autoportrety juno calypso obnażają kobiecość

Artystka pokazuje zabiegi upiększające, jakim poddają się kobiety.

tekst Stevie Mackenzie-Smith
|
04 Styczeń 2016, 5:10pm

Seria autoportretów Juno Calypso jest pełna różowych kafelków, falbanek i dodatków z lat 70. W tej scenerii alter ego Juno - tytułowa „Joyce" - samotnie poddaje się zabiegom upiększającym. Na jednym ze zdjęć ma na twarzy przerażającą maskę do masażu, a na innym jest cała pomalowana na zielono i wygląda jak Wenus z obrazu Botticellego, uzależniona od odchudzania i okładów z alg.

Zapytałam Calypso czy kiedyś przy pracy nad zdjęciami przeszkodziła jej obsługa hotelowa. „Pokój był pełen peruk i czipsów, poprzestawiałam meble, a do tego byłam tam sama, pomalowana od stóp do głów na zielono. Co bym im powiedziała?". Dodaje: „Brzmi jak materiał na niezłą anegdotkę, ale chyba bym się spaliła ze wstydu".

Calypso zaczęła robić zdjęcia z tego cyklu na studiach. Seria obnaża wysiłek, jaki kobiety wkładają w swój wygląd i pokazuje, jak za zamkniętymi drzwiami poddają się różnym zabiegom, z jednej strony nakładając na siebie ograniczenia, a z drugiej ucząc się sztuki uwodzenia. Joyce ciągle się szykuje, owija folią i czeka na nieosiągalne rezultaty.

Każda fotografia dokładnie przedstawia ten proces, a plany zdjęciowe są dopracowane i pełne detali. Juno mieszka w Londynie, ale gdy zobaczyła w internecie różowy apartament dla nowożeńców w Pensylwanii, bez wahania poleciała do Stanów, by spędzić w nim noc. Na jej autoportretach widać rekwizyty i meble, które nawiązują do minionych czasów. Jej bohaterka jest wyczerpana emocjonalnie i trwoni pieniądze, dążąc do niedoścignionego ideału, a my patrząc na nią czujemy niepokój.

Joyce" zdobyła nagrodę British Journal of Photography za najlepszy cykl fotograficzny i z tej okazji rozmawialiśmy z autorką, Juno Calypso, która opowiedziała nam o swoich pracach, przedmieściach i perfekcji.

Niektóre zdjęcia z „Joyce" są zabawne, inne mroczne, ale wszystkie pokazują ucisk, jaki społeczeństwo wywiera na kobiety. Jak rozwijał się ten projekt?
Zaczęłam ten cykl na drugim roku studiów, więc nie wiedziałam jeszcze co z tego wyjdzie. Nie myślałam, że cztery lata później wciąż będę nad nim pracować. Zabawne fotki były oczywistym wyborem - miałam 21 lat i chciałam się popisać przed rówieśnikami. Przerabialiśmy poważne tematy, więc próbowałam dla odmiany rozśmieszyć ludzi. Później chciałam udowodnić, że potrafię robić naprawdę dobre zdjęcia. Zaczęłam używać aparatu wielkoformatowego - wtedy moje fotografie zaczęły przypominać kadry z filmów.

Na początku nie miałam zamiaru pokazywać ucisku kobiet. Wręcz przeciwnie - chciałam tylko przebierać modelki w urocze stroje. To było bez sensu, bo czytałam feministyczne teksty, ale nie przekładało się to w ogóle na moje prace. Zdjęcia, na których robiłam smutne miny, były tylko żartem. Dopiero mój wykładowca dostrzegł w nich coś więcej i zachęcił mnie, żebym szła w tym kierunku.

Jak wybierasz miejsca, w których robisz zdjęcia?
Bardzo dużo czasu spędzam szukając rzeczy w internecie. Ciągle siedzę na eBayu i widziałam już niemal każdy pokój na TripAdvisorze. Lubię miejsca, w których czas stanął w miejscu. Nie muszą pasować do jednej, określonej epoki, ale muszą być dziwne. I różowe. Teraz trudniej mi znaleźć nowe lokalizacje, bo gdy wpisują w wyszukiwarkę „różowy apartament dla nowożeńców", wyskakują moje zdjęcia.

