j.w. anderson, najbardziej fascynujący projektant pokolenia

Gdy w 2013 Jonathana mianowano dyrektorem kreatywnym luksusowej hiszpańskiej marki Loewe, jego solidna, a jednocześnie bezkompromisowa wizja umocniła jego reputację wschodzącej gwiazdy świata mody. Kiedy Willy Vanderperre i Benjamin Bruno robili...

tekst i-D Staff
|
27 Kwiecień 2015, 8:25am

2015 będzie rokiem J.W. Andersona. Od kiedy we wrześniu 2013 został mianowany dyrektorem kreatywnym Loewe, jednej z najbardziej ikonicznych, luksusowych marek Hiszpanii, jego życie stało się rozgardiaszem wypełnionym spotkaniami, lotami, podróżami Eurostarem i kolekcjami - ale jemu się to podoba. Spotykamy się z Jonathanem w jego słonecznym, trzypiętrowym studiu, które było niegdyś magazynem, usytuowanym niedaleko Dalston Lane, w Hackney, we wschodniej części Londynu. Jest ubrany w swoje niebieskie dżinsy i conversy, i, gdy rozmawiamy, jest jasne, że najwyraźniej służy mu ta ciężka praca, jakiej wymaga zajmowanie się dwiema odnoszącymi sukcesy markami. „Stopniowo nauczyłem się narzucać sobie dyscyplinę, jak sportowiec," zdradza nam. „Nie jestem jeszcze w stanie rzucić papierosów, ale codziennie rano wstaję przed szóstą i idę na siłownię. Nauczyłem się też nie żywić kit katami i nie wypijać hektolitrów kawy, bo przez cały czas chcę działać na najwyższych obrotach."

„Przez cały czas na najwyższych obrotach" to chyba najlepsze określenie, które pasuje do Jonathana. Od kiedy w 2008 zdobył rozgłos swoją inauguracyjną kolekcją mody męskiej, pracował niezmordowanie, by wyrobić sobie markę projektanta, z którym trzeba się liczyć. Obecnie kolekcje J.W. Andersona należą do najbardziej niecierpliwie oczekiwanych na London Fashion Week, a jego praca dla Loewe - choć to właściwie dopiero początek - pozwoliła tej hiszpańskiej luksusowej marce powrócić na mapę mody i umocniła pozycję brytyjskiego projektanta jako jednego z głównych graczy w świecie światowej mody.

Obecnie Jonathan dzieli swój czas między Londyn, gdzie pracuje nad własną marką, i Paryż, gdzie pracuje dla Loewe. „Gdy jest się projektantem, nie można mieć kiepskiego dnia," mówi. „Muszę być na każdym spotkaniu, pracować z każdym zespołem. Trzeba mieć pozytywne nastawienie. Taka ilość pracy na poziomie luksusowej marki wymaga dyscypliny." Obie marki mają w ofercie odzież męską i kobiecą, a J.W. Anderson proponuje zarówno kolekcje resortowe, jak i międzysezonowe, tak więc Jonathan projektuje aż 10 zapierających dech w piersiach kolekcji rocznie. To by wystarczyło, żeby wycisnąć siódme poty z najbardziej wytrawnego projektanta, ale nie z Jonathana. „Od dziecka nie znoszę nudy," zwierza się nam. „Kocham adrenalinę. Być może za dziesięć lat będzie inaczej, ale teraz naprawdę mi się to podoba, uwielbiam wyzwania. Mój mózg wciąż otrzymuje nowe dawki energii. To cudowne!"

Jak i w przypadku wszystkiego w świecie Jonathana, przyjęcie stanowiska dyrektora kreatywnego Loewe wymagało od niego podejścia w stylu „wszystko albo nic". „Przyjrzałem się formułom przyjętym wcześniej przez Loewe, temu, co robili poprzedni projektanci, i pomyślałem, że muszę być bardziej brutalny," opowiada. „Musiałem zmienić logo, żeby przypomnieć o istocie tej marki. Tak, Loewe projektuje rzeczy ze skóry, ale przecież nie chodzi tylko o skórę."

