elio fiorucci – legenda włoskiej mody

Szczery wywiad z projektantem, który zrewolucjonizował włoską modę swoją prowokacyjną postawą i aktywizmem oraz wprowadził pop do ekskluzywnego świata Medolianu.

tekst i-D Staff
|
21 Lipiec 2015, 12:56pm

Gdy w 2003 roku ogłoszono zamknięcie flagowego butiku Fiorucciego w Gallerii Passarelli w Mediolanie, miało się wrażenie końca pewnej ery. Na miejsce sklepu włoskiej legendy, wskoczył komercyjny gigant, H&M. Fiorucciego niektórzy kojarzą dzięki logo z dwoma aniołkami, niektórzy z marki Love Therapy, jeszcze innym znany jest on ze swych prowokacji - czy to nagich, kobiecych piersi, czy ultra krótkich szortów, ale projektant przede wszystkim uwolnił mediolańską modę ze sztywnych okowów haute couture. Dla jednych Fiorucci jest przyjacielem największych gwiazd pop, dla innych innowatorem i trendsetterem. „On jest mistrzem nad mistrzami", powiedziała Vivienne Westwood o projektancie.

Fiorucci zapoczątkował londyńskie, swingujące lata 60. w Mediolanie, wprowadził włoską modę do Nowego Jorku, zapoznał naczelnego i-D Terry'ego Jonesa z Madonną (która następnie pojawiła się na okładce magazynu) oraz pomógł ukształtować wizualną tożsamość nowojorskiego undergroundu disco społeczności queer. Elio Fiorucci stworzył historię.

Skąd bierze się twoja kreatywność?
Niewątpliwie moje artystyczne korzenie sięgają dzieciństwa. Nic nie jest w życiu zapisane, a być może właśnie wszystko jest zapisane? Wierzę w to, że mamy już jakiś scenariusz, a do nas samych należy podejmowanie decyzji i wyborów oraz podążanie za impulsami.

Urodziłem się 10 czerwca w 1935 roku, w bardzo niefartownym czasie dla ludzkości, bo kilka lat potem wybuchła II wojna światowa. Bo zbombardowaniu Mediolanu, uciekłem z miasta wraz z rodzicami. Baliśmy się, że nadejdzie koniec świata. Myślę, że życie zawdzięczam dobrym wyborom mojej rodziny. Udaliśmy się na wieś do mojej ciotki, blisko jeziora Como - tam znalazłem raj na ziemi. W tamtych czasach szkolni nauczyciele byli bardzo surowi, a to szczególnie mi się nie podobało. W przeciwieństwie do mojego brata, uwielbiałem przyrodę, zwierzęta, a większość czasu żyłem w swoim własnym świecie, wymyślając w swojej głowie przeróżne historie. Wszystko mnie zadziwiało. Na każdą, nawet najbardziej banalną rzecz patrzyłem z pasją i ciekawością dziecka. Już jak byłem mały, to było dla mnie oczywiste, że ludzie to zwierzęta, a cykl życia dotyczy wszystkie stworzenia w jednakowy sposób. Postanowiłem myśleć za siebie i odrzucać jakąkolwiek pomoc z zewnątrz. Kwestionowałem też tajemnice świata. Religie nie oferują rozwiązania problemu, czy wyjścia z sytuacji, ale mogą wskazać drogę. Moja rodzina jednak była niewierząca. Myślę, że moje ziarenko kreatywności wykiełkowało właśnie na wsi.

W wieku 17 lat zacząłeś pracować w biznesie rodzinnym. Jak wspominasz początki kariery?
Moi rodzice mieli sklep z butami w Mediolanie. Miałem czterech braci, w sumie była nas piątka, a ja byłem czarną owcą. Wszyscy się świetnie uczyli, a mój ojciec miał bzika na punkcie literatury klasycznej. Ja zakochałem się w Odysei Homera, w całej podróży Odyseusza, w miejscach, które odkrywał. Kochałem zwiedzać, eksplorować, dlatego też zostałem podróżnikiem. Wkrótce zrozumiałem, że każda sytuacja jest inna, że na świecie istnieją różne kultury, religie, ludzie, twarze... To mnie zawsze fascynowało. Jako młody chłopak, postanowiłem odkryć Londyn.

