przez #wokecharlotte już nigdy nie spojrzycie na „seks w wielkim mieście" tak samo

Niektóre seriale nie radzą sobie z upływem czasu — po latach okazuje się, że wcale nie były tak postępowe, jak się wydawało.

|
gru 22 2017, 11:14am

Kadr z serialu „Seks w wielkim mieście”

Która z bohaterek „Seksu w wielkim mieście" była najbardziej świadomą, światłą kobietą?

A) Carrie — seksblogerka, która lubiła szaloną modę i pisała o swoich podbojach,
B) Samantha — bezczelna, hedonistyczna PR-ówka, prowadząca bogate życie seksualne,
C) Miranda — ambitna, androgeniczna prawnik i samotna matka,
D) Charlotte — ta koleżanka, która strasznie chciała wyjść za mąż.

Pytanie jest podchwytliwe, bo wszystkie z nich były dość otwarte. Nowy hashtag zmienia jednak bieg historii i czyni z Charlotte York-Goldenblatt (pragnącej zostać żoną idealną) najbardziej postępową i racjonalną kobietę, jakiej potrzebowaliśmy w tym serialu. W końcu mamy rok 2017, a nie 1998, w którym „Seks w wielkim mieście" zadebiutował. Bez #WokeCharlotte dość ciężko oglądać teraz odcinki bez dostrzegania, jak bardzo są problematyczne.

- Płacę fortunę za mieszkanie w okolicy, która za dnia jest modna, a nocą zmienia się w siedlisko transwestytów.
- Nie „transwestytów", tylko „osób transpłciowych". Transpłciowi pracownicy seksualni zasługują na szacunek — w końcu to nie oni gentryfikują okolicę.

- Ty pieprzona dziwko, ty szmato...
- Używanie mizoginistycznego i potencjalnie przywołującego złe wspomnienia języka w trakcie seksu wymaga komunikacji i zaufania. Tak przy okazji: wolę fantazje o wróżkach i księżniczkach, a nie werbalne upokarzanie.

Możemy sobie wyobrażać Carrie jako tajemniczą, modną, szaloną dziewczynę chodzącą po ulicach Nowego Jorku w tiulowej spódniczce, ale bądźmy szczerzy — w trakcie sześciu sezonów i kilku filmów wątpliwej jakości Carrie powiedziała wiele dość niedojrzałych, zacofanych i krytycznych rzeczy na temat życia seksualnego wszystkich wokół niej. Te rzeczy zostają teraz podkręcone w iście milenijnym stylu na Instagramie, a wszystko za sprawą kultowego konta @everyoutfitonsatc (Wszystkie stroje z „Seksu w wielkim mieście"). Jego autorki stworzyły #WokeCharlotte.

„Zaczęło się od żartu środowiskowego między Chelsea i mną", wyjaśnia Lauren, jedna z założycielek @everyoutfitonsatc. „Nie spodziewałyśmy się, że zdobędzie taką popularność, ale bardzo cieszy nas ta reakcja".

Hashtag zainspirował setki fanów do tworzenia własnych wersji i wrzucania ich na Twittera i Instagram. Trend spodobał się nawet Kristin Davis (wcielającej się w Charlotte), która powiedziała Chelsea i Lauren, że jest fanką i pisała komentarze pod postami z #WokeCharlotte. „To najlepszy komplement, jaki mogłyśmy otrzymać", mówi Chelsea.

#WokeCharlotte jest zabawnym żartem, których nie brakuje w internecie, ale to też coś więcej. Przypomina, że oglądając nasze ulubienice po latach musimy zastanowić się, czy nadal możemy je bezwarunkowo kochać w dzisiejszym świecie, czy musimy z bólem zostawić je w odległej, pełnej uprzedzeń przeszłości. Niektóre elementy z ostatnich dwóch dekad świetnie sobie poradziły z upływem czasu, np. Helen Mirren i ponadczasowy hit „All I Want For Christmas Is You" Mariah Carey. Inne rzeczy nie starzeją się tak dobrze — stają się przestarzałe, żenujące i niezwykle prostackie. Do tej kategorii należą „To właśnie miłość", piosenka Katy Perry „You're So Gay" i „Seks w wielkim mieście".

- Nie lubię chińskiego jedzenia i chińskich dzieci.
- A ja nie lubię supremacji białej rasy, szczególnie w mojej własnej rodzinie. Z całym szacunkiem — odpieprz się, Bunny.

- Na przykład złoto z getta dla zabawy.
- Twoja wypowiedź pokazuje zupełny brak zrozumienia w jak bardzo uprzywilejowanej pozycji się znajdujesz, tylko ze względu na swój kolor skóry.

Oczywiscie wtedy serial ze czterema kobietami otwarcie mówiącymi o seksie i lubieżności był czymś przełomowym, ale z perspektywy czasu „Seks w wielkim mieście" nie jest taki wspaniały. I nie tylko ze względu na to, że 99% bohaterów stanowią zamożni, biali ludzie (chociaż to też ważny czynnik). Praktycznie wszystko sprowadza się do Carrie.

W latach 90. Carrie mogła nam się wydawać postępową blogerką z pozytywnym podejściem do seksu, której jakimś cudem udało się zarabiać na mieszkanie w Manhattanie z pokaźną garderobą pisząc mniej więcej jeden artykuł tygodniowo. Ze współczesnego punktu widzenia jej podejście do seksu jest w zasadzie dość pruderyjne, proste i archaiczne. Pamiętacie, jak jechała po polityku, który lubił złoty deszcz? Albo jak powiedziała swoim koleżankom przy brunchu, że jej zdaniem biseksualizm nie istnieje? A jak próbowała zamówić Cosmopolitana w drive thru w McDonald's? Dobra, może to ostatnie nie ma nic wspólnego z seksem, ale było bardzo nieuprzejme i snobistyczne z jej strony.

Wszystko to sprawia, że Carrie jest nie do zniesienia, przez co nie możemy się obecnie cieszyć „Seksem w wielkim mieście". Szkoda, bo powtórki starych odcinków świetnie się nadają na niedziele na kacu. Na szczęście #WokeCharlotte dopiero się rozkręca i lepiej wpasowuje się w ducha czasów. „Niestety mamy bardzo dużo materiału, z którym możemy pracować", Lauren powiedziała nam w rozmowie. „A nawet jeszcze nie ruszyłyśmy drugiego filmu!".

Nie mogłam przestać się zastanawiać, czy #WokeCharlotte jest tylko kolejnym, chwilowym trendem? A może oznacza, że naszym zdaniem Carrie Bradshaw była okropna, zarówno jako seksblogerka, jak i człowiek? Trzymam kciuki za opcję numer dwa.

Artykuł pochodzi z brytyjskiego wydania i-D.

Sprawdź też: