wczesne zdjęcia davida bowiego, których nie widział świat

Legendarny fotograf Mick Rock w rozmowie z i-D o tym, jak udokumentował narodziny Ziggy'ego Stardusta.

tekst Jane Helpern
|
10 Styczeń 2016, 3:40pm

Na początku lat 70. na ziemi wylądował ultrabrokatowy kosmita i od tamtej pory rock and roll już nigdy nie był taki sam. W czerwcu 1972 roku David Bowie wydał swój legendarny album The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars, a razem z nim pojawiło się jego alterego, czyli chudy, połyskujący i wijący się przybysz z kosmosu, balansujący na granicy męskości i kobiecości, człowieczeństwa i pozaziemskości. Osobą, która od początku znajdowała się w pierwszym rzędzie tego nieziemskiego spektaklu, był Mick Rock, brytyjski student z Cambridge, dziś szerzej znany jako „człowiek, który udokumentował lata 70." Karierę zaczął jako fotoreporter w magazynie Oz. Dla Micka, dokumentowanie historii stanowiło nieoczekiwaną konsekwencję przebywania z jego idolami, a później kumplami - Iggym Popem, Davidem Bowiem i Lou Reedem. Teraz, 40 lat później, Mick Rock wydaje właśnie limitowaną edycję albumu przez Taschen. The Rise of David Bowie: 1972-1973 zawiera setki niewidzianych nigdy wcześniej zdjęć Bowiego, zrobionych między 1972 a 1973 rokiem, kiedy to Rock był jego oficjalnym fotografem („oficjalny", jak sam komentuje, było wówczas raczej dosyć luźnym określeniem). Nakład to dokładnie 1972 kopie, a każdą z nich ręcznie podpisał Rock, jak i sam David Bowie.

W zeszłym tygodniu legendarny fotograf udzielił wywiadu i-D w LA o Bowiem, o tym, że kiedyś można było robić, co się chciało, o jego nowym albumie oraz równoległej wystawie pt. Shooting for Stardust: David Bowie and Co. w galerii Tashen w LA.

Nazwano cię „oficjalnym" fotografem Bowiego. Do jakiego stopnia oficjalnym?
Wytwórnie płytowe miały swoich własnych fotografów, ale wielu muzyków chciało współpracować z artystami, których znali osobiście. Mnie nikt nie zatrudniał. A menadżer Bowiego nigdy nikomu za nic nie płacił. Jednak dzięki temu, co robiłem, ludzie zaczęli mnie zauważać. Była taka sesja, którą zrobiliśmy na samym początku, ta z Bowiem w lustrze. Powiedział wtedy do swojego menadżera: „Mick widzi mnie tak, jak ja sam siebie widzę". To było takie przypieczętowanie. To właśnie wtedy zabrali mnie do Stanów. Nie płacili mi, ale pokrywali wszystkie koszty. Wtedy nie potrzeba było wiele kasy, żeby przeżyć. 

Więc byłeś oficjalnym nieoficjalnym gościem, do którego każdy się zwracał?
Często byłem wówczas jedynym dostępnym fotografem, media nie były tak rozpowszechnione. Wszystkim podobała się taka sytuacja, że niezbyt znany muzyk miał swojego oficjalnego fotografa. To była część hype'u, całej tej otoczki. Jest takie świetne zdjęcia Davida, ubranego całego na biało w hotelu Plaza. Wokół niego trzech ochroniarzy. A wtedy nikt go nawet nie zaczepiał, nie było tłumów na ulicach. Wszystko się zmieniło pod koniec trasy. Gdy wrócił do Anglii, to było kompletne pandemonium. Co interesujące, jak spojrzy się na zdjęcia, widać na nich publikę. Najpierw go obserwowali, patrzyli na niego, pod koniec trasy włazili już na scenę i łapali go.

