​miłość to twardy narkotyk – wywiad z gasparem noé

„Mam nadzieję, że od mojego kolejnego filmu kolesie będą mieli erekcję, a dziewczyny zrobią się mokre…” powiedział Gaspar Noé w jednym z wywiadów. Przy okazji polskiej premiery „Love” rozmawiamy z reżyserem na temat filmu, jego ulubionego kina i...

tekst i-D Staff
|
28 Sierpień 2015, 8:30am

Piotr Czerkawski: Swój najnowszy film zatytułowałeś po prostu „Love". Nie chciałeś pokusić się o coś bardziej wymyślnego?
Gaspar Noe: Ale właściwie po co? Dziwi mnie, że do tej pory powstało tak niewiele filmów pod tym tytułem. Mało który reżyser decyduje się też, by nazwać swój film „Life", „Cosmos" albo „Human". Chyba tylko Terrence Malick miałby tupet, by to zrobić. Tymczasem, bez przerwy myślimy i mówimy o miłości, używamy tego słowa jako nadruku na T- shirtach, ale boimy się umieścić go w tytule filmu? Nonsens.

Twoi bohaterowie wymyślają bardzo różne definicje miłości, jedne są bardziej cyniczne, inne romantyczne. Jak brzmiałaby twoja?
Ktoś powiedział kiedyś, że „miłość to twardy narkotyk". W pełni się z tym zgadzam. Nie chodzi nawet o więź z konkretną osobą, lecz o uczucie samo w sobie. Jesteś w stanie naćpać się własnym pożądaniem, bo gdy je odczuwasz twoje hormony szaleją. Zupełnie jakbyś był na haju. Podczas gdy ćpun wstaje rano i marzy tylko o działce heroiny, ty pragniesz wyłącznie spotkania z dziewczyną. Potem pieprzycie się, idziecie do kina, pieprzycie się znowu i znowu, a twoje obowiązki i relacje z innymi zupełnie tracą znaczenie. Do tego momentu brzmi to nawet w porządku, ale przecież od miłości łatwo się uzależnić, a wtedy zrywa się z nią równie trudno, jak z narkotykami.

„Love" bardzo przypomina „Nieodwracalne". W miarę rozwoju fabuły cofamy się w czasie i patrzymy na bohaterów, którzy nie są jeszcze świadomi czekającego ich pecha.
Pomysły na „Nieodwracalne", „Love" i „Wkraczając w pustkę" rodziły się w mojej głowie w tym samym czasie. Najbardziej zależało mi na tym ostatnim, ale wiedziałem też, że będzie kosztował najwięcej kasy. Dlatego w międzyczasie chciałem nakręcić coś skromniejszego. Napisałem krótkie streszczenie „Love", a potem wpadłem w paryskim klubie na Vincenta Cassela, który zainteresował się projektem i powiedział: „Może byśmy zagrali w tym razem z Monicą Bellucci?". Byłem wniebowzięty i szybko napisałem rozszerzoną wersję scenariusza. Gdy Vincent i Monica dowiedzieli się, że mieliby uprawiać przed kamerą niesymulowany seks, powiedzieli, że chyba oszalałem. Wciąż chcieli jednak ze mną pracować, więc w końcu zrobiliśmy razem „Nieodwracalne".

Głównym bohaterem „Love" jest młody filmowiec Murphy. Przyznam ci szczerze, że nie mogłem znieść tego gościa. Dlaczego postanowiłeś uczynić z niego tak narcystycznego dupka?
No dobrze, powiem ci: Murphy to parodia mnie samego z czasów, gdy miałem dwadzieścia parę lat. Mówiąc ściślej, byłbym pewnie taki jak on, gdyby okazało się, że mam odrobinę mniej talentu. Murphy dużo gada o swojej potencjalnej karierze, ale nie sądzę, by był w stanie zrobić dobry film, bo w środku jest raczej płytki i nie ma zbyt wielu ciekawych przemyśleń. Mam nadzieję, że pod tym względem akurat się różnimy, ale na pewno jest między nami kilka podobieństw. Zgadza się nawet nazwisko, bo przez długi czas uważałem, że moje jest krótkie i nieładne, a zatem potrzebuję pseudonimu. Czasem przedstawiałem się więc laskom jako Murphy, bo uznałem, że to brzmi cool, jest angielskie i jakoś kojarzy się z filmowcem.

