moda jest dla ludzi, fashion week też powinien

Od praw wyborczych do selekcji w klubach – z doświadczenia wiem, że ludzie, którzy twierdzą, że im ekskluzywniej, tym lepiej, bywają niespełna rozumu. Ta mała wielka mądrość mówi mi też, że pokazy na tygodniach mody powinny być otwarte dla publiczności.

tekst i-D Team
|
01 Wrzesień 2014, 3:45pm

Mitchell Sams

Najpierw skupmy się na tym, co uważam za najmniej trafioną wymówkę na zamknięte listy gości: „Miesiąc mody to najważniejsze wydarzenie przemysłu modowego, na które składają się pokazy w Nowym Jorku, Paryżu, Londynie i Mediolanie. Ma pozwolić profesjonalnym dziennikarzom, redaktorom i kupcom obejrzeć kolekcje projektantów z wyprzedzeniem, aby zaplanować ich przyszłe publikacje prasowe i zamówienia". A ja na to: oczywiście, niech sobie chodzą, niech sobie siadają w czarnych okularach w pierwszych rzędach, jeśli sprawia im to taką frajdę.

To, że modowi profesjonaliści na fashion weeku naprawdę pracują, nie jest jednak dla mnie wystarczającym powodem, żeby ograniczać pozostałą publiczność. Gdyby porównać to do branży muzycznej, występy zespołów na żywo powinny być organizowane tylko dla dziennikarzy, bo fani mogą sobie przecież kupić album. Ach, ci straszni ludzie na koncertach! Jak krytycy mieliby przy nich coś usłyszeć?

Jeśli wielka moda jest sztuką, obcowanie z nią nie powinno być przywilejem.

Każdy, kto naprawdę wielbi modę, ceni sobie jej poetycki język oraz symbiozę z kulturą i historią. Zgodzi się też pewnie z tym, że oglądanie pokazu mody na najwyższym poziomie to coś, co naprawdę warto przeżyć. Piękne ubrania są dziełami sztuki, a pokazy - nową formą wyrazu. Takie spektakle, jak ten z hologramami u Alexandra McQueena, tancerzami u Ricka Owensa czy supermarketem Karla Lagerfelda, udowodniły to nie raz. Zróbmy jeszcze jedno porównanie: blokowanie pokazów przed zwykłymi ludźmi, bo ich nie rozumieją (czyli nie doceniają albo nie wiedzą, jak się tam zachować) jest jak wpuszczanie do Luwru wyłącznie historyków. Mówiąc wprost: jeśli wielka moda jest sztuką, obcowanie z nią nie powinno być przywilejem.

No dobrze. Powiedzmy, że wierzymy, że jesteście miłymi, głęboko odbierającymi sztukę ludźmi, którzy nigdy nie pozwoliliby, żeby ich szczerozłote serca ogarnęło poczucie wyższości wywołane udziałem w prywatnych pokazach mody. Świetnie, wszyscy spotkamy się w raju! Ale martwicie się o logistykę… Doskonale to rozumiem. Jest na to sposób: bilety. Rozwiązanie, które przez lata pokazało skuteczność kontroli nad uczestnikami wydarzeń. Sprawdza się wszędzie: od kina, przez mecze tenisowe, po balet - na fashion weeku też da radę.

Właściwie marzy mi się, żeby tydzień mody ruszył w trasę - żeby marki i projektanci przez tydzień czy dwa pokazywali się w kilku światowych stolicach. Tylko sobie wyobraźcie: Saint Laurent i Céline On the Run! Jedynie pięć występów: Paryż, Nowy Jork, Londyn, Tokio, Sydney. Jako support Pallas i Études, na koniec Kanye West, a tłum szaleje. Poza tym firmy zarabiają niezłą kasę, a widzowie odkrywają nową twarz mody - mniej komercyjną, a teatralną.

Myślenie o zyskach prowadzi do jeszcze jednego powodu, czemu większa liczba uczestników fashion weeku może się opłacić - pokazy mody to całkiem droga sprawa. Według The New York Timesa koszty prezentacji kolekcji dużej marki mogą wynieść od równowartości 6 do ponad 25 mln złotych - minuta 10-minutowego show kosztuje średnio ponad milion. Gdyby projektanci sprzedawali bilety osobom spoza branży, przynajmniej część wydatków mogłaby się zwrócić. Co więcej, mogliby pokazać im na żywo prawdziwy kunszt swoich projektów. Dzięki temu ci może chętniej kupowaliby produkty po pełnych cenach - w czasach ostrych obniżek, które nadszarpują budżet, mógłby to być genialny ruch.

Czemu projektanci nie mogliby pozwolić większej liczbie osób, szczególnie tym, którzy naprawdę ich uwielbiają, dodać pokazowej widowni trochę energii?

Jeszcze jedno: uczestnicy fashion weeku wyglądają na strasznie znudzonych! Musi być jakiś powód, dlaczego Tavi Gevinson - najfajniejsza i najbardziej biegła w modzie nastolatka - już po jednym miała dosyć. Nie wydaje mi się, żeby branża, która tworzy trendy, bała się małego bałaganu. Żyjemy w erze bycia czyimś fanem - często o sukcesie bardziej decyduje to, kto cię lubi, a nie - ile. Czemu projektanci nie mogliby pozwolić większej liczbie osób, szczególnie tym, którzy naprawdę ich uwielbiają, dodać pokazowej publiczności trochę energii? Popkultura nigdy nie była tak popularna jak teraz - elita powinna zdać sobie sprawę, że nadmiernie eksploatowany format fashion weeku jest totalnie démodé.

Żałuję, że nie potrafię zakończyć tego tekstu poematem o tym, jak nigdy nie zapomnę swojego pierwszego pokazu mody - ale mało go pamiętam. Mieszkałem wtedy od miesiąca w Nowym Jorku, ledwo przyjechałem z przeładowanym bagażem i malutkim zainteresowaniem modą, a mój nowy współlokator wkręcił mnie w fuchę przebierania modelek na backstage'u. Pamiętam tylko urywki: reporterkę wpadającą na kamerę w pierwszorzędnym stylu, modelkę skubiącą ciasteczko, przyczepioną do wieszaka kartkę z instrukcją zakładania ubrań. Ale widok projektanta tuż przed finałem pokazu nie opuści mnie nigdy. Gdy na wybieg wyszła ostatnia modelka, jego płuca wypełniła lekka jak hel mieszanina dumy, strachu i radości, które przyszły wraz z nasyceniem swoją twórczością sali pełnej nieznajomych. Gdy go widziałem, moje serce rosło - czułem się szczęściarzem, bo właściwie niezasłużenie wylądowałem w miejscu pełnym ciężko pracujących pasjonatów. Już wtedy wiedziałem, że to coś, co warto pokazać szerszej publiczności.

Kredyty


Tekst: Mallory Rice
Zdjęcie: Mitchell Sams
Połącz się ze światem i-D! Polub nas na Facebooku, śledź nas na Twitterze i Instagramie.

Tagged:
Μόδα