ostatnio cały czas serwują nam jakieś drinki, mam już trochę dosyć!") słucham z warszawskich Bielan. Julia często bywa w Polsce, ale częściej w Warszawie, a najczęściej we Wrocławiu, bo stamtąd pochodzi jej rodzina, i Międzylesiu. Tam mieszkają jej dziadkowie i tam zrealizowana została polska część jej filmu.

„Znam kogoś, kto cię szuka" to opowieść o córce polskich rodziców, „młodej gniewnej" Rose (Liv Henneguier). Narastająca seksualna frustracja, pożądanie, bezsilność, autoagresja wprawiają jej nastoletnie życie w coraz mocniejsze drgania i trzęsienie ziemi jest ledwie kwestią czasu. Zatrudniony przez ojca polski robotnik Józef (Chyra) szuka spłodzonego przed laty syna Romana (Yoann Zimmer). Odnalezienie, a potem zdobycie i ujarzmienie chłopaka stanie się dla Rose źródłem skrajnych emocji, seksualnych odkryć, ale też rytem przejścia w dorosłość. „To film o girl power, o dziewczynie, która jest siłą sprawczą we własnym życiu i nie boi się nabijać sobie siniaków" - mówi Kowalski.

Dlaczego jesteś Julią Kowalski, a nie Julią Kowalską?
Moi rodzice są Polakami z Wrocławia, ale ja urodziłam się we Francji i tam spędziłam całe swoje życie. Tam studiowałam, tam mam tam przyjaciół. Czuję się bardziej Francuzką niż Polką, a jednak wciąż robię filmy, które mają związek z Polską! Uwielbiam tu być. Jestem reżyserką dwu-narodową. Wynika z tego zabawna sytuacja, bo we Francji uważa się, że reprezentuję „polskie spojrzenie na film", w Polsce mówią za to, że mam francuski punkt widzenia. Nigdzie nie jestem u siebie, zawsze pół na pół.

Pół na pół zrobiłaś też swój pierwszy długometrażowy film. „Zna kogoś..." to koprodukcja.
I to taka najprawdziwsza! Od początku taki był plan, bo chciałam kręcić w Międzylesiu, gdzie mieszkają moi dziadkowie.

Dlaczego chciałaś do swojego filmu właśnie Andrzeja?
Myślałam o nim już pisząc scenariusz. Ma w sobie coś bardzo atrakcyjnego, ale jednocześnie niebezpiecznego, niespokojnego — jakiś wewnętrzny konflikt. Grany przez niego Józef fascynuje Rose, ona się lęka, a jednocześnie go chce. Andrzej jest świetnym aktorem, bo się nie boi, grywa w filmach dziwnych - tak jak ten. Spodobał mu się scenariusz, ale miał wątpliwości. Nie chciał grać typowego polskiego robotnika „na zarobku" we Francji. Ale mi udało się go przekonać, że zamiast utrwalać, raczej łamiemy tu stereotypy. Bo w tej postaci ważne jest co innego, jakiś poziom mitologiczny. To ktoś, kto wraca do przeszłości, do młodości. Ktoś tajemniczy i tchórzliwy. Andrzeja to zainteresowało. Postanowił mi zaufać. Gadaliśmy długi czas a na koniec powiedział: „Dobra, jestem w tym na 100%, zadzwoń, jak będziesz miała kasę!" [śmiech]. Jego deklaracja bardzo pomogła mi w zdobywaniu funduszy po polskiej stronie. Bo po francuskiej dla nikogo nic nie znaczyła.

Prawdziwą gwiazdą twojego filmu jest jednak genialna młoda Liv Henneguier. Mam wrażenie, że bez niej filmu by nie było.
Casting do głównej roli trwał cały rok. Oglądałam wiele świetnych aktorek, były wśród nich też te „modne" młode Francuzki, na przykład Adele Exharchopoulos. Niektóre były naprawdę ciekawe, dobre... Ale mnie był potrzebny ktoś specyficzny. Musiał potrafić być jednocześnie brzydki i dziecinny, surowy i silny, czarujący i femme fatale... Wszystko na raz. Trudno było znaleźć dziewczynę, która chciała to wszystko pokazać. Potrzebna był prawdziwa osobowość. Jak Liv.


Kadr z filmu „Znam kogoś, kto cię szuka"

Nastoletnie emocje to temat chętnie podejmowany przez kino. Co Ciebie najbardziej fascynuje w tym okresie hormonalno-emocjonalnej burzy i naporu?
Cała opowiadana w filmie historia to pretekst, żeby filmować emocje. Trudne, surowe, dzikie. Chwile emocjonalnej nawałnicy, które wszyscy znamy aż za dobrze, czasami się ich wstydzimy. Dlaczego nastolatki? Bo kiedy ma się naście lat, te emocje są jak pod mikroskopem: wydają się olbrzymie, skrajne. Lubię kręcić nastolatków, bo są niedokończeni, niedoskonali. To znaczy nikt nie jest zamkniętą całością, ja też nie. Cały czas się rozwijamy, dorastamy.

