Reklama

największe grzechy sieciówek

Czasem w cudownej krainie zakupów i przyjemności pojawia się pęknięcie. Do mediów przeciekają informacje o tym, jak jest naprawdę.

tekst Basia Czyżewska
|
13 Marzec 2017, 9:00am

zdjęcie: wikipedia

Jesteśmy przyzwyczajeni do spektakularnych sezonowych wyprzedaży, wielkich bilbordów z najlepszymi modelkami, a od czasu do czasu kolaboracji ze znanym projektantem. Optymistycznie przyjmujemy różne sieciówkowe innowacje, które dotrzymują kroku zmianom w społeczeństwie — ekologiczna zbiórka starych ubrań, które zostaną zrecyklingowane, dział agender — bez podziału na płeć, kolekcje adresowane do muzułmanek, czy kampanie pokazujące naturalne piękno kobiet... Tylko czasem w tej cudownej krainie pojawia się pęknięcie. Do mediów przeciekają informacje o tym, jak jest naprawdę. Oto zestawienie największych sieciówkowych grzechów.

wyzysk
Jeśli na metce swoich ciuchów znajdziesz informację, że powstały w Chinach, Bangladeszu, Tajlandii albo na Filipinach, to jak twierdzą autorki „W kierunku odpowiedzialnej mody" masz 30% szans, że zostały wyprodukowane w warunkach poniżej norm bezpieczeństwa, za głodowe stawki. I choć wielkie marki deklarują zmianę standardów, a niektóre jak H&M zobowiązują się do przedstawiania „Raportów o zrównoważonym rozwoju", to sytuacja właściwie nie zmienia się do lat.

Desperację wyzyskiwanych pracowników najlepiej pokazują „listy" z wołaniem o pomoc, które niepostrzeżenie wszyte w ubrania trafiają do zachodnich sklepów. W grudniu 2015 roku dwaj klienci sklepów Primark w Wielkiej Brytanii odkryli w zakupach ukryte wiadomości. Jednym z nich był 25-letni Shahkiel Akbar, który tekst przetłumaczył dzięki aplikacji na telefonie. „To prośba o pomoc, wysłana przez 39-letniego mężczyznę z Chin […] Ze słów, które udało mi się przetłumaczyć, wynika, że jest zrozpaczony. Dużo ryzykował, by przekazać tę wiadomość. Napisał, że cierpi fizycznie i psychicznie oraz jest zmuszany do pracy. To było przytłaczające doświadczenie".
Primark dystansował się od zarzutów i sugerował, że list jest oszustwem.

kopiowanie
Powszechnie wiadomo, że sieciówki lubią inspirować się najgorętszymi kolekcjami, wystarczy skonfrontować zdjęcia z fashionweekowych pokazów z lookbookiem, żeby dostrzec łudzące podobieństwo. Niektóre z inspirowanych ubrań trafiają do sprzedaży szybciej niż pierwowzory.

Okazuje się jednak, że to nie wszystko. Popularne marki lubią też „odkrywać młode talenty", na swoje produkty wiernie przenoszą znalezione w sieci prace młodych nieznanych szerzej autorów. Anonimowi pracownicy sieciówek potwierdzają, że to częsta praktyka, bo nawet gdy młody projektant odkryje kradzież, zazwyczaj nie ma budżetu na sądową batalię z gigantem.

Takie doświadczenie ma Tuesday Bassen, projektantka i ilustratorka, w której portfolio można znaleźć zamówienia Adidasa, Playboya i New Yorkera. Bassen ma 120 tysięcy obserwujących na Instagramie, ale w oczach prawników Zary jest płotką: „Odrzucamy roszczenia z powodów podanych już powyżej: brak charakterystycznych cech rzekomych projektów pana klientki sprawia, że ciężko nam dostrzec, jak znacząca część populacji gdziekolwiek na świecie, mogłaby utożsamiać te znaki z Tuesday Bassen".
Na plagiatowaniu przyłapano też inne marki np. Bershkę, Stradivariusa, czy polskie Mohito.

Górny rząd: prace @TuesdayBassen, @CoucouSuzette i @BanannaBones. Dolny rząd: naszywki i przypinki z Zary i Stradivariusa.

dyskryminacja
Nie jest tajemnicą, że sklepy oczekują od swoich pracowników, żeby w pracy nosili służbowe ubrania. Od kobiet wymaga się też określonego makijażu i pedicuru, wszystko w imię troski o wizerunek marki, ale kiedy kierownik oczekuje od pracownicy, żeby rozpuściła włosy, bo jej warkocze uznaje za zbyt etniczne, to chyba nikt nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z rasistowskim zachowaniem. Ta historia wydarzyła się w zeszłym roku w Zarze w Toronto. Cree Ballah, która próbowała wytłumaczyć, dlaczego jej fryzura odstaje od norm firmy, powiedziała m.in. „Nie mam wpływu na rodzaj moich włosów. Staram się je kontrolować najlepiej, jak mogę, ale jak widać nie mieści się to w standardach Zary". W odpowiedzi marka poinformowała, że „skontaktowała się w tej sprawie bezpośrednio z pracownikami i szanuje poufność tych dyskusji". To miało uciąć temat, ale było już za późno, news obiegł świat.

pozorna otwartość
Sieciówki to pomysł na demokratyczną modę — ponad granicami, przystępną cenowo, a czasami też bez podziału na płeć i adresowaną do różnych typów sylwetek. Ale czy aby na pewno? Całkiem niedawno H&M, ogłaszał, że prestiżowa kolekcja H&M Studio, której premiera odbyła się na paryskim fashion weeku będzie dostępna również dla kobiet plus size. Ambasadorką rewolucyjnej kampanii stała się Ashley Graham, modelka szczycąca się swoim naturalnym ciałem i rozmiarem 42. Okazało się jednak, że to komercyjny chwyt. Ubrania w rozmiarach większych niż przewiduje standard nie dotarły do stacjonarnych sklepów sieci. Owszem można je było zamówić w sklepie online, co w praktyce sprowadzało się do tego, że większe dziewczyny nie mogły przymierzyć rzeczy, a jedynie podglądać na szczuplejszych koleżankach. Firma, zamiast wzmocnić kobiety, które od lat są wykluczane ze świata mody, zwabiła je do sklepu, po czym odesłać do domu.

Podobną hipokryzją popisała się Zara wypuszczając kampanię, która miała czule odnosić się do krągłości. Plakaty pod hasłem „Love your curves" pojawiły się w na ulicach, ale zamiast poczucia akceptacji, wywołały wściekłość. Kobiety nie zobaczyły normalnych dziewczyn, z którymi mogły się utożsamić, ale chudziutkie nastolatki w obcisłych jeansach. Sieć zareagowała natychmiast, w odpowiedzi pojawiły się m.in prześmiewcze memy z szkieletoremizestawienia ze zdjęciem prawdziwej dziewczyny w kostiumie.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Basia Czyżewska
Główne zdjęcie: Wikipedia

Tagged:
H&M
zara
bershka
Μoda
sieciówki
мохито
Basia Czyżewska
Stradivarius
love your curves