Przyjmując legendarnych dyrektorów artystycznych z M/M (Paryż), Mathiasa Augustyniaka i Michaela Amzalaga, Jonathan postanowił tchnąć w tę bardzo starą markę nowe życie i zaczął od zmiany logo. Nowe, inspirowane krojem pisma stworzonym przez niemieckiego typografa, Bertholda Wolpe, jest nowoczesne i ikoniczne, jednocześnie nie tracąc nic z hiszpańskiego ducha. To znakomity przykład designu. „Jest bardzo przebojowe," przyznaje Jonathan. „Zdystansowane, nowoczesne, ale nie zbyt nowoczesne. Ta jego nowoczesność została stonowana."

Mając już nowe logo, Jonathan poświęcił pierwszy rok w Loewe na poznawanie tajników tego domu mody. Przeniósł studio projektanckie z Madrytu do Paryża, przyjął do zespołu projektantów nowych ludzi i spędził wiele godzin, przeglądając archiwa, by poznać tę markę od podszewki. „Było wielu ludzi, których chciałem tu sprowadzić, wielu projektantów, których zawsze chciałem zatrudnić," mówi. „Wspaniale było powiedzieć: 'Stwórzmy razem ekipę marzeń!' Wierzę w Loewe na milion procent. Wiem dokładnie, gdzie powinniśmy być za pięć lat. Wiem, gdzie zmierzamy."

Jasność wizji Jonathana wydaje się najbardziej zauważalna w olśniewającym wizerunku, jaki zlecił przygotować dla Loewe. Począwszy od kampanii reklamowych aż po lookbooki, w ciągu jednego krótkiego roku zdążył stworzyć odrębną indywidualność chłopaka i dziewczyny Loewe, i jesteśmy pod wrażeniem! Nad pierwszą kampanią reklamową Loewe Jonathan pracował ze Stevenem Meiselem, korzystając z jego zdjęć z sesji dla włoskiego Vogue'a z 1997, na której pozowały Amber Valletta i Maggie Rizer, i połączył je ze współczesnymi. „Jestem bardzo dumny z tej kampanii," mówi. I powinien. „Fakt, że użyliśmy zdjęć z przeszłości, jednocześnie nie traktując ich z nadmierną czcią, jest całkowicie nowym sposobem podejścia do reklamy i obrazu mody." Jonathan ponownie połączył siły z Meiselem przy okazji swojej tegorocznej kampanii mody męskiej wiosna/lato, w której mogliśmy zobaczyć śmiały autoportret legendarnego fotografa, całującego innego mężczyznę.

Mocną stroną Jonathana jest proponowanie nowych sposobów interakcji ze światem mody. Współpracując ze stylistą Benjaminem Bruno i fotografem Jamiem Hawkesworthem, zaprezentował swoją debiutancką kolekcję odzieży męskiej Loewe w formie albumu o ograniczonym nakładzie. Rzecz jasna, stał się on zaraz wielką gratką dla kolekcjonerów. „To był nowy typ garderoby, więc potrzebowałem nowego sposobu prezentowania męskich ubrań," tłumaczy swoją decyzję pominięcia tradycyjnego pokazu mody. „Wydanie albumu czy publikacji miało dla mnie sens, bo koniec końców chodzi tu o oddziaływanie na modę męską."

26 września 2014 Jonathan zaprezentował swoją debiutancką kolekcję mody kobiecej w paryskim budynku UNESCO. Gdy goście zajęli miejsca w ogrodzie z rzeźbami Isamu Noguchiego, podniecenie sięgało szczytu. Pokaz rozpoczęła dziewczyna z okładki i-D, Julia Nobis, ubrana w patchworkową sukienkę z zamszu ze skóry cielęcej, w kolorze złota pustyni. Spódnice z pokazu były cięte ukośnie, dzięki czemu widać było błysk postrzępionego materiału, a przylegające do ciała topy bez pleców przywodziły na myśl starożytną japońską sztukę kinbaku. W centrum zainteresowania znalazła się faktura materiałów: surowych, naturalnych, zmysłowych i majestatycznie wystrzępionych, aż chciałoby się poczuć, jak prześlizgują się nam przez palce. Zobaczyliśmy szerokie, skórzane spodnie w kolorze czarnym, czerwonym, różowym, pomarańczowym, żółtym i niebieskim, oraz serię jedwabnych T-shirtów z obrazkami tradycyjnych scen myśliwskich z archiwów Loewe. To był piękny, satysfakcjonujący debiut, który tylko zaostrzył nam apetyt przed kolejnym sezonem. „To był dopiero początek," mówi nieśmiało Jonathan. „Wypracowanie wizerunku kobiety Loewe zajmie pięć lat. W jednym sezonie może być bardzo naturalnie, potem nieco ostrzej, może nie być skóry, tylko sama bawełna... Dzisiejsi konsumenci lubią wyzwania, chcą widzieć coś nowego, gdyż koniec końców najważniejsza jest nowość."

