dlaczego potrzeba nam więcej bohaterek promujących wyzwolenie w kinie

Czas przestać śnić na jawie o pełnych sztucznego blasku dziewczynach z przeszłości kina. Obudźmy się i ukształtujmy wspólnie przyszłość kobiet w filmach.

tekst Billie Brand
|
03 Kwiecień 2015, 6:13pm

Gdy zaczyna się rozkładać na czynniki pierwsze relacje między kinem a feminizmem, łatwo się zgubić w wyimaginowanym świecie Księżniczek Disneya i Plastikowych Lalek. Każdą dorastającą dziewczynkę bombarduje się z ekranu właśnie takimi „wzorami do naśladowania". Od najmłodszych lat filmy uczą nas, że jeśli chcemy żyć „długo i szczęśliwie", to zapewni nam to jedynie pocałunek i wieczna miłość Księcia. Czy naprawdę zasługujemy tylko na coś takiego?

Wydaje się, że od czasów naszego dzieciństwa we współczesnym kinie zmieniło się niewiele. Na srebrne ekrany wchodzi Kopciuszek. Emma Watson będzie grała Bellę z Pięknej i Bestii. Małą Syrenkę weźmie na warsztat Sophie Coppola. A reżyserka Diablo Cody chwyta właśnie za długopis, by pisać scenariusze na potrzeby niedawno zapowiedzianego filmowego cyklu o Barbie. To, że stereotyp fantastycznej, dziewczęcej kobietki utrzymuje się w świetle reflektorów sprawiło, że nasza społeczność dwudziestokilkulatków stała się pokoleniem, które nie chce nigdy dorosnąć. Tkwimy w kapsule czasu. Patrzymy z tęsknotą na bohaterki będące naszymi idolkami z przeszłości. A w przyszłości zobaczymy wyłącznie ich nowe wcielenia, bo w międzyczasie nie pojawiło się właściwie nic nowego. Niezmiennie przykrywamy nasze życie błyszczącymi naklejkami i piszemy długopisami z puchatymi piórkami a la Cher Horowitz. Co prowokuje do wysunięcia pytania: czy dzisiejszy świat będzie w ogóle traktował nas poważnie? Dziewczyny z marzeń pochodzące z krainy nostalgii są świetną ozdobą naszych Instagramów. Ale jeśli chodzi o filmowe wzory do naśladowania, z pewnością potrzebujemy czegoś bardziej treściwego, prawda?

Gdy przyjrzymy się głównym bohaterkom w kinie, zobaczymy od razu, że da się je przyporządkować do zaledwie kilku rozpowszechnionych kategorii. Mamy materialistyczną nastoletnią księżniczkę z produkcji typu Wredne dziewczyny czy Słodkie zmartwienia. Zwykle jest to rozpuszczona gówniara z Beverly Hill, którą chciałaby być każda dziewczyna, a każdy chłopak ma ochotę się z nią przespać. Następną kategorią są kobiety prześladowane za swoją seksualność i zawstydzone nią. Jak Lux Lisbon, złote dziewczę z Przekleństw niewinności, która po utracie dziewictwa na boisku futbolowym skłania się ku popełnieniu samobójstwa. Dalej mamy typy psychotyczne - jak mająca za sobą pobyt w szpitalu dla psychicznie chorych Susanna z Przerwanej lekcji muzyki. Nie zapomnijmy o tych beznadziejnie i kompletnie zadurzonych - jak Ariel z Małej Syrenki czy aż do nudności słodkiej Sandy z Grease. Te dziewczyny zmieniają całą swoją tożsamość, żeby przypodobać się swojemu obiektowi westchnień. Owszem, jest to wybór ślicznych dziewczyn może pochodzić z wizualnie zachwycających i doskonale wyreżyserowanych filmów. Jednak wszystkie są problematyczne. Protagonistki w kinie padają bowiem albo ofiarą stereotypów, albo seksualizacji.

