psychodeliczna orkiestra kenichiego iwasy, czyli krautrock karaoke

Karaoke może ci się kojarzyć z wyjącymi interpretacjami George’a Michaela i przebojów Perfectu. I słusznie, ale Ken Iwasa zamienił ten żelazny eksport japońskiej popkultury w coś interesującego nie tylko po szóstym kielichu. Pod jego egidą muzycy z...

tekst i-D Team
|
10 Wrzesień 2014, 4:45pm

fot. Stanisław Legus

Nawet jeśli nie słyszałeś nigdy o krautrocku, to są spore szanse, że kiedyś zauroczyli się nim twoi ulubieni artyści - i nieważne, czy kręci cię akurat Iggy Pop, The Flaming Lips, berlińskie techno czy Werner Herzog. Hipnotyczne dźwięki krautrocka narodziły się w zachodnich Niemczech na przełomie lat 60. i 70. i do dzisiaj pozostają świeże oraz wpływowe. Kenichi Iwasa, Japończyk na stałe mieszkający w Londynie, co kilka tygodni zbiera najciekawszych muzyków z często przeciwnych biegunów, zapraszając ich do wspólnego wykonania krautrockowych szlagierów i nie tylko. Zawsze w innym składzie, zawsze z minimalnym przygotowaniem, bo to najlepiej oddaje ducha krautrocka. Dzięki staraniom warszawskiej galerii Czułość i wiecznie eksperymentującej wytwórni Crunchy Human Children, Kenichi przyjechał do Polski, a przez scenę przewinęli się muzycy zespołu Tania O, grupy Starego czy legendarnego Kryzysu. Było ekstra.

Pamiętasz, jak pierwszy raz zetknąłeś się z krautrockiem?
To na pewno był zespół Cluster, ale nie pamiętam dokładnie, która płyta. Mój znajomy pożyczył mi kompakt - byłem pewien, że to jakaś nowa muzyka, nigdy wcześniej nie słyszałem o krautrocku. Dowiedziałem się o nim dopiero tu, w Europie.

Krautrock nie jest popularny w Japonii? Przecież Damo Suzuki z zespołu Can to jedna z czołowych legend tego nurtu - myślałem, że jest u was kimś w rodzaju alternatywnego bohatera narodowego.
W 2004 roku miałem okazję pierwszy raz zagrać z Damo i… nie wiedziałem, kim on jest: „Co to za koleś?", ha, ha. W Japonii nikt go nie zna - może parę osób, które naprawdę interesują się muzyką. Ale krautrock to chyba w ogóle nie jest coś szczególnie popularnego?

No wiesz, w Polsce jest tak, że kiedy jakiś tutejszy muzyk odnosi sukces za granicą, w kraju od razu robi się o nim dość głośno.
W Japonii to wygląda inaczej. Tak jak z Damo, wiele rzeczy jest znanych wyłącznie za granicą - słynne japońskie zespoły, takie jak Acid Mothers Temple, w kraju mają szczęście, jeśli uda im się wypełnić 200-osobową salę. Trochę inaczej jest z Boredoms - jedynym zespołem grającym muzykę eksperymentalną, który odniósł sukces - ale to głównie dlatego, że wiele razy występowali z takimi tuzami, jak Nirvana czy Sonic Youth. Wracając do Damo: on jest legendą, ale wśród muzyków. Tak samo chyba jest w Warszawie? Interesującego muzyka możesz poznać po tym, że przynajmniej szanuje krautrocka, ha, ha.

A czy w Niemczech, kolebce nurtu, nie jest trochę inaczej?
Mam wrażenie, że w Berlinie ciągle gada się o krautrocku. To prawda, gada się. Każdy ma tam opinię o krautrocku, ale czy ludzie naprawdę go słuchają?

Dobra, widzę, że nie masz zbyt dużej wiary w masową atrakcyjność krautrocka… W takim razie co sprawiło, że półtora roku temu postanowiłeś zorganizować pierwsze Krautrock Karaoke w londyńskim Whitechapel?
Od dawna marzyłem o koncercie, na którym mógłby zagrać każdy muzyk. Sam grywałem z zespołami jazzowymi, rockowymi - z różnymi ludźmi z różnych scen. Drogi tych muzyków nigdy się nie krzyżują. Często sobie wyobrażałem, że gdyby np. ten muzyk zagrał z tamtym, to wyszłoby coś świetnego. Ale to się nigdy nie zdarza, bo oni reprezentują inne sceny, nie są sobą wzajemnie zainteresowani. Zobaczyłem w tym szansę.