Czy czasem męczy cię wcielanie się w postać Joyce?
Tak. Staram się zrobić idealne zdjęcie kobiety, która z kolei próbuje stworzyć nową, lepszą wersję siebie. Dlatego proces robienia tych autoportretów jest równie wyczerpujący, jak starania fikcyjnej bohaterki, Joyce. W tych fotografiach jest ziarno prawdy i myślę, że to dlatego ludziom tak podoba się mój cykl. Czuję się zmęczona jeszcze zanim zacznę robić zdjęcia i wiem, że nie będzie łatwo, bo nikt mi nie pomaga, nie doradza i nie mówi, że już wystarczy. Przeważnie pracuję do białego rana.

Twoje zdjęcia wyglądają jak wyjęte z filmów w stylu „Żon ze Stepford" i przypominają, co kryje się pod fasadą amerykańskich przedmieść.
To zabawne, ale już nie wiem kto pierwszy stwierdził, że moje portrety kojarzą się z przedmieściami - ja sama czy ktoś inny. Staram się nie dopowiadać do tych zdjęć jednej, określonej historii - one przedstawiają fikcję. Nie chcę w ten sposób ograniczać swoich prac czy sugerować, że wszyscy ludzie z bogatych dzielnic są dziwni. Po prostu przerysowane wizje takich okolic wywarły na mnie ogromny wpływ. Gdy byłam młodsza, miałam obsesję na punkcie filmu „Miasteczko Pleasantville" i osiedla z „Edwarda Nożycorękiego". A. M. Homes w książce „Music For Torching" też pokazuje, że przedmieścia nie są takie idyliczne. Mieszkam w wielkim mieście, w którym wszystko ciągle się zmienia. Miło jest czasem uciec do miejsca, które się zatrzymało w czasie.

Czy robisz sobie dużo selfies?
To dziwne, ale teraz robię je bardzo rzadko, z 10 razy w roku i może na jednym wychodzę przyzwoicie. Gdy byłam młodsza uwielbiałam selfies, a robienie ich zajmowało mi dużo czasu. Może przez to, że teraz zajmuję się tym zawodowo, w wolnym czasie nie chce mi się już patrzeć na swoją twarz. Ponieważ robię autoportrety, ludzie zakładają, że czuję się bardzo dobrze w swojej skórze. Niestety, jest odwrotnie - zawsze uważałam, że jestem niefotogeniczna i oglądanie siebie na zdjęciach pogłębiało moją dysmorfofobię, poczucie, że wszystko ze mną jest nie tak. Dokładne planowanie sesji i rozbawianie ludzi pomogło mi się z tym uporać.

Czy w dzieciństwie lubiłaś się przebierać i eksperymentować?
Byłam dość przeciętnym dzieckiem - nosiłam T-shirty, jeansy i ubrania po bracie. Miałam jedną sukienkę z falbanami jak do flamenco, w której często tańczyłam. Dopiero gdy miałam 10, może 11 lat, zaczęłam się interesować modą i makijażem. Gdy miałam jakieś 19 lat, byłam zagubiona w świecie sztucznej opalenizny i doczepianych włosów. Od tamtej pory zdążyłam się uspokoić, ale wciąż uwielbiam peruki - dzięki nim mogę na sesji zmienić się w kogoś zupełnie innego. Zawsze miałam obsesję na punkcie różu, która wręcz nasiliła się z wiekiem. Skoro ludzie wciąż uważają, że różowy jest głupi i infantylny to na przekór będę go używać jeszcze częściej.

junocalypso.com

Przeczytaj też:
Nieziemskie zdjęcia pełne kobiecości
Surrealistyczne obrazy z klubów ze striptizem w Las Vegas
Coco Young odkrywa brzydką stronę piękna

Kredyty


Tekst: Stevie Mackenzie-Smith
Zdjęcia: Juno Calypso
Tłumaczenie: Patrycja Śmiechowska

Tagged:
joyce
zdjęcia
Kultura
Juno Calypso
płeć