Co jeszcze łączy cię z twoim bohaterem?
Gdy byłem w jego wieku, znajomi również namawiali mnie do robienia masy głupich rzeczy, mówili na przykład: „Chodź, koniecznie musisz spróbować seksu z transwestytą!". Poza tym mamy bardzo podobny gust filmowy. Obaj uwielbiamy w końcu Pasoliniego, Fassbindera i Kubricka. Wydaje mi się zresztą, że oceniasz Murphy'ego trochę zbyt surowo.

Serio?
Ok, wiem, że ma specyficzne poczucie humoru i zdarza mu się rzucić ciężkim żartem, ale komu z nas się to nie zdarza? Poza tym Murphy ma słabość do używek, a te momentami działają na niego naprawdę niekorzystnie. Mam wielu znajomych obojga płci, którzy, na trzeźwo są słodcy, ale gdy tylko trochę wypiją, stają się zupełnie nieznośni. Inni z kolei nie mają problemu z alkoholem, ale wystarczy, że wezmą jakiś narkotyk i od razu rozpętują piekło. To trochę jak z partnerami, którzy na początku wydają ci się idealni, ale wystarczy jakaś ekstremalna sytuacja, by pokazali swoją prawdziwą twarz

W pewnym momencie Murphy mówi o swojej partnerce „Mam nadzieję, że nie spedali naszego synka". Nie bałeś się, że zostaniesz oskarżony o homofobię?
Ktoś tam na pewno się oburzał, ale to przecież nie mój problem. Przywykłem już zresztą do takich zarzutów po „Nieodwracalnym". Nie wiem, o co tyle hałasu. Jestem hetero, ale naprawdę nie mam nic przeciwko gejom i lesbijkom. A tekst Murphy'ego wydał mi się po prostu zabawny.

Bardzo lubię w „Love" scenę, w której Murphy i jego dziewczyna zapraszają do trójkąta blondwłosą sąsiadkę. Na pytanie o wiek dziewczyna odpowiada: „Siedemnaście… Prawie". Murphy, z pochodzenia Amerykanin, stwierdza wtedy: „Zajebiście kocham Europę"!
We Francji możesz uprawiać seks od piętnastego roku życia, w Hiszpanii czy Holandii chyba jeszcze szybciej. A w USA? Jesteś w stanie przywołać tamtejszy film pokazujący pieprzenie bohaterów, którzy mają mniej niż 21 lat? Nie ukrywam, że „Love" to w dużej mierze kpina z amerykańskich filmów o młodzieży. Niby wszystko jest w porządku, wykorzystuję w końcu technologię 3 D i sięgam schemat opowieści o chłopaku, który wybiera się w inicjacyjną podróż do Europy. Tyle że przy okazji pokazuję na ekranie rzeczy, na które Amerykanie za cholerę by się nie odważyli.

Zgodzisz się z tezą, że artystyczne filmy, które obiecują nam flirt z pornografią, okazują się zwykle zachowawcze i konserwatywne?
Coś w tym jest. Po stokroć bardziej niż przeestetyzowane fanaberie znanych reżyserów jak Winterbottom czy Bertolucci, wolę autentycznie mocny „Klip" z Serbii.

Deklarujesz się jako fan Larsa von Triera. Podobała ci się „Nimfomanka"?
Tak, choć spodziewałem się po niej czegoś zupełnie innego. Stacy Martin jest świetna, ale przyznam, że nie rozumiem fascynacji Larsa sadomasochizmem. Widziałem masę tego rodzaju filmów podczas pobytu w Japonii i żaden szczególnie mnie nie podniecił.

Który z ostatnio oglądanych filmów sprawił, że zrobiłeś się napalony?
„Spring Breakers"! Zapewne z powodu o którym już mówiłem: wreszcie znalazł się reżyser, który pokazał, że amerykańskie nastolatki też uwielbiają uprawiać seks, są świadome swojej zmysłowości i potrafią się nią świetnie bawić.

A jakie jest twoje zdanie na temat czystej pornografii?
Na pewno uważam, że powinno się wydostać ją z getta. Skoro kino pokazuje niemal wszystkie inne aspekty naszego życia, skąd bierze się tyle problemów z seksem? Dlaczego możesz bez kłopotu spoglądać na ludzi, którzy jedzą, a żeby popatrzeć na pieprzącą się parę, musisz odpalać RedTube'a?

