Reklama

londyn: to koniec

Kiedy przychodzi ten moment, gdy mówisz sobie „dość” i przeprowadzasz się do miasta, gdzie życie jest tańsze?

tekst i-D Staff
|
29 Czerwiec 2015, 10:40am

Jestem z Londynu. Tak bardzo, że mówię „Landan", a nie „London". Jesteśmy razem już od 30 lat. Wychowałem się na osiedlu domów komunalnych w dzielnicy Lambeth, bardzo często chodziłem na mecze Arsenalu wraz z moją babcią, studiowałem na trzech londyńskich uniwersytetach, a prawie cała moja rodzina i znajomi z dzieciństwa nadal tam mieszkają. Z Londynem związany jestem od dnia mojego urodzenia w St. Thomas' Hospital, który położony jest tuż naprzeciwko bogatego pałacu, z którego zaszczytni członkowie parlamentu rządzą krajem [Houses of Parliament]. Niestety, w 2011 roku, nadszedł dzień, kiedy musiałem powiedzieć: „pierdol się, Londynie. To koniec. Koniec naszego 30-letniego związku. I dla twojej wiadomości, nie chodzi o mnie, tylko o ciebie".

W momencie, gdy oznajmiłem, że moje drogi z Londynem właśnie się rozchodzą, prawie cała moja rodzina i znajomi zadali mi to samo pytanie: „kiedy wracasz?" Nie spytali „czy", tylko „kiedy". Za każdym razem odpowiadałem pewnie i bez wahania: „nigdy". Wtedy zadawali mi kolejne, dosyć dezorientujące: „ale czy wyobrażasz sobie mieszkać gdziekolwiek indziej?" Nota bene: dla wszystkich ludzi nie z Londynu i dla tych, którzy nie są zaznajomieni z naszą „rasą" - jako Londyńczycy, nasze przekonanie o absolutnej zajebistości naszego miasta jest tak wielkie, że zakrawa na arogancję, a paryżanie i nowojorczycy to przy nas pikuś.

Więc, jak to się stało, że się odkochałem w moim ukochanym Londynie? A tak, że nie jest mi on w stanie dać tego, czego potrzebuję, jako że moja pensja plasuje się w okolicach średniej. Nie sądzę, abym żądał wiele, chcę po prostu bezpieczny dom z ogrodem, wystarczająco odłożonej kasy, aby żyć godnie na emeryturze, dostęp do świeżego powietrza i trochę ciszy i spokoju. A może to moja wina, bo wymagam zbyt wiele?

Londyn po prostu, najzwyczajniej w świecie, leci w przysłowiowego chuja. Koszty życia są tu najwyższe, jeśli mowa o „świecie rozwiniętym", a jednocześnie powietrze jest tak wstrętne, że nawet samo oddychanie zagraża twemu zdrowiu (najgorsza jakość powietrza w całej UE, takie są fakty). To tak, jakby ktoś ci polecał restaurację, gdzie jedzenie jest drogie, ale bardzo dobre, z tym że należy liczyć się, że się po tym jedzeniu rozchorujesz. Nadal byś tam zjadł?

No dobra: Londyn ma muzea, teatry, restauracje, bary i mnóstwo innych super miejsc, które poleca Time Out. Ale przecież super miejsca są też gdzie indziej. Mój nowy dom jest w Cupar, w Królestwie Piszczałek (tak, mówię o Szkocji). Jest znacznie mniejsza i ma znacznie mniej światowych atrakcji, o ile w ogóle posiada jakiekolwiek, ale do Edynburga, który jest dużo bardziej interesujący, jest rzut beretem - krótka jazda pociągiem albo samochodem. Tam również są muzea, teatry, restauracje, bary i inne fajne rzeczy, a do tego jest się w Szkocji, w kraju tak pięknym, że urywa głowę. Mieszkanie w Cupar oznacza, że mnie i moją partnerkę stać było na wzięcie przystępnego kredytu na 4-pokojowy bungalow z ogrodem, garażem i super wykończeniem. W Londynie bylibyśmy mniej więcej 10 lat od takich luksusów, bo jako dwoje ludzi pracujących na cały etat, wynajmowalibyśmy malutkie mieszkanko w 4. strefie, płacąc minimum 1200 funtów za dwa pokoje (bez rachunków). Bylibyśmy również szczęśliwymi posiadaczami karty miejskiej za jedyne 150 funtów miesięcznie. Koszty wynajmu w Londynie są tak absurdalne, że portal Daily Mash opublikował ostatnio artykuł pt.: „Londoners revelling in all the things they can't afford to do this weekend" [Londyńczycy rozkoszujący się wszystkimi rzeczami, na które nie stać ich tego weekendu]. Obecny burmistrz Londynu uważa, że czynsz w wysokości 2800 funtów miesięcznie jest jak najbardziej przystępny. Szczerze, to już kpina level hard.