Problem nie leży jednak tylko w typach dziewczyn, jakie ukazuje się nam w filmach. Przyczynia się do niego także ogólny brak kobiet w roli wiodących postaci. Jeśli przyjrzymy się kinowym statystykom, to wyłania się z nich ponury obraz sytuacji. Można wręcz odnieść wrażenie, że kompletnie straciłyśmy nadzieję i poddałyśmy się. Branżą filmową nie wstrząsają protesty przeciwko patriarchatowi. A w zeszłym roku kobiet obsadzonych w głównych rolach było nawet mniej, niż w 2002 roku - statystyki wykazują żałosne 12%! Skoro połowa ogólnej puli sprzedanych biletów na filmy jest kupowana przez kobiety, skąd bierze się ten poważny brak głównych bohaterek na ekranach? Niedawno ogłoszono, że Jennifer Lawrence została obsadzona w roli głównej bohaterki filmu Spielberga. Pierwszej w filmografii reżysera od 20 lat. To krok we właściwą stronę, ale czemu zajęło to tyle czasu? Czy wymaga się od nas, żebyśmy tylko siedziały, pachniały i wyglądały ładnie przez kolejne dwie dekady? Czekając na następny ukłon w naszą stronę ze strony mizoginistycznej branży filmowej?

Kiedy szukamy informacji o kobiecych postaciach, znajdujemy szeroki wybór przykładów świetnych bohaterek drugiego planu, ale w przypadku protagonistek jest on nadal przerażająco wąski. Na szczęście są też takie, które pokazały środkowy palec konwencjonalnemu podejściu do płci w filmie. Jak Thelma i Louise, twarde babki, które przeciwstawiły się gwałcicielowi, przedkładając nade wszystko siostrzaną więź. Są one nadal jednymi z najsilniejszych i najlepiej ukazanych wyzwolonych kobiet na naszych ekranach. Należy też wymienić Beatrix Kiddo z postmodernistycznej przygody Quentina Tarantino, Kill Bill. Panna Młoda jest silna, niezależna oraz posiada taki wachlarz umiejętności i radzi sobie ze wszystkim równie dobrze, jak jej ekranowi partnerzy płci męskiej (jeśli nie lepiej). Julia Roberts zagrała zaś w filmie biograficznym Erin Brockovich - aktywistkę zajmującą się ochroną środowiska i specjalistkę od porad prawnych, która samodzielnie doprowadziła do upadku firmy, która zatruwała zbiorniki wodne stanu Kalifornia. Teraz do tego grona dołączyła obdarzona niezmiennie ciętym poczuciem humoru Desiree Akhavan. Napisała ona i wyreżyserowała Appropriate Behavior, wcielając się jednocześnie w główną bohaterkę filmu, Shirin. Tworząc szczery portret biseksualistki z Brooklynu. A także Karidja Toure, odgrywająca rolę Marieme we francuskim dramacie Dziewczyny z bandy. Zaoferował nam on świeżą perspektywę na kobiecą przyjaźń w XXI wieku. Te inteligentne i piękne w swojej odwadze kobiety stanowią tylko wycinek zbioru tych wspaniały pań, którym udało się odegrać główną rolę - ale i tak potrzeba nam ich znacznie więcej.

Niestety, obecnie nasza kultura jest oparta na dyskryminacji płciowej. Którą obserwujemy w życiu codziennym - od molestowania seksualnego do ciągle istniejących poważnych różnic w zarobkach. Wciąż jesteśmy uwięzione w patriarchalnym społeczeństwie. Dlatego potrzeba nam większej ilości progresywnych i silnych głównych bohaterek w kinie. Może istota problemu tkwi w samej specyfice branży filmowej. Cierpimy też przecież na ogromny niedostatek reżyserek! Mizoginia ma się dobrze i odgraża się nam. Jeżeli nie podejmiemy aktywności wymierzonej w dyskryminację płciową, nic się nie zmieni. Nikt nie wie, jak feminizm będzie wpływał w przyszłości na kino. Jedno jest jednak pewne. Nasza płeć jest warta więcej, niż tylko re-blogowania paru fotek Lindsay Lohan z lat 00. W kinie chodzi o urzeczywistnianie marzeń. W tym, że z radością przyglądamy się zwiewnym dziewczętom, w których zakochaliśmy się w latach dorastania. Ale nadchodzi chyba ten moment, w którym powinnyśmy się obudzić. Nie pogrążajmy się w nostalgii i nastoletnich tęsknotach, śniąc o pełnych sztucznego blasku idolkach z dawnych lat. Zawalczmy z zastaną sytuacją i patrzmy w przyszłość. Oddajmy na ekranach hołd silnym kobiecym postaciom. Użyjmy kina jako medium służącego do przekazywania idei dotyczących równości płci. To może być nadal męski świat, ale bez kobiet jest nic nie warty.

Kredyty


Tekst Billie Brand
Kadr z filmu Kill Bill

Tagged:
feminizm
aktywizm