polskie fotografki: magdalena wywrot

Słuchamy opowieści o miłości do czerni i bieli, kurzu, brudu i ziarna.

tekst i-D Polska
|
22 Grudzień 2016, 1:15pm

„Opowiem ci o tym, że piję atrament, jem pumpernikiel z sadzą i śpię między krukami" - pisze żartobliwie, kiedy umawiamy się na rozmowę. Prace Magdaleny Wywrot trafiły m.in. na okładkę rocznicowego wydania Vice'a, były wystawiane w kilkunastu miastach w Europie, Stanach Zjednoczonych, Australii. W Polsce jej twórczość bywa odbierana jako pełna mroku, jednak jeśli przyjrzeć się uważniej, można dostrzec w niej sentyment, czułość, miłość. Zdjęcia odziera z kontekstu miejsca i czasu, ale narzędzia, jakimi się posługuje, wiele mówią o współczesności oraz punkcie, w jakim znalazła się fotografia.

Dlaczego robisz tylko czarno-białe zdjęcia?
To wynika z wielopoziomowej miłości do czerni jako pojęcia wręcz filozoficznego. W moim przypadku fotografowanie jest w niej głęboko zakorzenione. Ale to nie tak, że nie czuję koloru - podziwiam artystów posługujących się barwami. Jakkolwiek czerń i biel to mój język. Jestem mu wierna od co najmniej 10 lat.

Opowiesz trochę o swojej technice?
Zaczęłam fotografować analogami. Z czasem uznałam, że mnie ograniczają. Fotografowanie jest dla mnie jakąś czarną gorączką. Nigdy nie wiem, kiedy zrobię zdjęcie. Noszę w sobie pewne pojęcia, słowa, które próbuję opisać za pomocą fotografii.

Druga sprawa to kwestia techniczna. Uwielbiam rzeczy, które dzieją się na granicy poprawności, które zgrzytają. Brud, kurz, ziarno. Dziś robię zdjęcia niemal wyłącznie aparatami cyfrowymi, niezależnie od tego, czy ekspozycja jest poprawnie skonfigurowana. Nie przepadam za poprawnością także w życiu.

Jakie momenty kryją się za zdjęciami, które pokazujemy?
One mówią trochę o miejscach, w których bywam lub mieszkam, a trochę o moim świecie.

Zdjęcie hotelu robotniczego, który był właśnie wyburzany, zrobiłam w 2007 roku w Rzeszowie. Dziś w tym miejscu stoi Galeria Rzeszów. Zdjęcie zrobiłam telefonem, jednym z pierwszych modeli z aparatem. Mam do tej fotografii emocjonalny stosunek, między innymi dlatego, że widziałam się wtedy z przyjaciółmi. Sama fotografia ma w sobie element „niechcącości", jaką odnajduję na przykład w poezji Wisławy Szymborskiej.

Wszystkie zdjęcia powstały w Polsce?
Zdjęcie karuzeli w lunaparku zrobiłam w Chicago. Życie jest trochę jak obłąkane koło, czy też sen wariata. Dla niektórych osób moja fotografia jest wręcz „psychodeliczna" czy nosi element obłędu. Ja od tego nie uciekam. To jak pieczątka. Jednak o wiele bardziej interesuje mnie moment między snem a jawą, brudem a czystością. Opowiadam o przemijaniu, wyrastaniu z granic, słów, ograniczeń i pojęć, o dorastaniu do własnych możliwości. O ciągłości ciała, nieciągłości czasu, nieprzewidywalności i fraktalności naszej egzystencji.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Bardziej inspiruje cię to, co blisko, czy np. rzeczy, które odkrywasz w Stanach?
Myślę, że jestem dobrym obserwatorem, ale miejsce nie ma dla mnie znaczenia. Weźmy pod lupę choćby zdjęcie ze znakiem „stop" - wiele osób myśli, że powstało za granicą. A zrobiłam je w Polsce, tuż przy rodzinnym domu na wsi. Obce kraje, ich kultura i koloryt inspirują mnie oczywiście. Jednak bardzo łatwo popaść w pułapkę - to taka egzotyka, że wszystko wydaje ci się ciekawe, warte sfotografowania.