Zastanawiam się, dlaczego seks w kulturze pozostaje tak wielkim tabu. Myślisz, że to w dalszym ciągu kwestia wpływu, który wywiera na ludzi religia?
Po części na pewno tak. Katolicy i Żydzi mają obsesję na punkcie seksu, ale najgorsi są pod tym względem muzułmanie. Wystarczy spojrzeć, w jaki sposób każą ubierać się swoim kobietom. Religia to jednak tylko pewien aspekt bardzo złożonej sprawy. Seksualność jest jedną z tych kategorii, które najczęściej poddaje się rozmaitym represjom. Rodzice kontrolują życie erotyczne swoich dzieci, a burżuazja czyni to samo z klasami niższymi. Wszystko to wydaje mi się częścią jednego wielkiego systemu patriarchalnego, który - wbrew pozornemu triumfowi nowoczesności - wciąż trzyma się całkiem nieźle.

Można odczuć to także w świecie kina?
Oczywiście. Wystarczy spojrzeć na cenzurę obyczajową, której istnienie opiera się na przekonaniu, że przedstawiciele władzy mają prawo mówić ludziom, co jest dozwolone dla ich oczu. Jest w tym wielka arogancja, która manifestuje się w myśleniu: „jestem bezkarny i mogę robić z własnym fiutem co chcę, ale wy, ciemna maso, jesteście uzależnieni od mojego kaprysu". Właśnie tacy kolesie zakazali niedawno pokazywania „Love" w Rosji. Istnieje jednak nadzieja, że cały ten system runie dzięki potędze internetu. Na nic przecież zakazy i przestrogi, jeśli każdy dzieciak może dziś zamknąć się w pokoju i w pięć sekund wyświetlić na monitorze dowolnego pornosa.

Gdy kręciłeś „Wkraczając w pustkę", mówiłeś, że jesteś już zmęczony Paryżem. Dlaczego więc - przy okazji „Love" - zdecydowałeś się wrócić do tego miasta?
Rzeczywiście, w pewnym momencie czułem się w Paryżu jak gość z „Dnia świstaka". Każdy dzień zaczynał się tak samo, wiedziałem kto i kiedy do mnie zadzwoni, mogłem przewidzieć co powie do mnie facet z kiosku na rogu. Kiedy jednak wyniosłem się na chwilę do Tokio, by nakręcić tam „Wkraczając w pustkę", wróciłem do Francji z przyjemnością. W Paryżu jest sporo muzeów, kin i wypożyczalni DVD, więc mam skąd czerpać inspirację. Poza tym mieszka tu dużo przyjaciół, a drugie tyle bywa w mieście przejazdem. Nie zmienia to jednak faktu, że po „Love" znów mam potrzebę małej zmiany. Chętnie pojechałbym na dwa tygodnie do Afryki, żeby po prostu oczyścić umysł.

Często podkreślasz swój dystans do mieszczańskiego i zachowawczego francuskiego kina. Parę osób w ojczyźnie musi cię za to bardzo nienawidzić.
Nie sądzę, bo mówię tylko, że istnieje pewien typ francuskich filmów, które niemiłosiernie mnie nudzą. Z drugiej strony są w moim kraju twórcy, których zawsze będę uwielbiał, na przykład Jean Vigo, Jean Eustache albo Jean - Luc Godard. Pamiętasz na przykład „Oczy bez twarzy" Franju? To horror z roku 1960, który wciąż potrafi przestraszyć.

Twoja wiedza o kinie jest imponująca. Wiem, że znasz się nawet na starych polskich filmach.
Uwielbiam „Pasażerkę" Andrzeja Munka. Jakiś czas temu, gdy byłem w Nowym Jorku, Martin Scorsese w kółko opowiadał mi o filmie „Ostatni etap" (Gaspar bezbłędnie wymawia tytuł po polsku), zrealizowanym tuż po wojnie na terenie obozu w Auschwitz. Poprosiłem w końcu Marty'ego by wysłał mi kopię do Paryża, a po seansie byłem pod wielkim wrażeniem. Nie wiem jak to możliwe, że we Francji nikt nie zna tego filmu. Powinniście zrobić wszystko, by uznano go za światowego klasyka!

Na deser zostawiłem sobie pytanie, które chciałem zadać ci od samego początku. Czy zgadzasz się z bohaterką „Love" stwierdzającą, że „nie ma nic lepszego niż seks po opium"?
Nie wiem, czy „nie ma nic lepszego", ale próbowałem tego kilka razy i zawsze było bardzo przyjemnie. Jeszcze lepiej wypada jednak pod tym względem połączenie opium i MDMA. Daję słowo, czujesz się wtedy jakbyś był z dwiema laskami jednocześnie!

Czytaj też wywiad z Małgorzatą Szumowską.

Kredyty


Tekst: Piotr Czerkawski
Zdjęcie: Kadr z filmu „Love"

Tagged:
Love
Kino
wywiad
Kultura
gasparem noé