Oglądamy świat oczami dziewczyny. Bardzo zagubionej i silnej jednocześnie.
Ważne było dla mnie, żeby nakręcić film z punktu widzenia dziewczyny! Sama nią jestem i Rose, moja bohaterka, jest mi bliska. Jest trochę, jak ja, bo jako nastolatka tak wyglądałam, tak się zachowywałam. Chciałam zademonstrować światu swoje emocje! Ten film, choć nie autobiograficzny w warstwie faktów, pod względem emocjonalnym przypomina pamiętnik. Ale najważniejsze było dla mnie, żeby pokazać dziewczynę, która pożąda, a nie jest ładną laleczką, która jest pożądana. To jest film zgodny z filozofią girl power. Rose może i popełnia błędy i ponosi porażki, ale jest siłą sprawczą we własnym życiu.

Wiele osób ostrożnie opowiada o seksie nastolatków. Ty poruszasz ten temat bardzo odważnie. Nie bawisz się w zasłonki, rozmyte kadry. Kawa na ławę.
Seks to coś bardzo ważnego w życiu nastolatki i w ogóle. Chciałam pokazać dziewczynę, która chce się kochać. Dla mnie o wiele bardziej uwrażliwiające jest pokazać kogoś takiego. Ona uważa, że musi „to" zrobić, mieć już ten seks za sobą, ciach-ciach. A jak w końcu się udaje, to wcale nie sprawia jej to przyjemności! Ale, co być może ważniejsze, ten byle jaki pierwszy raz nie jest też traumą. Po prostu trzeba to przejść. Załatwić, skreślić z listy. Rose i Roman robią „to" tak, jak myślą, że trzeba. Ta niecierpliwość Rose, jej nieprzyjemne dla świata zachowanie, pewna agresja według mnie nie wynika z braku mamy a właśnie z seksualnej frustracji. Oni oboje są sfrustrowani, Sposób, w jaki budują łącząca ich seksualność, też to pokazuje.


Kadr z filmu „Znam kogoś, kto cię szuka"

Niektórzy rodzice wychowują dzieci według strategii: „Zabroń i schowaj". Niedoświadczanie pełnego spektrum życia ma je uchronić przed pokusami. Ty pokazujesz dziewczynę, która doświadcza wszystkiego, nabija sobie kolejne siniaki.
To, przez co przechodzi Rose to rzeczy, których sama doświadczyłam i wciąż doświadczam. Młodość często wygląda tak, jak ekranowa relacja moich bohaterów. Najpierw jest wielki wybuch, skrajności, w głowie rozgrywa się melodramat, a potem... jakby nic się nie stało. Otrzepujemy się i idziemy dalej. To, że oni robią niepoprawne rzeczy nie znaczy, że są patologią! Nikt nie popada w narkomanię, nie zachodzi w ciąże, nie ginie... Każdy dorastając eksperymentuje i wtedy wydaje mu się, że robi coś niesamowitego. A potem to się wszystko rozpływa, staje zwyczajne.

Każdy z Twoich bohaterów jest w innym rodzinnym układzie, ale dla każdego rodzina - lub jej brak - jest punktem odniesienia. A czym jest dla ciebie?
To jest film o relacji, którą miałam z moim tatą. Umarł na parę miesięcy przed zdjęciami, ten film jest mu dedykowany. Takie odblaski taty znajduję i w Józefie, i w Bogdanie, i w Romanie. To jest film o dorastaniu, ale też o tym, jak znaleźć sobie miejsce w życiu. Rodzina to dwuznaczne środowisko, pierwsze z wielu miejsce, gdzie trudno jest się odnaleźć. Dla mnie jest bardzo ważna - jestem wdzięczna rodzicom, mam też dwóch braci, z którymi jestem blisko [Jeden z nich, Daniel, napisał muzykę do tego filmu, jest odnoszącym sukcesy muzykiem pracującym z wytwórniami na całym świecie - przyp.aut] Ale jednocześnie jestem od rodziny od dawna niezależna. Jak byłam młodsza zawsze miałam starszych facetów, bo chciałam być gdzieś indziej, dalej.

Kredyty


Tekst: Anna Tatarska
Zdjęcia: kadry z filmu „Znam kogoś, kto cię szuka"

Tagged:
Film
julia kowalski
znam kogoś kto cię szuka