Popijając kawę, rozmawiamy o tym, jaki wpływ na proces twórczy miała dla Jonathana praca dla LVMH, co myśli o obecnym stanie branży oraz o tym, jaki wpływ mają na projektantów media cyfrowe i krytyka mody.

Czytujesz recenzje?
Tak. Półtora roku temu był taki okres, kiedy tego nie robiłem, bo naprawdę nie wiedziałem, komu wierzyć. Teraz moje podejście jest bardzo zen i po każdym pokazie przez dwa czy trzy dni wszyscy je czytamy. Jeśli recenzja jest napisana dobrze i precyzyjnie, jeśli jest konstruktywna, wtedy wiesz, czego ludzie od ciebie chcą. Bardzo trudno jest zrozumieć, czego chcą, jeśli została napisana w sposób narcystyczny i więcej mówi o tym, kto ją napisał. Wszystko ma swoje dobre i złe strony, wydaje się, że czasami o tym zapominamy.

Uważasz, że w tej branży ważna jest krytyka?
Krytyka jest niezwykle ważna, tylko dzięki temu istnieje swego rodzaju nadzór, zwłaszcza w świecie opanowanym przez reklamy. Zarówno dobre, jak i złe recenzje są dla mnie równie ważne. Czasem pokazy, które miały tragiczne recenzje, okazywały się naszymi najlepszymi, po prostu nie trafiły na właściwy moment, to jest wspaniałe. Uwielbiam Suzy Menkes, bo ma swój punkt widzenia. Nie ma niczego bardziej ekscytującego niż czytanie recenzji napisanej przez kogoś, kto naprawdę zna się na modzie. Potrzebujemy więcej dziennikarzy piszących o modzie na wysokim poziomie. Tak, moda to wybieg - chodzi o wizerunek i kolekcję - ale ostatecznie jednak o dobry interes. Moda nie jest sztuką.

Czy wyobrażenie mody jako biznesu jest czymś, co uświadomiłeś sobie pracując dla LVMH, czy też miałeś takie nastawienie od samego początku?
Zawsze miałem dość jasny obraz tego. Chciałbym być artystą, lecz nim nie jestem. Robię rzeczy - torebki, buty, T-shirty - wszystkie mają swoją cenę i tracą na wartości. Muszę ci sprzedać marzenie. I sprawić, żebyś się dobrze poczuła.

Jak uważasz, jaką rolę w tej branży będą w przyszłości odgrywać media cyfrowe?
Zawsze z nich korzystałem. Nigdy nie będzie można do nich podchodzić w sposób korporacyjny, są materiałem naturalnym. Wspaniałe jest to, że dają ludziom władzę, to właśnie kocham.

Pod wieloma względami uszczupliły władzę czasopism, gdyż dzięki nim projektanci mogą sami kontaktować się z odbiorcami.
Uważam, że to świetnie. Chcę się kontaktować z moimi klientami. Jeśli im coś sprzedaję, muszą wierzyć w to, o co mi chodzi. W końcu jeśli postanawiasz zostać projektantem, nie możesz myśleć, że będziesz siedzieć w jakiejś zamkniętej szafie. Młodzi ludzie nie funkcjonują w ten sposób. Chcą wiedzieć, o co ci chodzi. Coraz trudniej jest nadążyć. W ciągu ostatniego półtora roku moje życie kompletnie się zmieniło. Mój kalendarz jest wypełniony do ostatniego dnia roku - wszystkie dni, godziny.

