filmy tak złe, że aż dobre

Okropne efekty specjalnie, absurdalna gra aktorska i przewidywalna fabuła. Czas przypomnieć sobie jedne z najbardziej niedorzecznych, ale jednocześnie wspaniałych filmów, które stworzyła ludzkość.

tekst Rob Hill; tłumaczenie Patrycja Śmiechowska
|
12 Lipiec 2017, 2:14pm

„Zły film" to bardzo szerokie pojęcie, które zazwyczaj odnosimy do obrazu pełnego głupoty, przesady lub po prostu niekompetencji. Tak zwane grzeszne przyjemności jak „Wykidajło" albo „Grease" mogą pochwalić się spójnym scenariuszem, a w kadrze nie zobaczymy mikrofonów, ale wiele je łączy z tymi naprawdę nieudanymi produkcjami. Podobają nam się przerysowane emocje, tandetne scenariusze, absurdalne okoliczności, a marna fabuła jak na ironię staje się zaletą. Zaraz za kinowymi hitami znajdują się filmy, które są tak złe, że aż dobre. Podobają nam się w nich podobne rzeczy, ale z większą dawką niedowierzania i radości z cudzego nieszczęścia. Naprawdę złe filmy to okropne doświadczenia: frustracja, depresja i co najgorsze,

Roger Ebert powiedział kiedyś: „Trudno wyjaśnić, skąd bierze się ta przyjemność, którą czerpiemy z oglądania złego filmu" i w tym właśnie rzecz - musisz znaleźć odpowiedni rodzaj nieudanego obrazu, ten zły w dobry sposób. Oto 10 przykładów takich dzieł.

„Oddział Delta 2", 1990 rok
Z całkiem sensownym budżetem i odpowiednimi twórcami „Oddział Delta 2" otwiera nasze zestawienie złych w dobry sposób filmów. To szowinistyczny moralitet z lat 80., w którym Chuck Norris wypowiada wojnę narkotykom. Zero szacunku dla suwerenności narodu, militarnego protokołu i inteligencji widza. Film zadziwia nie brakiem kompetencji filmowców, lecz niejasną polityką i ślepą głupotą.

„Things", 1989 rok
Jeśli mowa o niekompetencji filmowców, to musimy wspomnieć o tym dziele. Kanadyjski horror z prawdopodobnie zerowym budżetem opowiada perypetie trójki mężczyzn, którzy są uwięzieni w chacie z małymi potworami. Jeśli „Oddział Delta 2" był punktem wyjścia naszej listy, to „Things" jest arcydziełem i musi być traktowany z rozwagą.

„Godzilla kontra Mechagodzilla", 1974 rok
Toho to legendarne studio, które odpowiadało za produkcję „Godzilli" i włożyło wszystko, co mogło w produkcję przedostatniej części oryginalnej serii „Shōwa", z gatunku filmów o potworach (kaijū). Twórcy chcieli przyciągnąć młodszych widzów, którzy byli zafascynowani Jamesem Bondem i odkrywaniem kosmosu, dlatego z czarnych charakterów zrobili kosmitów, przenieśli ich podziemnego schronu i włożyli im w ręce butelki koniaku. Fabuła jest szalona i po prostu niesamowita, a kostiumy potworów to majstersztyk.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

„The Alien Factor", 1978 rok
Kino zmieniło się diametralnie od czasów rozkwitu takich twórców jak Ed Wood. Do listy raczej nie włączymy filmów z lat 50., bo nawet najlepsze dzieła z tamtych lat wywołałoby śmiech — po prostu nie znamy kontekstu, żeby oceniać je sprawiedliwie. Ale niektóre z nich doczekały się adaptacji, m.in. przez reżysera Dona Dohlera. Jego debiut zawiera wszystkie elementy z naszej listy: durne potwory, okropne efekty specjalne, absurdalną grę aktorską i mnóstwo uroku.

„For Y'ur Height Only", 1981 rok
Głównym bohaterem tego filmu jest filipiński karateka Weng Weng o wzroście 83 cm. Sam film wzoruje się na opowieści o Jamesie Bondzie. Przy okazji to także przykład jednego z najgorszych dubbingów w historii kina, który sprawia, że całość jest jeszcze zabawniejsza. Weng jest jedyną zaletą tego dzieła. Jego niesamowita charyzma jest unikalna, a brak troski o bezpieczeństwo kaskaderów jest dziwnie fascynujący.

