zdjęcia z telefonu są lepsze

Kuba Dąbrowski pokazuje swoje zdjęcia we włoskim Vouge’u i warszawskiej Zachęcie równie lekko, jak na własnym blogu i Instagramie... co pewien czas z prywatnych zdjęć układa książkę.

|
09 Czerwiec 2017, 7:10am

Przy okazji premiery jego ostatniego photobooka - „Pożar", spotkaliśmy się, żeby porozmawiać o selfie, Instagramie i fotografowaniu wszystkiego dookoła.

Nie rozstajesz się z telefonem, zrobiłeś nim wszystkie zdjęcia do nowej książki.
Prawie wszystkie.
W 2004, kiedy zacząłem na poważnie robić osobiste zdjęcia, używałem kompaktu. Chciałem, żeby plastycznie przypominały zdjęcia moich rodziców, którzy wyciągali podobny aparat na święta albo wakacje, żeby były w jakimś sensie przeźroczyste. Oczywiście w magazynach jak i-D czy The Face funkcjonowała już taka estetyka i niczego nie odkrywałem, ale moi profesorowie, czy fotoedytorzy patrzyli na to krzywo.

Ale dziś już wszyscy robią zdjęcia analogiem...
W roku 2017 wybór małego kompaktu i przeterminowanej kliszy nie jest czymś przeźroczystym. Wrzuca cię do „fajnego", fotograficznego worka, do którego nikogo nie trzeba przekonywać. Na Instagramie znajdziesz hasztagi: #35 mm albo #analogphotography — to się stało dziwnym wtórnym fetyszem. Poruszenia, ziarno, prześwietlenia… te warstwy nostalgii nadają prostym fotografiom pozornej atrakcyjności. Zdjęcie, które obiektywnie jest żadne, nagle robi się jakieś, tylko dlatego, że zostało zrobione na negatywie. Przyszedł czas, żeby wypisać się z tego i zaakceptować nowy rodzaj przeźroczystości. Zamiast analogowych błędów oswoić cyfrową idealność i dosłowność. Myślę, że dzisiaj ta idealność jest dokładnie takim samym niechcianym efektem jak kilkanaście lat temu techniczne niedobory.

To jest twoja alternatywa?
Tak. Swoje prywatne życie fotografuję automatycznie i na masową skalę, a telefon bardzo w tym pomaga. Pracuję tak od roku, bo te zdjęcia są bezpośrednie, bez dodatkowej interpretacji.

Więc robisz telefonem mnóstwo zdjęć ze swojego życia i od lat regularnie publikujesz je w sieci w otwartych profilach. Czym, poza wykształceniem, różnisz się od innych blogerów i instagramerów, którymi wszyscy powoli się stajemy?
Chyba mam dużo większe doświadczenie w opowiadaniu o swoim prywatnym życiu niż większość ludzi. Myślę, że nauczyłem się omijać pułapki.

A jakie są pułapki?
Np. że moment niesfotografowany nie uważasz za moment przeżyty. Albo, że robisz jakieś rzeczy tylko po to, żeby je sfotografować. To są takie myśli, które mamy dziś wszyscy.

Pamiętam jedną sytuację, w epoce blogowej, ale jeszcze przed erą Instagrama: razem z tatą i bratem poszliśmy na mecz Jagiellonii Białystok. Pomyślałem wtedy, że mogę im zrobić zdjęcia w szalikach na tle tłumu. Taki materiał o dojrzewaniu, relacjach rodzinnych i tysiącu innych rzeczy… myślałem tylko o tym, zamiast po prostu iść z nimi i oglądać mecz. Teraz mam już tę świadomość i potrafię się kontrolować.

Jest też kadrowanie — dosłownie i w przenośni. Bo fotografowanie ma dwa etapy. Najpierw decydujesz się, co fotografujesz, w którą stronę, kierujesz obiektyw a później, jak kadrujesz, gdzie tniesz rzeczywistość, czego nie pokazujesz. Kadrowanie jest sztuką kontroli informacji. Mam wrażenie, że dziś, w erze Instagrama, zalewie pseudocodziennych obrazów, mamy z tym do czynienia non stop. Oglądamy ładne uniwersalne obrazki, które zasadzają się na tym, że wykadrowano to, co dzieje się dookoła. Czasami fizycznie kadr kończy się w jakimś miejscu, czasami dzieje się to na poziomie konstruowania narracji. Np. młodzi ludzie w modnych kawiarniach, którzy w każdym większym i mniejszym mieście wyglądają w zasadzie tak samo. Niezbyt często możemy zobaczyć ulicę i autobus, które ich do tej kawiarni doprowadziły. Nie pokazuje się Polbruku, przystanku i tych wszystkich niedoróbek dookoła. Mam nadzieję, że moja książka nie jest tak wykadrowana, że wpuszczam do niej rzeczywistość.

