Reklama

mistrzyni syntetyzatora

Suzanne Ciani przewidziała powstanie VR i była pierwszą kobietą, która nagrała ścieżkę dźwiękową do wielkiej, hollywoodzkiej produkcji.

tekst Frankie Dunn
|
07 Lipiec 2017, 6:43am

Po zdobyciu magisterki z kompozycji muzyki klasycznej na University of California w latach 60., Suzanne Ciani odkryła syntetyzator modularny Buchla, dzięki jego twórcy, Donowi Buchli. Dołączyła do jego ekipy festiwalowych dziwaków oraz uczonych koneserów kwasu i wkrótce opanowała do perfekcji innowacyjną, lecz nieporęczną machinę pełną poplątanych, tęczowych kabelków.

Suzanne była w tamtych czasach jedną z niewielu kobiet w świecie muzyki elektronicznej i produkcji dźwięku, a wielkie wytwórnie odrzucały jej aplikacje i proponowały jej, by przerzuciła się na gitarę i zaczęła śpiewać oraz pisać piosenki. Zmęczona postawą zdominowanej przez mężczyzn branży Ciani zwróciła się w stronę świata reklamy, który był bardziej otwarty na dziwne i wspaniałe, nowe dźwięki. Kultowy jingiel towarzyszący otwieraniu puszki Coca Coli? To dzieło Suzanne. Artystka zwróciła się ku futurystycznym wtedy dźwiękom jak z pralek i automatów do pinballa. W 1980 roku wystąpiła w talk show Lettermana, gdzie przedstawiono ją jako „elektroniczną czarodziejkę, która zdobywa nagrodę za nagrodą". Niestety potem David żartował sobie z jej zabawnie brzmiących instrumentów, a widownia ze wszystkiego się śmiała. Ciężko sobie wyobrazić, żeby potraktował tak samo mężczyznę, prezentującego rewolucyjny sprzęt ze studia muzycznego.

Suzanne jednak odniosła sukces wbrew przeciwnościom, a jej kariera trwa od ponad pół wieku. Po drodze zgarnęła nominacje do pięciu nagród Grammy. Po reklamach została pierwszą kobietą, która tworzyła ścieżkę dźwiękową do wielkiej, hollywoodzkiej produkcji, „O kobiecie, co malała" z 1981 roku, a potem wydała romantyczną, inspirowaną oceanem płytę „Seven Waves". Następnie nadeszły dwie dekady, w których łączyła elektronikę z klasyką spod znaku new age, pełne imponujących albumów studyjnych. Skłaniała się w nich ku dźwiękom pianina, aż nie dostrzegła ponownie światełka w tunelu syntetyzatorów i nie wróciła do swojego wiernego, muzycznego przyjaciela. Razem z Kaitlyn Aurelią Smith skomponowała w 2016 roku EP-kę „Sunergy" w swoim domu w San Francisco, z widokiem na ocean. Natchnienia dostarczało im piękno wschodów i zachodów słońca.

Razem z Brianem Eno otrzymała właśnie Moog Innovation Award, a teraz, po zeszłorocznym wykładzie na Red Bull Music Academy w Montrealu powróciła, by wystąpić i przemówić na Red Bull Music Academy w ramach Festiwalu Sonar w Barcelonie. Przed występem udało nam się znaleźć zacienione miejsce za kulisami, by porozmawiać z Suzanne i zajrzeć w jej archiwalne wizje przyszłości. 

Czy możesz nam opowiedzieć o gronie, w którym się znalazłaś, gdy zaczęłaś produkować muzykę elektroniczną?
To była bardzo eklektyczna mieszanka ludzi. Buchla pracował ze swoimi przyjaciółmi. Jeśli cię lubił, byłeś pewnie sufickim poetą, indyjskim tancerzem albo kompozytorką, jak ja. Pracowaliśmy w jego fabryce, która była bardzo kameralna. Był niekonwencjonalnym dziwakiem, koneserem kwasu. To były lata 60.!

Czy nie wszyscy byli wtedy „koneserami kwasu"?
To była rewolucja! Wtedy cały świat wywrócił się do góry nogami i zmienił. Przez lata nie nosiliśmy butów, wszyscy mieli włosy do pasa - świetne czasy. Gdy patrzę na to z perspektywy czasu, dostrzegam, że rewolucja w muzyce narodziła się w tym samym czasie, co rewolucja społeczna - ma to sens.

Słyszeliśmy, że dawałaś kiedyś lekcje Philipowi Glassowi.
Tak... Myślałam, że skoro jego muzyka była mocno oparta na sekwencjach, powtarzających się liniach melodycznych, to maszyna by się lepiej do tego nadawała. Okazało się, że wolał ludzkie maszyny, od tych elektronicznych.

A ty wolisz elektroniczne?
Tak, ludzie są bardzo trudni. Wiecie, co jest ciekawe w Philipie? Nadal pracuje z tymi samymi ludźmi. Zawsze miał ekipę bardzo oddanych ludzi, którzy przez te wszystkie lata byli jego częścią.

W tym samym sensie ty miałaś swój syntetyzator Buchla, do którego ulepszonej wersji powróciłaś.
Tak, sprzymierzeniec, na którym można polegać.

A czy gdy przestanie działać, ty przestaniesz pracować?
Właśnie tak. 