„Creatures from the Abyss aka Plankton", 1994 rok
To zestawienie nie mogło się obyć bez odrobiny włoskiej tandety. Stworzenia z Abyss nie są może zbyt wyrafinowane, ale za to niesamowicie zabawne. To historia grupy nastolatków, którzy odnajdują opuszczony okręt, na którym muszą się zmierzyć z radioaktywną, zmutowaną i latającą hybrydą człowieka i ryby. No cóż - obie strony przegrywają.

„After Last Season", 2009 rok
Kiedy w 2009 roku na YouTube ukazał się zwiastun „After Last Season" myślano, że to żart ze strony Spike'a Jonze'a, a całość filmu raczej to potwierdzała. Nie mamy żadnego punktu odniesienia dla takich dzieł, więc logicznym krokiem było wyparcie jego faktycznego istnienia jako mechanizm obronny. Fabuła jest zupełnie niezrozumiała: trochę duchów, morderstwo i ośrodek badawczy (magazyn ozdobiony papierem do drukarki), gdzie produkowane są mikroczipy, które po wszczepieniu wywołują u odbiorcy wrażenie komputerowych efektów specjalnych z połowy lat 90. Niektórzy uważają nawet, że jest to awangardowe arcydzieło.

„Raw Force aka Kung Fu Cannibals", 1982 rok
Zły film może denerwować cię tandetą albo drażnić niekompetencją, ale najgorzej, jeśli jest po prostu nudny. W „Raw Force" występują zombie ninja, zjadające ludzi piranie, wyspecjalizowane jednostki kung fu, nazistowscy przemytnicy nefrytu i nadludzcy mnisi ludożercy. Zignorujmy fabułę, która w przedziwny sposób łączy to wszystko w całość (przynajmniej w głowach twórców) i pozwólmy sobie rozkoszować się bezwzględnym absurdem tego filmu.

„The Room", 2003 rok
Jeśli jeszcze nie oglądaliście „The Room", to prędzej czy później musi się to zmienić. Proces tworzenia „'Obywatela Kane'a' wśród złych filmów", to przedmiot nadchodzącego hollywoodzkiego hitu, w którym zobaczymy Jamesa Franco, Setha Rogena, Briana Cranstona i pewnie inne gwiazdy, które chcą zapewnić nas, że mają poczucie humoru. I to nie byle jakie. Większość złych filmów ma dorównać takim dziełom jak „Rambo", „Star Wars", albo innym klasykom swoich gatunków. Ale „The Room" miał być nowym „Tramwajem zwanym pożądaniem". Tommy Wiseau (geniusz, który za tym stoi) powinien dostać medal. Jego dziwaczny występ stał się legendą, a jego ambicje i męstwo to wzór dla innych filmowców.

„Double Down", 2005 rok
Wbrew temu, co uważa większość, Tommy Wiseau to bardziej marzyciel niż narcyz. Żeby zobaczyć prawdziwego narcyza, musicie ruszyć do Nevady, naturalnego środowiska nieuchwytnego reżysera Aarona Branda. W „Double Down", swoim pierwszym dziele jako scenarzysta, reżyser, producent i aktor, wciela się w rolę Aarona Branda, najwspanialszego hakera, mordercy, biochemika, tajnego agenta, komputerowca, detektywa kryminalnego i pilota na świecie. Wiemy to wszystko, bo Breen/Brand mówi nam to jako lektor (przez cały czas). To nie jest film, a bardziej ciąg bezsensownych obrazów z podłożonym głosem socjopaty, który wymienia wszystkie rzeczy, które fajnie byłoby potrafić.

The Bad Movie Bible Roba Hilla jest dostępna na Art of Publishing.

Artykuł pierwotnie ukazał się w brytyjskim wydaniu i-D.

Przeczytaj też

Tagged:
Things
The Room
Godzilla
Double DOwn
Kultura
For Y’ur Height Only
after last season
creatures from the abyss aka plankton
raw force aka kung fu cannibals
the alien factor
godzilla kontra mechagodzilla
oddział delta 2