Dla mnie twoja książka jest bardzo inspirująca, pokazuje, jak można zbudować piękne, „zwykłe" życie z rodziną i przyjaciółmi.
Naprawdę? Układając ją obawiałem się, że będzie przygnębiająca, że pokazuje za dużo polskiej brzydoty. Fotografując takie rzeczy jak Ferrari pośrodku kupy gruzu łatwo mógłbym zrobić smutną książkę o przemianach i nastrojach społecznych. Ja mam raczej pogodne usposobienie, jeżdżę na rowerze po mieście, słuchając muzyki i robię zdjęcia zaskakującym rzeczom, które widzę. Staram się przyjaźnie opisywać rzeczywistość, oswajać ją w ten sposób dla siebie. Nie jestem jakimś przesadnym optymistą, nie twierdzę, że jest super, chodzi mi raczej o umiejętność cieszenia się absurdem. Nie jestem w stanie sprawić, żeby było tu ładniej, więc wizualnie trawię to, co Polska mi daje.

Kiedy jestem w Londynie, mogę wyciągnąć aparat i sfotografować nawet coś zupełnie zwykłego — np. mały sklepik prowadzony przez Pakistańczyka, który nie jest przecież pięknym miejscem — miga światło, na półkach leżą tanie słodycze, ale to miejsce zostało wizualnie oswojone. Można w nim zrobić sesję modową albo dokument. U nas „brzydkie" bazarki albo Żabki są równie fotogeniczne, tylko trzeba się nauczyć na nie patrzeć. Trzeba je kulturowo obudować, zmęczyć.

Ale w tym świecie zdrowego jedzenia, popołudnia z rodziną i kilku absurdów wypatrzonych po drodze jest też podskórny niepokój — tytułowy pożar.
Nie sposób się nie bać myśląc o świecie — zmiany ekologiczne, rządy populistów, wizja rozpadu Unii, kryzys zaufania do instytucji… Można dyskutować, na ile to wszystko jest poważne, a na ile to po prostu kwestia interpretacji i mediów, z których czerpiemy wiadomości, ale nastrój na świecie nie jest optymistyczny i z tym dyskutować się nie da. Jeśli coś się stanie, to ta książka będzie zapisem tego, jak było wcześniej.

Bo to nie jest konfesyjna fotografia o moim życiu, ale zapis życia ludzi takich jak ja. Stawiam się w roli „podmiotu lirycznego", narratora. Wydaje mi się, że życie typowego pracownika branży kreatywnej w Polsce wygląda z grubsza tak jak moje życie. I chociaż jest intensywnie relacjonowane na Instagramie, to mam wrażenie, że niesolidnie. Bardziej oglądamy zdjęcia o tym, że ktoś poszedł zjeść udon, niż że zrobił sobie kanapkę z Serkiem wiejskim. To jest właśnie to instagramowe zakrzywienie rzeczywistości.

Bardzo chciałbym zobaczyć dokument o życiu kogoś takiego jak ja, sprzed 25 lat. Kogoś, kto w 1992 roku pracował w Polsacie, miał dziewczynę z trwałą i jeździł samochodem sprowadzonym z Niemiec. Chciałbym w tle „życia jako moje" obserwować zmiany technologiczne i polityczne…

Jak myślisz, co może być najmocniejszym uderzeniem w tym photobooku za 25 lat?
W tej książę opisuje etap życia, w który nieubłaganie wchodzę i który jest fotograficznie dość nieatrakcyjny. Jeśli robię zdjęcia modowe ludziom na ulicy to zaczepiam albo dzieciaki, które świetnie wyglądają, bo mają dwadzieścia kilka lat, totalnie nadążają, albo ludzi, którzy się ładnie zestarzeli. Między nimi jest 30-40 lat czegoś nieokreślonego i ja właśnie znajduję się na początku tego okresu. Nie jesteś już młody, nie jesteś jeszcze stary, a narracje o tym etapie, które do ciebie docierają to albo naiwne reklamy o rodzinie, która jedzie na wakacje, albo filmy obyczajowe o tym, że ludzie się rozstają i wszystko się sypie.

A moje życie się nie sypie i chcę jakoś ten czas odczarować. Ja tego potrzebuje, domyślam się, że moi znajomi też, za 25 lat sprawdzę, czy się udało.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Basia Czyżewska
Zdjęcia: Kuba Dąbrowski