frank ocean wrócił ze zdwojoną siłą

Jesteśmy kupieni — „Blond" to arcydzieło.

tekst Tom Ivin
|
sie 22 2016, 10:20am

Ten rok był pełen zaskakujących albumów wydawanych w niespotykany sposób: „Anti" Rihanny pojawiło się na Tidalu do pobrania za darmo na kilka dni przed oficjalną premierą, Beyoncé wypuściła drugi album wizualny, tym razem w formie ponad godzinnego filmu „Lemonade", a Kanye West zmienił swój wielki pokaz mody w odsłuch „The Life of Pablo". Mimo tych niesamowitych premier Frankowi Oceanowi udało się wyróżnić z tłumu. Czekaliśmy na album roboczo zatytułowany „Boys Don't Cry", ale kolejne ogłaszane daty premiery przynosiły tylko rozczarowanie. Błaganie w internecie nie pomagało, tak samo, jak memy i artykuły na temat owianego tajemnicą projektu. Frank wodził nas za nos i podpuszczał różnymi wskazówkami. Tajemniczy klip, karta biblioteczna z datami, obietnice zinów, muzyki i „dwóóóch wersji" były puste, aż do piątku. I soboty.

Mroczny i senny livestream z hangaru zmienił się w „Endless", 45-minutowy album i wstęp do „Blond". Znalazła się na nim imponująca lista współpracowników i świetny cover piosenki Isley Brothers, śpiewanej później przez Aaliyah, „At Your Best (You Are Love)", nagrany z londyńską orkiestrą symfoniczną. Mimo urodzaju muzyki i gości, „Endless" nie do końca spełniło oczekiwania. Jednak to coś udowodniło zrezygnowanym fanom, którzy się poddali i stwierdzili, że to wszystko, co dostaną.

Przed „Channel Orange" były mixtape'y „Nostalgia, Ultra" i „The Lonny Breaux Collection" — prawie 100 piosenek, które były tylko wprawką przed gwoździem problemu. I wcale nie było nim „Endless". Wizualny album dowiódł, że gdzieś w tym czarno-białym, oświetlonym jarzeniówkami hangarze, Frank Ocean ubrany w stary dres Kappa i vintage'owe ciuchy Playboya pracował nad czymś wielkim. Album „Blond" został opublikowany późnym wieczorem na Apple Music. Na okładce widnieje męska forma „Blond", natomiast na stronie Apple widzimy „Blonde" w żeńskiej formie. Czy to te „dwie wersje", o których pisał wcześniej na Tumblrze? Na okładce widzimy mężczyznę, na którego tyle czekaliśmy. Ma włosy pofarbowane na zielono i stoi pod prysznicem w prerafaelickiej pozie. Oto Frank Ocean w obiektywie Wolfganga Tillmansa.

Album otwiera żywiołowy i delikatny utwór „Nikes", do którego wideo wypuścił w sobotę. Piękny klip został nagrany przez Tyrone'a Lebona. Tytuł jest tylko jednym z wielu nawiązań do nazw marek na całym „Blond" — pojawiają się także Balmain i Comme Des Garçons. Tekst opisuje problematyczny związek, pełen tekstów typu „nie kochamy się, ale będę się z tobą kochać". Jesteśmy kupieni, Frank wrócił.

„Ivy" to najbardziej przepełniona emocjami piosenka w jego karierze, pełna brzęczących gitar, falsetu w stylu Prince'a i okrzyków Kanyego na końcu. „Pink and White" zaczyna się smyczkami i spokojnym bitem, brzmi rześko i letnio, podobnie jak jego stary cover Coldplay „Strawberry Swing", który kończy się szumem, dźwiękiem budzika i spokojną pobudką.

Muzykę nagle przerywa wiadomość od jego mamy, stanowiąca wstęp do gospelowej piosenki „Solo", w której Frank opisuje życie na własną rękę (sory, mamo). „Solo" to medytacja, praktykowanie samotności w stylu mnichów i analiza czasu, który spędza na mieście. W „Solo (Reprise)" pojawia się Andre 3000 z OutKast i 8-bitowa melodia. Potem słyszymy smutną gitarę i anegdotę od fotografa Wolfganga Tillmansa, stojącego za eurobeatowym zakończeniem „Endless".

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

„White Ferrari" to druzgocąca opowieść o straconej miłości, która zapożycza tekst z „Here, There and Everywhere" Beatlesów. Potem Frank cytuje „A Fond Farewell Seigfried" Elliotta Smitha w nastrojowym akustycznym numerze. Ocean ma wrodzoną umiejętność, dzięki której sprawia, że nagle myślimy o wszystkim, co zrobiliśmy w życiu źle, wywołuje niepewność — „Może źle postąpiłem?". Rozmyśla też nad dziwactwami współczesnych związków — „Twoje SMSy zupełnie nie pasują do tego, jak wyglądasz". Oszczędnie operuje bolesną nostalgią. Album jest jednocześnie bardzo osobisty i uniwersalny, możemy się z nim utożsamiać. To cecha charakterystyczna dobrej sztuki.

Towarzyszący płycie zin stanie się pewnie rarytasem na eBayu, bo już zdążył zniknąć z półek pojedynczych sklepów w Londynie, Los Angeles, Nowym Jorku i Chicago, w których był dostępny. Znajdują się w nim zdjęcia Harley Weir i Nabila Elderkina, wiersze artysty i przyjaciół oraz lista wszystkich ludzi, którzy przyczynili się do powstania albumu, składająca się z 44 pozycji. Wśród nich Arca, Beyoncé, Brian Eno, David Bowie, James Blake, Jamie XX, Kanye, Kendrick, Pharrell, Rick Rubin, Tyler The Creator i Yung Lean. Ten projekt pokazuje, do czego Frank jest zdolny, ile jeszcze może stworzyć oraz jak oddany jest fanom.

To obowiązkowy rozdział w historii Franka Oceana, który przypomina miłość. Byliśmy świadkami tego procesu, pragnęliśmy, potem lekceważyliśmy i znów powitaliśmy swoją miłość z otwartymi ramionami. Wznieśmy toast za Franka.

„Świetnie się bawiłem, tworząc to wszystko. Dziękuję wam. Szczególnie tym, którzy nie dali mi zapomnieć, że muszę to dokończyć. Czyli w zasadzie wszystkim z was. Haha. Kocham was".

Przeczytaj też:

Kredyty


Tłumaczenie: P. Śmiechowska