I dałeś im okazję do spotkania.
Zastanawiałem się, jak można by stworzyć między nimi więź. Bardzo nie lubię podziału na sceny. Chcę je łamać - to podstawowa idea Karaoke. Patrzę na tych muzyków, są wspaniali - powinni więcej eksperymentować. Na sam pomysł wpadłem jednego poranka, pijąc kawę, zapisałem go na serwetce, ha, ha. Z krautrockiem jest tak, że nie da się go imitować, te utwory nie mają swojej struktury.

Improwizacja była od początku wpisana w tę muzykę.
Wersje utworów, które są nagrane, to tylko możliwości. Tego dnia zagrano to akurat tak, następnego dnia mogłyby brzmieć zupełnie inaczej. Wiele z tych utworów zdaje się być niedokończonych. Bo nie chodzi o kończenie, tylko o chwilę. Dla mnie ważne jest, żeby sprawdzić, dokąd te utwory zabiorą współcześni muzycy - chodzi o interakcję, a na pewno nie o to, żeby grać jak w latach 70.

Na ile te występy są zaplanowane?
Organizowałem kiedyś zupełnie improwizowane koncerty, bez żadnego przygotowania - i tak naprawdę jedynie jazzowi muzycy byli na to gotowi. Rockowe zespoły z jakichś przyczyn nie chcą rozciągać swoich horyzontów. Dlatego musiałem wymyślić coś, co pozwoli zagrać wszystkim bez stresu i ciśnienia. A krautrock to naprawdę prosta muzyka dająca dużo przestrzeni. Szukałem jasnej idei. Zapraszam różnych muzyków i nie mówię nikomu, kto zagra - do momentu ogłoszenia składu nikt z zaangażowanych o tym nie wie. Muzycy są bardzo wrażliwi - mogłoby się okazać, że któryś z nich nie chce dzielić sceny z innym. Dlatego line-up ogłaszam na dzień przed wydarzeniem - a same utwory wybierane są w drodze głosowania przez publiczność. Muzycy tracą kontrolę nad sytuacją, to dla nich spore wyzwanie. Mają tylko jeden dzień na przygotowanie. To wszystko jest dość szalone, zawsze ktoś się wykrusza w ostatnim momencie. Więc nawet jeśli zaplanujemy sporo, to potem trzeba improwizować.

Jak to było w Warszawie? Inaczej niż w Londynie?
Zupełnie inaczej. Wszyscy zaangażowali się z wielkim entuzjazmem, chcieli, żeby brzmiało to właściwie. Temperatura muzyki wyszła zupełnie inna. Nie czułem pretensjonalnego podejścia, lecz pełne skupienie. W Londynie każdy jest cool - nikt nie pokaże, że mu zależy. Dlatego uwielbiam Warszawę. Sprawia, że jestem szczęśliwy. Trochę się sprzeczaliśmy, ale to dobrze. Nigdy nie dążyłem do tego, aby gdziekolwiek forsować swoją wizję - ważniejsze jest to, dokąd ideę KK zabierają muzycy. Ja tylko daję pomysł.

Co cię sprowadziło do Polski?
Przyjechałem tu w maju zeszłego roku, kiedy wystawę w Czułości miał mój przyjaciel Nampei Akaki. Chciałem wtedy zagrać z miejscowymi muzykami ?' to wszystko, ha, ha. Jestem ciekawski, lubię obserwować ludzi. Tak spotkałem Kubę [Tyro-Niezgodę ?' red.], z którym wpadliśmy na pomysł sprowadzenia Krautrock Karoke do Warszawy.

To było już drugie KK w Warszawie, w Londynie szykujesz właśnie 12. odsłonę. Czym się zajmujesz, gdy akurat nie zbierasz składu na Karaoke?
Mam jeszcze zespół X.V.R.S., w którym gram z basistą i perkusistą grupy Bo Ningen. To już kompletna improwizacja, nigdy nie zagraliśmy próby. Projekt powstał specjalnie na trasę z Wire. W sieci nie było o nas żadnych informacji, ani jednego nagrania, więc wszyscy pytali: „Kto to, kurwa, jest, żeby supportować Wire?". Nagrywaliśmy każdy koncert, który graliśmy przed nimi, szybko go miksowaliśmy, masterowaliśmy i nazajutrz wypuszczaliśmy za darmo - tylko na jeden dzień, później nagranie znikało. Zrobiliśmy tak chyba z dziewięć razy. Po trasie zespół całkowicie przepadł.

Kredyty


Tekst: Maciek Piasecki
Zdjęcie: Stanisław Legus

Tagged:
muzyka
Galeria Czułość
muzyka wywiady
stanisław legus
ken iwasa