Nie chodzi też wyłącznie o rynek mieszkaniowy. Ostatnio policzono mi w pubie 9 funtów za dwa piwa, uznałem więc, że należy zadać barmanowi adekwatne do sytuacji pytanie, brzmiące: „kurwa, ile?" Sekundę później przypomniałem sobie jednak, że jestem w Londynie, a zdzierstwo to przecież chleb powszedni. Metro londyńskie z dumą ogłasza, że działa siedem dni w tygodniu, ale to kolejny kit. W weekendy i dni wolne od pracy nie działa prawie połowa linii, no bo przecież: „prace usprawniające". Oczywiście akurat wtedy, kiedy masz wolne i chcesz sobie pozwiedzać. Ale możesz też pojechać samochodem. A nie, czekaj. Najpierw musisz go mieć, potem płacić fortunę za jego utrzymanie i ubezpieczenie, a do tego 20 pensów za minutę parkowania, no ok, za każde 5 minut. W sumie to wiesz co? Nie wychodź z domu, wfotoszopuj się do zdjęć z atrakcjami światowej rangi, a następnie wklej je na fejsie. Upewnij się, że zobaczą je twoi znajomi, którzy nie mieszkają w Londynie, tak, aby zeżarła ich zazdrość za te wszystkie super rzeczy, które możesz robić w wolnym czasie jako rezydent miasta smogu.

Prawda jest taka, że w Londynie nie da się już zacząć od zera. Jeśli nie pomaga ci rodzina i nie zarabiasz powyżej średniego pułapu (uwierz mi, że bardzo wysokiego), musisz bardzo obniżyć swój standard życia, aby się tu osiedlić na stałe. Londyn zaczyna przypominać trochę Waszyngton, gdzie przez jakiś czas mieszkałem. Z jednej strony, wszechobecna bieda, z drugiej - bogactwo. A bogactwa też się jakoś za bardzo nie widuje. Najpierw trzeba ustawić się w pracy, zanim się w ogóle pomyśli o założeniu domu, bo to kosztuje.

Nieustannie rosnące ceny wszystkiego, idące w parze z agresywną gentryfikacją sprawiają, że Londyn traci swoją duszę. Niby banał, ale ja nie mieszkam już w Londynie od 4 lat i wszystkie te, wyrastające jak grzyby po deszczu mieszkania, zdefiniowane przez burmistrza jako „finansowo przystępne", sprawiają, że to miasto jest nie do poznania. Ma się wrażenie, że Londyn nie jest już częścią Wielkiej Brytanii, powoli staje się oddzielną jednostką, pozbawioną serca.

Jedyną rzeczą, jakiej w życiu pragnę, a którą dać mi może tylko Londyn, to możliwość pójścia na mecz Arsenalu bez konieczności podróżowania 800 km. Z kolei, jeśli mieszkałbym w Londynie, to pewnie nie byłoby mnie stać, żeby pójść. Nie chcę jednak kończyć negatywnym akcentem, więc zamiast tego, muszę ci Londynie wyznać, że Cupar dba o mnie bardziej, niż ty kiedykolwiek o mnie dbałeś. Jestem teraz szczęśliwszy. Niby wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, a jednak mi jest dobrze tu, gdzie jestem. 

Zobacz też: dlaczego młodzi Londyńczycy uciekają do Berlina?

Kredyty


Tekst: Sami Mikhail
Tłumaczenie: Zuza Bień
Zdjęcie: Adrian Scottow