To cię wkurza?
Nie, bo nie muszę się tym zajmować. Ludzie mówią mi, gdzie jestem potrzebny i stawiam się tam. Czasami muszę się uszczypnąć, żeby sobie przypomnieć, gdzie akurat jestem.

Wyobrażam sobie, zwłaszcza że teraz musisz być nie tylko projektantem, ale jeszcze showmanem i twarzą swojej marki.
A to olbrzymia presja. Lecieć do Japonii i udzielać od 20 do 30 wywiadów pod rząd. W jednym tygodniu mogę mieć 12 pokazów albo 12 sesji zdjęciowych. I to nie dzieje się tylko w Londynie, jest jeszcze Tajwan, Ameryka Południowa, Ameryka Północna, Kanada... i w tych wszystkich różnych krajach wciąż pokazujesz to samo. Zawsze podczas wywiadów czy sesji daję z siebie tyle samo, ale po jakimś czasie zdarzają się chwile, gdy nie wiesz, kim jesteś.

A co z pokazami mody? Uważasz, że wciąż mają sens?
Były momenty, gdy myślałem, że pokazy mody to forma wymierająca. Tymczasem to jest taki odpowiednik teatru. Fakt, że pojawił się film, nie oznaczał końca teatru. W świecie cyfrowym pokazy mody stały się jeszcze ważniejsze, ze względu na ogromną ilość materiału, jaka powstaje po każdym pokazie. Mamy komentarze w gazetach, zdjęcia w mediach społecznościowych, styl uliczny... Zanim przygotujesz pokaz, wszędzie masz już miliony zdjęć, więc formalnie rzecz biorąc pokaz staje ważniejszy.

Lubisz przygotowywać pokazy?
Lubię, bo to jest zamknięcie jakiegoś etapu. Dzięki wideo tego nie czuję, tymczasem gdy kończy się pokaz, mamy koniec kolekcji, można zaczynać pracę nad następną.

Jak uważasz, co jest najbardziej mylnym przekonaniem na twój temat, jako projektanta?
Zajmowanie się modą sprawia, że ludzie narzucają ci jakiś rodzaj osobowości. Myślą, że jestem wyjątkowo trudny, ale nie przejmuję się tym za bardzo. Wiem, czego chcę. Niektórzy uważają, że mam bzika na punkcie genderu, a tak nie jest. Nic nie wydaje się równie nudne. Nie znoszę androgynii - to coś, co naprawdę mnie wkurza.

Gdybyś mógł zmienić w tej branży jedną rzecz, to co by to było? 
Chciałbym tu widzieć młodszych ludzi. Chciałbym, żeby pojawiła się nowa grupa wiekowa. Potrzebujemy nowych punktów widzenia. Świat się zmienił. Sposób porozumiewania też się zmienił. Moda mówi o komunikacji, a następne pokolenie, które już wkrótce zacznie wydawać pieniądze, porozumiewa się w zupełnie inny sposób niż poprzednie. Mają inne punkty orientacyjne. Jeśli redaktorzy i projektanci mody nie będą przemawiać do tego pokolenia we właściwy sposób, to nie zadziała. Czas na przemianę pokoleniową. Nikt nie pozwoli, żeby dwunastolatki rządziły światem, ale tak koło trzydziestki powinny już być do tego przygotowane.

loewe.com

Kredyty


Zdjęcia Willy Vanderperre
Stylizacja Benjamin Bruno
Włosy Mari Ohashi / LGA Management
Make-up Lynsey Alexander / Streeters
Paznokcie  Anatole Rainey / Premier Hair And Make-Up
Plan zdjęciowy Emma Roach / Streeters
Oświetlenie Romain Dubus
Asystent fotografa Corentin Thevenet
Asystent oświetlenia Olivier Looren / Dtouch.
Asystent stylisty Natalie Cretella, Shaun Kong, Priscilla Teko, Sabrina Diamantopolous
Asystent fryzjera Rogerio Da Silva
 Warwick Turneroakes, John Karsenty
Production Floriane Desperier
Modele Louis Bauvir / Hakim Model Management. Nick M / Tomorrow is Another Day.
Wszystkie ubrania są z kolekcji Loewe wiosna/lato 15.