Przechadzając się po Kensington Market, znalazłem butik Barbary Hulanickiej, który wziąłem za swoją pierwszą, prawdziwą inspirację. Odkrywałem targi, na których młodzi ludzie z całego świata sprzedawali znalezione przez siebie przedmioty, na zwykłym straganie. Poniekąd to był pierwowzór obecnego, idealnego sklepu! Praca „kupca" jest jedną z najbardziej interesujących na świecie.

Gdy byłem jeszcze w szkole, to gdy tylko nadarzała się okazja, zrywałem się z lekcji, aby pomagać przy naszym sklepie. Mój ojciec robił wszystko, aby zniechęcić mnie do pracy w zawodzie, pokazując mi, ile potrzeba do tego wysiłku, jednak na próżno, bo ja to kochałem. Uwielbiałem kolory i uśmiechnięte ludzkie twarze. Lubiłem się rozglądać i patrzeć, co się dzieje na ulicach. Moją szkołą były ulice Mediolanu, to tam się wszystkiego nauczyłem. 

Twoja marka narodziła się z pary butów, które stworzyłeś i w których zakochali się redaktorzy magazynu Amica. W 1967 roku otworzyłeś swój własny sklep w San Babila, a w 1974 roku w Turynie, z przestrzenią przewidzianą na restaurację i występy. Jak wyglądał wtedy Mediolan?
Gdy zmarł mój ojciec, przejąłem firmę i zacząłem otwierać sklepy, co spotkało się ze znacznym sukcesem. Bardzo lubiłem swoją pracę, ponieważ cały czas musiałem być w ruchu, non stop musiałem badać rynek, aby tworzyć nowe kolekcje.

Uwielbiałem przebywać wśród ludzi i rozmawiać z nimi. Urodziłem się jako nieśmiały, cichy chłopak, ale gdy zacząłem pracować w rodzinnym sklepie, zmieniłem się, bo ludzie mnie zagadywali i uśmiechali się do mnie. Jako dzieciak, opierałem swoje relacje z ludźmi na życzliwości, bo tak nauczył mnie ojciec. Zależało mi na tym, aby ludzie znaleźli to, po co przyszli, aby byli zadowoleni i nie wydali fortuny na to, co właśnie chcieli kupić. Koniec końców najlepszą rzeczą na świecie jest miłość drugiej osoby.

Najważniejszą potrzebą człowieka to być kochanym. Wziąłem sobie to bardzo do serca i przelałem to na moją twórczość. 31 maja 1967 roku, otworzyłem swój pierwszy sklep w Mediolanie, zaprojektowany przez Amalię Del Ponte, inspirowany londyńskim butikiem Biby. Chciałem zmienić modę i zależało mi na tym, aby włączać, a nie wykluczać. Sklep szybko dorobił się dobrej reputacji, jako miejsce z miłą i profesjonalną obsługą, która chętnie pomoże. Klienci stali się naszymi przyjaciółmi. Gdy otwierałem butik, zawsze miałem w głowie życzliwość. Chciałem, żeby ludzi byli witani z wielką uprzejmością i tak samo żegnani: „Zapraszamy ponownie, ponieważ to była dla nas sama przyjemność".

Chciałem udowadniać ludziom, że ich kocham, więc w 1970 roku stworzyłem logo z dwoma małymi aniołkami - wiktoriański obrazek zaadaptowany przez designera Italo Lupi. 

Fiorucci wkrótce stał się marką przemysłową z dystrybucją na cały świat. W swoich biurach w San Donato zebrałeś ekipę podróżników, którzy mieli za zadanie odkrywać rzeczy, które można było sprzedawać w butiku. Jak wyglądały decyzje?
Wybory należały do mnie i do mojej siostry. Zawsze jakoś tak się składało, że to, co podobało się nam, podobało się też i ludziom, nie wiem dlaczego? Nigdy się nie myliliśmy. Jeździliśmy po świecie w poszukiwaniu nieznanych i nieodkrytych rzeczy. To wkrótce stało się pracą. Wielu ludzi przyjeżdżało do nas z nowymi rzeczami ze Stanów, Japonii, Ameryki Południowej...

Pamiętam wycieczkę do Meksyku z moją żoną. To tam po raz pierwszy zobaczyłem koszule w kwieciste wzory. Innowacja polegała na tym, że my po prostu zmienialiśmy kontekst rzeczy, ale one wszystkie były piękne same w sobie.