Jedno z twoich zdjęć trafiło na okładkę Vice'a - jest na nim postać w białej koszuli. To twoja córka?
Tak. Dorastanie mojej córki to jeden z tematów, który od pewnego czasu realizuję. Przyglądam się jej dojrzewaniu, chwytam jej ciało na granicy między niewinnością a winą, między świadomością a nieświadomością. Myślę, że trochę występuje tu jak mój młodszy sobowtór.

Ona nie buntuje się przeciwko temu?
Nie mam poczucia, że naruszam jej prywatność, ona też nie. Jakiś czas temu umówiłyśmy się, że jeśli będzie miała z tym problem, to jasno to określi. Nasza relacja opiera się przede wszystkim na przyjaźni.

Ktoś kiedyś zapytał, czy nie aranżujemy tych scen. Nie, to nigdy nie są rzeczy pozowane. Kreacja nie jest moją mocną stroną, jej zresztą też. Mam ją po prostu blisko i w sposób czujny, czuły i nienachalny wychwytuję momenty, które wydają mi się decydujące. I akurat zdjęcie, o którym rozmawiamy wykonałam spontanicznie - telefonem. Co oczywiście nie oznacza, że robię zdjęcia wyłącznie telefonami, ponieważ to zaledwie kilka procent moich prac.

Jednak to znaczące, że na okładce numeru magazynu, w którym przedstawione zostały najważniejsze współczesne fotografki, ląduje zdjęcie zrobione w ten sposób.
Myślę, że dziś, w skali globalnej, medium nie ma znaczenia. Ważniejszą kwestią jest to, co znajduje się na zdjęciu lub jaki jest kontekst tego, co widzimy i jak to później puszczamy w obieg. Wybór medium zawsze wiąże się z charakterem projektu. Charakter mojego - działam impulsywnie - usprawiedliwia wybór prostych narzędzi.

Wszystko, co robię, rozszerzam o skrawki wideo. Zawsze uważałam, że fotografia ma w sobie pewien liryczny patos - zdjęcie jest zamkniętą chwilą, która trwa i nigdy więcej się nie powtórzy. Świetnie, gdy zdjęcie ma to ukłucie, użądlenie, ranę, o której pisał Roland Barthes, co sprawia, że mówi poza czasem, poza swoją wyrażalnością. Ale im dłużej poruszam się w sztuce, tym bardziej czuję, że pewnych rzeczy nie da się opowiedzieć za pomocą samej fotografii.

Może za pomocą muzyki? Skończyłaś szkołę muzyczną.
Tak, ukończyłam liceum muzyczne w klasie klarnetu i fortepianu. Dość szybko zrozumiałam, że nie chcę spędzać całych godzin przy instrumencie, gdyż jest jeszcze wiele ciekawych obszarów do odkrycia. Zawsze uważałam, że nasz świat to niezwykłe laboratorium, w którym jesteśmy tylko kosmiczny ułamek sekundy. I co damy z siebie, zbadamy, czego doświadczymy - to wszystko nasze.

Gdy urodziłam dziecko, uznałam, że brakuje mi środka wyrazu. Płynnie przeszłam z muzyki w język obrazu. Co nie oznacza, że nie ma jej w moim życiu. Robię zdjęcia na backstage'u koncertów, a nasz dom nieustannie wypełnia muzyka. Po naszej rozmowie wybrzmi The Stooges.

Co jeszcze ze sfery zmysłów cię inspiruje?
Zapachy. Zwłaszcza te niszowe. Wczoraj założyłam na siebie zapach inspirowany festiwalem Unsound. Po pierwszych nieprzyjemnych i dość metalicznych nutach, nagle poczułam całe spektrum zapachów warsztatu mojego taty, w którym były piły, szlifierki kątowe czy spawarka. Znów poczułam się jak dzieciak rozpalony widokiem i zapachem iskier roztrzaskujących się na chłodnym betonie.

Przypuszczam, że moja intensywność doznań nie jest przeciętna. Mam tu na myśli wszystkich pięć zmysłów, w które wyposażyła nas natura, ale zapachy wiodą prym. I to chyba gdzieś na moich zdjęciach jest odczuwalne. Przynajmniej taką mam nadzieję.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Dorota Groyecka
Zdjęcia: Magdalena Wywrot 

Tagged:
Kultura
Magdalena Wywrot
fotografki