Powiedziałeś, że uważasz się za strażnika jego wizerunku. Co masz na myśli?
Uważałem się za jednego ze strażników, a nie jedynego na wyłączność. Bardzo uważam na słowa, bo David pracował z wieloma fotografami. Ale jeśli mam być szczery, to miałem totalnie wyjebane na opinię jakiegoś redaktora. Mnie interesowało jedynie co myślał Iggy, Lou albo David. Ja się z nimi wszystkimi identyfikowałem. Chciałem, żeby zakochali się w tym, co robię. Mam wiele zdjęć, których nigdy nie opublikuję. Nawet jak byłem kompletnie spłukany, to tego nie zrobiłem. To byli ludzie, z którymi byłem bardzo blisko, których lubiłem. Ta droga eksploatacji, którą wszyscy podążają - ty mnie wykorzystujesz dla artykułu, ja wykorzystuję akty, akty wykorzystują pewnych ludzi, to natura machiny, w którą wszyscy jesteśmy uwikłani. Ale za tym idzie też pewna odpowiedzialność.

Każdy oszalał na punkcie twojego zdjęcia, na którym David Bowie i Mick Ronson jedzą razem w pociągu. Jak myślisz, dlaczego akurat to?
Nie wiem, to ty mi powiedz! Myślę, że jednym z powodów jest to, że wszystko na nim jest takie zwyczajne, codzienne. Otoczenie, gotowane ziemniaki z groszkiem... Może tylko z wyjątkiem tych dwóch egzotycznych panów. David oczywiście nie miał brwi, co tylko dodaje smaczku. Jednego dnia je miał, a następnego je po prostu zgolił, ot tak. To zdjęcie zostało po raz pierwszy opublikowane w moim albumie o Bowiem pt. Moonage Daydream. Myślałem, że to raczej zdjęcie mniejszego kalibru, a okazuje się, że pewnie sprzedałbym więcej kopii samej tej fotografii. To jest zagwozdka. Poza tym myślę, że tam jest ukryta jeszcze jedna warstwa. Chodzi o to ukradkowe spojrzenie, które wygląda bardzo konspiracyjnie, jak gdyby mieli jakąś mroczną tajemnicę.

Wszyscy chcemy wiedzieć, więc muszę spytać: jak długo zajmowało Bowiemu wyszykowanie się?
Przeważnie sam robił make-up. W albumie znajduje się mnóstwo zdjęć, jak się szykuje. Jednym z moich ulubionych jest to, na którym ma się wrażenie, że David zaraz podrze swoją maskę, ale oczywiście tego nie robi. Trochę mu to wszystko zajmowało, ale wyrobił się. Trzeba było ułożyć włosy, poza tym miał panią od garderoby (żonę Micka Ronsona), który pomagała przy włosach, make-upie i ciuchach. David dosyć często się przebierał. W ciągu okresu trwającego 20 miesięcy (bo kiedyś policzyłem), ze zdjęć wynika, że miał na sobie 74 różne kreacje. 

Można swobodnie powiedzieć, że twoja twórczość nigdy nie była aż tak popularna, jak dziś. W czym sekret?
A kto do kurwy nędzy zrobiłby wywiad z jakimś fotografem rocka wtedy? Kto się niby tym interesował? Dobrą stroną internetu jest to, że po mojej operacji wszczepienia bypassów sercowych na Gwiazdkę w 1996 roku, ludzie zaczęli się bardzo interesować fotografią klasycznego rocka. Zdjęcia zaczęły pojawiać się w galeriach i machinę trzeba było przecież napędzać. Poza tym ja miałem naprawdę świetnych modeli, od Syda [Vicious, przyp. tłum] i Lou po Iggy'ego i Davida aż do Debbie [Harry]. Uważam, że każdy ma swoje przeznaczenie. Jednak nie każdy ma możliwość za nim podążać. Moje imię i nazwisko to Mick Rock, więc wygląda na to, że komuś udał się dobry żart.

Co dalej?
Cóż, jest ten album z Bowiem. Cholernie się tym jaram. Ponad 40% zdjęć tam zamieszczonych nigdy wcześniej nie ujrzało światła dziennego. Poza tym VICE robi o mnie materiał dokumentalny, a ja kręcę swój program dla Ovation TV [On the Record with Mick Rock]. Chcę też zrobić album z kotami, ale wszyscy proszą mnie, żebym robił więcej i więcej rockowych publikacji.

taschen.com

Zobacz też: Jak się fotografuje rock 'n' roll? 

Kredyty


Tekst: Jane Helpern
Tłumaczenie: Zuza Bień
Zdjęcia dzięki uprzejmości Taschen