W 1975 roku otworzyłeś swój pierwszy butik w Londynie, na Kings Road, a następnie sklep Fiorucci na 59. ulicy w Nowym Jorku. Jakbyś opisał tamten świat?
Po Londynie i wielu innych krajach postanowiłem otworzyć sklep w Nowym Jorku. Moja bliska znajoma, Anita Paltrinieri wspomniała mi o przepięknej przestrzeni na 59. ulicy. Poprosiłem więc Sottsassa, Branziego i Mirabelliego, żeby pojechali tam i sprawdzili to miejsce. Kilka dni po otwarciu, do sklepu przyszedł Andy Warhol, bo ciekawił go nasz innowacyjny charakter. Napisał nawet w swoich pamiętnikach: „Poszedłem do Fiorucci, fajne miejsce. Mają wszystko, czego zawsze pragnąłem, wszystko z plastiku..." Zaprzyjaźniliśmy się. Gdy w 1977 roku Andy otworzył Studio 54, byłem jedną z osób, sprawujących pieczę nad organizacją otwarcia restauracji, na którą przyszła Bianca Jagger, Margaux Hemingway, Grace Jones i Andy we własnej osobie. Pamiętam go jako uprzejmego, prostego człowieka, a zarazem geniusza! Moja znajoma Mary Poole nadal mi mówi, że to on był pod większym wrażeniem mnie, niż odwrotnie!

Byłeś pierwszą osobą, która wprowadziła jeansy do Włoch. Kiedy się zorientowałeś, że to będzie hit?
Jeansy zmieniły świat. Pewnego razu, jechałem samochodem na Ibizę razem z moją żoną i w jednej z malutkich wiosek po drodze, zobaczyliśmy piękne dziewczyny, biegające topless w jeansach i nurkujące w nich do wody. Te jeansy totalnie przylgnęły do ich ciał, co wyglądało nieziemsko. Wyglądały jak niebieskie posągi.

To stało się jedną z moich obsesji: pomysł, że kobiety nie powinny nosić jeansów, które zostały stworzone dla mężczyzn, ale powinny mieć swoje własne. Więc gdy wróciłem do Mediolanu, kupiłem rolkę denimu, elastycznego, kurczącego się materiału. Stał się on naszym wielkim sukcesem. Wszystkie kobiety ustawiały się w kolejkach, aby kupić nasze jeansy. Wreszcie mogły pokazać nogi, nie odkrywając ich. Kobieco piękno należy utrzymywać. Przyroda to świadomość, a świadomość erotyki jest jedną z najlepszych rzeczy na świecie. Seks, uczucie, zakochiwanie się, adoracja - to są ważne rzeczy w życiu.

Ten model jeansów ewoluował i powstały z niego inne - lekko wycięte z tyłu, w inne wszyliśmy wstawki ze sztucznej skóry (zawsze walczyłem o prawa zwierząt), aż wreszcie stworzyliśmy ogrodniczki.

Jesteś znany ze swoich prowokacyjnych reklam. W 1974 roku wypuściłeś bikini, mocno powycinane kostiumy i stringi. Niektórzy próbowali zakrywać i nakładać cenzurę na plakaty i naklejki. W 1995 roku Roger Corona nakręcił jeszcze bardziej prowokacyjną kampanię: po raz pierwszy widzieliśmy całkiem nagą kobietę, mającą na sobie jedynie futrzane kajdanki. Jakie jest twoje zdanie na temat związku nagiego ciała z wulgarnością?
Wulgarność nie jest mierzona za pomocą centymetrów materiału. Wszyscy rodzimy się nadzy, a ubieranie się jest hipokryzją. Wulgarny może być mężczyzna w smokingu. Naga kobieta jest dziełem Boga. Nadal pamiętam, jak do mojego biura wparowała policja, aby przechwycić naklejki do kampanii wyciętych kostiumów kąpielowych. Zawsze, przez całe życie usiłowałem trzymać nagie ciało z dala od wulgarności.

Jaką radę dałbyś młodym ludziom?
Aby byli sobą. Cokolwiek się nie zdarzy, zawsze bądź w zgodzie ze sobą.

Kredyty


Tekst: Eloisa Reverie Vezzosi
Tłumaczenie: Zuza Bień
Zdjęcia dzięki uprzejmości Elio Fiorucci