wspaniały świat bruce’a webera

Dibi Fletcher wspomina czas spędzony z legendarnym fotografem.

tekst Dibi Fletcher
|
26 Styczeń 2016, 4:45pm

Jesienią 1989 roku do mojego biura w San Clemente ktoś zadzwonił i spytał, czy Christian Fletcher (mój syn, surfer) chciałby wystąpić w sesji fotografa Bruce'a Webera do magazynu „Interview". Pracowaliśmy wtedy nad filmem „Wave Warriors", Astrodeckiem (antypoślizgową nakładką na deskę) i linią odzieżową Christiana Fletchera. Moim synem zainteresowała się prasa i pomyśleliśmy, że nie zaszkodzi nam wzmianka w magazynie, który założył sam Andy Warhol. Wydawał się świetnym miejscem dla bezczelnego nastolatka i gwiazdy surfingu. Dlatego umówiliśmy się na sesję w naszym domu.

Bruce Weber przyjechał z kilkoma asystentami, stylistami i fryzjerami - to grupa liczyła około 10 osób. Był bardzo uprzejmy i rozluźnił atmosferę, wspominając o naszych wspólnych znajomych, których fotografował. Jego wiedza na temat surfingu i fascynacja tym sportem były godne podziwu. Choć na początku to miała być tylko drobna notka w gazecie, z materiału wyszedł cały artykuł. Tak rozpoczęła się nasza niezwykła przyjaźń, która przetrwała dekady wzlotów i upadków. Właśnie w tych najgorszych momentach przekonałam się, jak wspaniałym i utalentowanym człowiekiem jest Bruce.

Weber ma nosa do uzdolnionych ludzi i nie mam na myśli jedynie tego, co widać gołym okiem. On potrafi wyczuć „to coś" w człowieku. Nawet najbardziej nieśmiałe osoby otwierają się przed nim bez strachu, że nadużyje ich zaufania, kiedy widzą jego zaangażowanie i to, jak bardzo lubi swoją pracę. To rzadki dar. Uważam, że to jest kluczowa zdolność, którą wykorzystuje na wszystkich polach - od profesjonalnych sesji po prywatne projekty, jak chociażby film „A Letter to True". To oda do jego psów, wywołana smutkiem po 11 września 2001 roku. Bruce jest niesamowity: potrafi znaleźć najbardziej niezwykłe rzeczy w sytuacjach, które na pozór wydają się zwyczajne. Całokształt jego pracy pozwala nam zobaczyć świat z perspektywy, która potrafi zainspirować i zachwycić czymś nowym. Do każdego podchodzi z taką samą uwagą - począwszy od idealnie wyrzeźbionego olimpijczyka w bieliźnie Calvina Kleina, a skończywszy na swojej przyjaciółce, Elizabeth Taylor, w wałkach na głowie.

Przez te lata miałam okazję pracować z nim przy różnych projektach - od sesji Versace i fotografowania ugrzecznionych surferów do L'Uomo Vogue, przez katalogi Abercrombie & Fitch na plaży przed domem moich rodziców, aż po jego serię albumów „All-American". Dzięki temu spędziliśmy razem sporo czasu. Większość jego przyjaciół, których spotkałam, zna go od dzieciństwa lub początków kariery. Nigdy nie zdarzyło się, żeby był niedostępny i nie mógł komuś dodać otuchy albo oddzwonić, nawet jeśli pracował od 4:30 rano do 20. Nawet wtedy chętnie spotka się, żeby coś przekąsić i porozmawiać. Potem pojedzie obrabiać zdjęcia i dzwonić do przyjaciół, którzy muszą usłyszeć jego kojący głos, a dopiero na końcu zaśnie, żeby skoro świt zacząć wszystko od nowa.

Jego hojność nie ma granic. Zawsze wyprawia urodziny kochającej żony Nan (z którą jest ponad 25 lat) i zaprasza około 50 osób: najbliższych przyjaciół i sąsiadów. Wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Pamiętam, jak księżyc w pełni odbijał się w wodzie, a piosenkarka Eartha Kitt leżała na fortepianie i śpiewała „Happy Birthday".

Spędzenie kilku dni jako gość w świecie Webera było cudownym doświadczeniem. Wszędzie znajdowało się pełno książek, a w powietrzu unosił się zapach kwiatów. Prześcieradła były tak świeże i czyste, jakby schły w pełnym słońcu. Do tego w domu stały piękne, ręcznie robione meble, swetry, dywany i torby. To wszystko stanowiło tło wspaniałej kolekcji zdjęć, której uroku dodawał bezpretensjonalny sposób, w jaki zostały wyeksponowane. Nigdy nie widziałam, aby ktoś w tak przystępny i cudowny sposób realizował swoją miłość do piękna i dzielił się nią tak szczodrze.

Weber niestrudzenie wspiera akcje charytatywne - pomaga wielu schroniskom dla zwierząt. Kreuje gwiazdy z ludzi, którzy jeszcze przed chwilą byli anonimowi, a nieliczne wolne chwile spędza, robiąc zdjęcia swoim psom. To gromada pięciu golden retrieverów i jeden ciemny kundel ze schroniska.

Takiego Bruce'a znam - nasza przyjaźń wzbogaciła moje życie.

Artykuł pochodzi z 8. numeru magazynu Humanity.

Przeczytaj też:
Jürgen Teller i Bruce Weber dla Louis Vuitton
Najfajniejsze zwierzaki w i-D
Prawdziwych przyjaciół poznaje się w modzie

Kredyty


Tekst: Dibi Fletcher
Zdjęcia: Bruce Weber
Tłumaczenie: Patrycja Śmiechowska

Tagged:
Μόδα
Kultura
bruce weber
dibi fletcher