potrzebujemy rave’ów z lat 90.

Pepe Casanova, jeden z najbardziej znanych promotorów i organizatorów rave’ów w latach 90. w Meksyku, pokazał nam zdjęcia ze swojego archiwum i opowiedział kilka anegdot. Niech żyje rave!

tekst i-D Staff
|
16 Lipiec 2015, 3:05pm

Kilka miesięcy temu mój kumpel Temores (niech spoczywa w pokoju) przesłał mi mailem zaproszenie na rave. Podekscytowany otworzyłem plik, wyobrażając sobie kolejny epicki melanż, z którego razem się wyczołgujemy. Gdy jednak skończyłem czytać treść wiadomości, zamarłem. Dlaczego? Otóż szykowała się naprawdę nudna impreza (i to nie ze względu na kiepski dobór składu DJ-skiego). Sęk w tym, że to wydarzenie dumnie nazwane ravem, w rzeczywistości było jego zupełnym przeciwieństwem.

Zresztą przekonajcie się sami, treść wiadomości brzmiała mniej więcej tak: JaiGuru Rave. Medytacja, ruch i mantra. Gość specjalny - Beatriz Goyoaga. W programie - soki wyciskane, wegetariański poczęstunek i wiele innych atrakcji.

Poczułem się poniżony. Soki? Owszem, piliśmy takie w latach 90., ale tylko na afterach, żeby dalej połykać kwasy albo ekstazy (najczęściej oba). Wegetariański poczęstunek? Kto do cholery przychodzi na rave jeść? Wiele innych atrakcji? W sensie, że co - wystąpi jakiś magik albo inny pajac? Szanowni nowocześni hipisi, wyciągnijcie proszę głowy z tyłków, nauczcie się prawidłowego znaczenia słowa „rave" i nie mieszajcie się do tego co was nie dotyczy.

Odnoszę wrażenie, że w dzisiejszych czasach ludzie już nie wiedzą jak się bawić. Nowe generacje stają się coraz bardziej świadome, odpowiedzialne i w praktyce - nudne. Winę ponoszą - moim zdaniem - MTV i Internet. Z nostalgią wspominam lata 90. i doskonale pamiętam swój pierwszy rave.

To był rok 1994, miasto Meksyk, ogromna opuszczona fabryka po zakładach Eureka. Miejsce wprost idealne na wydarzenie tego rodzaju. Poszedłem tam z trzema kumpelami - Reginą, Jaqueline i Laurą. Nasze stroje? Królowały cętki lamparta, obcisłe czerwone spodnie i buty na koturnach. Cóż to była za noc. Poważnie, moim zdaniem to właśnie tam narodziła się meksykańska scena elektroniczna.

Przyznaję, byłem wówczas przekonany, że to pierwszy rave jaki kiedykolwiek zorganizowano w całym Meksyku. Na drugi dzień jednak wyprowadzono mnie z błędu. Podobno kilka miesięcy wcześniej ktoś zrobił dwie, trzy, imprezy w którymś z opuszczonych domów w dzielnicy La Roma (to tam zazwyczaj odbywały się takie wydarzenia).

Scena rozrastała się w błyskawicznym tempie. Konkurencja była ogromna, ale dzięki temu wszyscy się poznaliśmy i zaprzyjaźniliśmy. Składy pokroju Aceite mojego dobrego przyjaciela i byłego wspólnika Davida Cuevasa (niech spoczywa w pokoju), Libido Ricarda Soroy, Bleep, Divas, Cookie y Ramiro, Trance, + Uno, X Mandamiento, Polución (w którym sam się udzielałem) i wielu innych producentów, których nie jestem teraz w stanie wymienić, ale wiem, że tańczyliśmy razem pod stroboskopami wypożyczonymi od Acustic Project.

Tamtej nocy w Eurece bawiliśmy się do rana praktycznie na trzeźwo. Narkotyki pojawiły się później, w Teotihuacan, kiedy po raz pierwszy w Meksyku wystąpił Paul Van Dyk. Nigdy tego nie zapomnę. Tańczyłem do tego numeru na balkonie w La Gruta, patrząc z góry na parkiet i wyobrażając sobie, że jest on ogromną pizzą, a ludzie znajdujący się na nim kawałkami salami. Byłem… Zaskoczony.

Zanim zajęliśmy się produkcją muzyki, rave'y ogarniali Chrysler, Martin 9000, Tini Tun, Quecho, Light, Lome, Koggi, Chuck, Sondera, Acid Kit, Digi + Gabo, Fux, Alexis, Xaca, Adrian, Karlos Elizondo, Klang, Uriel. Tydzień w tydzień, nie ważne, czy na górze Ajusco, na Desierto de los Leones, w Oaxtepec, La Romie, czy w centrum. Nie opuszczaliśmy żadnego melanżu.

Po kilku latach zajęła się nami policja. Kiedy dokładnie? Chyba w okolicach 2000 r. Mogę się jednak mylić, w końcu wówczas niezłym wyczynem było zapamiętanie poprzedniej nocy. Uwierzcie mi, po 20 latach sztuka ta jest dużo trudniejsza. Co się z nami stało? Zestarzeliśmy się, dorośliśmy, na naszych twarzach pojawiły się zmarszczki, a brzuchy urosły. Kilka osób założyło rodziny, inne już są po rozwodach. Ktoś wyjechał z kraju, ktoś zmarł. Wszystko się skończyło.

Ostatnie doświadczenie zmusiło mnie jednak do refleksji. Powinniśmy odkurzyć srebrne ciuchy, kupić Glow Sticki, przygotować „energetyki" na bazie fety, wydrukować ulotki, zagospodarować jakąś opuszczoną szkołę, przetańczyć całą dobę i uciec przed policją. Pielęgnujmy piękną tradycję, którą zostawiły lata 90. Niech Temores będzie z nas dumny!

Tagged:
rave
lata 90.
meksyk kultura