Ciekawi mnie pewna kwestia. Jakie innowacje wyobrażałaś sobie w świecie muzyki z 2017 roku, gdy zaczynałaś?
Zawsze sądziłam, że świat muzyki stanie się środowiskiem, że w domu będzie można wchodzić z nim w interakcje, tak naturalnie jak z powietrzem. Mój syntetyzator Buchla zawsze był włączony. Wchodziłam do tego muzycznego środowiska i naturalnie na nie oddziaływałam, tworzyłam, nie tylko słuchałam nagranych dźwięków. Kiedyś zaprojektowałam mebel, na którym 12 osób mogło siedzieć w kółku, a każdy miał swoją tonację. Można było na nim siadać i odgrywać swoją część sekwencji. Był interaktywny, żywy.

Niesamowite.
Wyobrażałam sobie też wtedy coś, co moim zdaniem było tuż-tuż. Nowy rodzaj teatru, w którym obraz i dźwięk otaczałyby widzów w 360 topniach. Wciągające środowisko. Myślę, że to wreszcie się wydarzyło dzięki VR-owi, ale chciałabym, żeby istniało więcej teatrów.

Niezwykłe, praktycznie przewidziałaś powstanie wirtualnej rzeczywistości. Jak sądzisz, nad czym powinniśmy jeszcze popracować?
Mam nadzieję, że naprawdę zaczniemy zgłębiać ten nowy wymiar występów na żywo, bo w tej kwestii jesteśmy do tyłu. Wszyscy siedzą w studiach i robią muzykę na komputerach, ale brakuje nam tego, co zaczęliśmy z Buchlą - występów na żywo, postrzegania wszystkiego jako instrumentu na występ. Rzadko coś nagrywam.

Gdy zaczęłaś produkować muzykę elektroniczną, ludzie próbowali namówić cię na zmianę w piosenkarkę lub gitarzystkę. Co najbardziej się zmieniło w podejściu do producentek?
Myślę, że teraz przejmujemy pałeczkę. Sądzę, że kobietom brakowało jedynie pewności siebie. Wciąż myślimy sobie: „Czy to jest w porządku? Czy mogę to zrobić? Czy robię to dobrze? Czy kogoś to obchodzi?". Gdy już zdobędziesz pewność siebie i masę krytyczną, to się zmienia. Uważam, że to teraz się dzieje.

Czy wtedy istniały inne kobiety w świecie muzyki, które podziwiałaś lub które mogły być dla ciebie wzorem?
Wtedy moją mentorką była fotografka Isla Bing. Urodziła się w 1899 roku i była pionierką fotografii. Gdy ją poznałam, miała już 80 lat i miała na koncie niesamowitą, technologiczną karierę. Jej aparat był ekwiwalentem mojego syntetyzatora Buchla. Ona odkryła zjawisko Sabattiera przed Manem Rayem. Wtedy zdajemy sobie sprawę, że kobiety w historii często były niewidzialne. Nie chodzi o to, że nic nie robiły, ale o to, że nikt nie zauważał ich pracy.

Nie otrzymywały należnego im uznania. Czy dała ci jakąś szczególną radę?
Powiedziała mi, żebym się bawiła i nie była zbyt poważna. Napisała mi wiersz z takim tekstem.

Genialne. Czy teraz zrozumiałaś coś, co chciałabyś wiedzieć wtedy?
Nigdy nie podpisuj tradycyjnej umowy z wytwórnią, albo przynajmniej miej na uwadze interesy i prawa do swojej muzyki. Muzyka jest twoim dzieckiem, twoim dziełem. Musisz ją czcić, szanować i zachować - nie oddawaj jej. Musisz się nią opiekować, bo ktoś inny będzie ją chciał, przynajmniej na pare lat, a potem nagle okazuje się, że odebrali ci dziecko i siedzą na Bahamach.

Czy jesteś szczególnie dumna z jakiegoś projektu, osobistego lub komercyjnego?
Albumy stanowią dla mnie wyjątkowy świat, ale zrobiłam kilka fajnych rzeczy, jak automat do pinballa Xenon — to było coś wyjątkowego. Wtedy byłam zatrudniana do różnych rzeczy, a teraz nie mogę.

A chciałabyś?
Teraz byłabym bardzo droga. Byłam pierwszą kobietą, która zrobiła ścieżkę dźwiękową do wielkiego, hollywoodzkiego filmu! Oczywiście miałam możliwości, ale przez jakieś 16 lat nie dostawałam zleceń — ani ja, ani inne kobiety. To ważne, żeby działać, gdy jest się młodym i ma się energię i ambicje. Kobiety zawsze sądzą, że nie są dość dobre — to niedorzeczne.  

Czy masz jakąś radę dla kobiet w branży muzycznej, dotyczącą sukcesu oraz oczekiwań w świecie zdominowanym przez mężczyzn?
Zawsze to ignorowałam. Myślę, że teraz jest w niej wystarczająco dużo kobiet, że nie trzeba infiltrować męskiego świata, wystarczy stworzyć własny. 

Rozpoczął się proces aplikacyjny na Red Bull Music Academy w Berlinie 2018.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Frankie Dunn
Zdjęcia dzięki uprzejmości Suzanne Ciani