ladyhawke w krainie słońca

Artystka opowiada, jak odnalazła spokój, równowagę, a także jak było w trasie promującej „Wild Things”.

tekst Briony Wright
|
09 Sierpień 2016, 4:25pm

​Photography Charles Dennington

Wkład Ladyhawke w katalog idealnie skomponowanych, popowych piosenek jest nieoceniony. Po ponad dekadzie i trzech albumach ma na swoim koncie ponadczasowe, kultowe piosenki, które przemówiły do całego pokolenia. Kawałki, takie jak gitarowa oda do bezsenności „My Delirium" i nowsza i bardziej optymistyczna „A Love Song" pełna syntetyzatorów, pozwalają nam zajrzeć w umysł artystki i pokazują jej talent muzyczny.

Droga na szczyt nie była usłana różami. Philippa Brown (bo tak nazywa się Ladyhawke) przeprowadziła się z małego miasta w Nowej Zelandii do Australii i wydała debiutancki album w niezależnej wytwórni, Modular Recordings. Potem nastąpił okres wyczerpania i zwątpienia w siebie oraz dość wysokiego spożycia alkoholu, co doprowadziło do powstania mroczniejszego albumu, „Anxiety". Teraz mieszka w Los Angeles, krainie wiecznego słońca, jest trzeźwą i szczęśliwą żoną aktorki Madeleine Sami. Jej najnowszy album, „Wild Things" jest radosnym zbiorem piosenek, które pokazują kogoś spokojniejszego i bardziej zadowolonego z życia.

Co najbardziej podobało ci się podczas twojej trasy koncertowej?
Cała trasa zwaliła mnie z nóg. Po tak długiej przerwie nie łatwo jest wrócić i ruszyć w trasę, ale koncerty mnie porwały, szczególnie w Stanach. Myślę, że to była najfajniejsza część trasy, w różnych miastach patrzyłam na miłość, na nowych fanów oraz tych, którzy byli ze mną od lat. Bardzo mocne przeżycie.

Wcześniej mówiłaś, że występy na scenie cię przerażają, dlatego bardzo się cieszymy, że teraz sprawiają ci przyjemność. Co jeszcze kochasz w tworzeniu albumu?
Uwielbiam proces twórczy i robienie czegoś z niczego. Praca nad nagraniami z pustą tablicą i tworzenie czegoś nowego, ekscytującego. Tym razem naprawdę czerpałam przyjemność z trasy koncertowej i poznawania fanów po występach. W większości miast starałam się do nich wyjść po koncercie.

Potrafisz napisać idealną popową piosenkę. Jak na przestrzeni lat rozwinęły się twoje zdolności?
Myślę, że w końcu czuję się dobrze i pewnie z własnymi umiejętnościami. Wcześniej byłam dla siebie surowa i krytyczna, ale wiele przeszłam w ciągu lat, które poprzedziły powstanie tego albumu i zaczęłam nagrywanie z prawdziwym poczuciem spokoju i równowagi. Czuję się pewna swoich umiejętności pisarskich i wokalnych, co sprawiło, że cały proces był o wiele zabawniejszy!

Media uwielbiają tworzyć powiązania pomiędzy twoim życiem prywatnym i albumami. Do jakiego stopnia muzyka jest dla ciebie rodzajem terapii?
Nigdy nie byłam w stanie ukryć w piosenkach tego, jak się czuję. Jeśli mam doła i jestem pełna obaw, to właśnie taki album zrobię. Oczywiście ma to działanie terapeutyczne, pozwala zrzucić z siebie ciężar i przelać go w muzykę. To wielka ulga. „Wild Things" jest bardziej podnoszącym na duchu albumem, teraz jestem szczęśliwsza i nie umiem tego ukryć.

To naprawdę świetna płyta. Jej strona wizualna też jest bardzo mocna: teledyski do „A Love Song" i „Wild Things" są niezwykłe, żywe i zabawne. Czy możesz nam opowiedzieć, jak powstały i z kim pracowałaś?
Nakręciłam oba teledyski z duetem reżyserów Youth Hymns w Wielkiej Brytanii. Świetnie mi się z nimi pracowało przy „A Love Song", więc postanowiłam, że razem zrobimy też „Wild Things". Gdy nagrywałam tę piosenkę, od początku zależało mi, żeby odpowiedni kolor był znaczącą częścią całej estetyki albumu. Znalazłam gości z Youth Hymns w internecie i bardzo spodobały mi się ich prace. Też kochali mocne barwy i estetykę lat 80. i 90., więc idealnie do siebie pasowaliśmy. Dałam im tylko jedną wytyczną, dotyczącą obu teledysków: jaskrawe kolory. Poza tym powiedziałam, żeby puścili wodze fantazji!

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Wymarzone zlecenie! Często współpracujesz też z ilustratorką, Sarah Larnach. Jest bardzo utalentowana i wszystkie wasze prace są piękne i bardzo charakterystyczne.

Zawsze świetnie się dogadywałyśmy. Ciągle rozmawiamy o projektach i współpracach. Mamy wiele wspólnych zainteresowań, dotyczących dziwnych rzeczy i dzięki temu świetnie się bawimy, pracując razem. Przeważnie zaczynamy od burzy mózgów, a potem kombinujemy, aż wpadniemy na coś, co nam obu się spodoba.

Co najbardziej i najmniej lubisz w starzeniu się i nabieraniu życiowej mądrości?
Z wiekiem jestem zdecydowanie coraz bardziej wyluzowana. Wiele rzeczy doprowadzało mnie do szaleństwa, gdy byłam nastolatką, albo miałam 20 lat, a teraz w ogóle mnie nie ruszają. Stałam się też o wiele lepsza w tym, co robię. Czuję się pewniejsza, gdy występuję, piszę piosenki i teraz nawet przytulam ludzi! Może to brzmi dziwnie, ale nie robiłam tego, gdy byłam młodsza. Unikałam tego za wszelką cenę!

Nie cierpię z kolei tego, że wiek jest istotny w tej branży. Ludzie mogą zaprzeczać do woli, ale ten temat ciągle przy mnie wypływa, nie wiem, czy dlatego, że jestem artystką i kobietą, czy co. Ale wydaje mi się, że innych to martwi o wiele bardziej, niż mnie.

Myślę, że masz rację. Ludzie bardziej przejmują się wiekiem kobiet, wszyscy musimy z tym walczyć i sprawić, by to się zmieniło. A teraz z innej beczki: kto cię inspiruje?
David Bowie, moi przyjaciele... Czuję, że otaczam się kreatywnymi ludźmi i najbliższymi, którzy mnie inspirują, żebym starała się jeszcze bardziej. Gdy widzę, jak moim znajomym dobrze idzie, jak tworzą świetną sztukę, nieważne w jakiej formie, to bardzo mnie inspiruje, chcę iść w ich ślady.

@ladyhawkemusic

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Briony Wright
Zdjęcia: Charles Dennington
Stylizacja: Charlotte Agnew
Fryzura i makijaż: Fern Madden
Asystentka stylisty: Lilah Merz
Tłumaczenie: Patrycja Śmiechowska

Tagged:
Ladyhawke
wild things
Wywiady
muzyka