w 2017 roku trzeba zadbać o zdrowie psychiczne muzyków

Dużo mówiło się w zeszłym roku o zdrowiu psychicznym muzyków, od Kanyego Westa po Zayna Mailka i Selenę Gomez. William Doyle (znany jako East India Youth) opowiada i-D o tym, jak branża muzyczna może wspierać artystów w tym roku.

|
09 Luty 2017, 12:35pm

Na początku 2015 roku szwedzka artystka Lykke Li ogłosiła przez swojego Instagrama, że odwołuje wszystkie nadchodzące koncerty. Cały tekst, opatrzony rozpikselowanym zdjęciem z sesji, był napisany wielkimi literami i wyglądał jak rozpaczliwe wołanie o pomoc. Brzmiał tak: „Jestem kompletnie zdruzgotana, czasami dociskamy się do granic możliwości, ale ciało po prostu nie daje rady. Poświęciłam temu wszystko, moje ciało, serce i duszę. Po siedmiu latach w trasie mój organizm woła o pomoc, błaga mnie, bym go posłuchała, żebym zwolniła i je uleczyła. Bardzo dziękuję za zrozumienie…".

Jej post wydawał się wtedy szokujący i osobliwy, teraz wiemy, że było preludium do wybuchu całej epidemii. Od załamania Kanyego Westa i ostatecznie jego hospitalizacji, po Justina Biebera tłumaczącego się z tego, że nie daje już rady uśmiechać się i witać z fanami, bo powoduje to u niego uczucie „wykorzystania i nieszczęścia". Ten problem nie dotyka tylko samych wrażliwych gwiazd z okładek. Dociera w najdalsze zakątki muzycznego przemysłu, od spektakli na potężnych arenach po małe, piwniczne występy.

Po wydaniu dwóch albumów w ciągu ostatnich trzech lat (w jednej z największych niezależnych wytwórni na świecie), doświadczyłem na własnej skórze typowej i wciąż akceptowanej, nieustannej karuzeli, czyli cyklu wypuszczenie płyty, tour, wypuszczenie płyty, tour i rosnącego (oraz uzależniającego) oczekiwania by stale i bezpośrednio nawiązywać kontakt z rzeszą fanów przez media społecznościowe. Presja, by utrzymywać swoją internetową obecność, zmieniła wielu artystów w hodowców kontentu i bezwarunkowych dostawców dopaminy. Przemysł nie robi wiele, by potępiać takie zachowania.

Środowisko pełne ciągłej presji i konkurencji może być wylęgarnią dla problemów ze zdrowiem psychicznym. Nieregularne godziny pracy, sytuacja finansowa, nawyk codziennego picia alkoholu, słaba dieta, niewystarczająca długość snu, ciągłe wpychanie się opinii publicznej w prywatne życie i rozpisane dla nadludzi plany koncertowe, sprawiają, że nie ciężko jest uwierzyć w to, że wymagania przemysłu muzycznego bywają czasami przytłaczające.

Przeważająca większość muzyków nie lata pierwszą klasą, a przed koncertem nie ma wielkiej ekipy, która rozstawia za nich sprzęt. Muszą przylecieć na bardzo wczesną godzinę albo przemierzają pojazdami niebotyczne odległości, bo ich trasa koncertowa jest zaplanowana w nielogiczny sposób. A wszystko to, by dostać się na miejsce i dopiero wtedy wziąć się do pracy. W czasie pomiędzy próbami technicznymi a wyjściem na scenę będą pić, a wielu z nich palić, przed krótko trwającym wypompowaniem z siebie masy energii i emocji w spragnionym podniety środowisku. Następnie spakują się i pojadą do hotelowego pokoju. Potem powtórzą ten proces przez jeszcze wiele, wiele dni. Większość dzieli pokój z ludźmi, z którymi dzielą miejsce w środku transportu i każdą inną chwilę podczas trasy. Jasne, super sprawa przez tydzień czy dwa, ale kiedy trwa latami, to przestaje być zdrową sytuacją.

Przez ostatnie sześć lat funkcjonowałem właśnie według takiego schematu. Nie chcę oczywiście powiedzieć, że nie było wielu momentów radości i zadowolenia z osiągnięć, ale ten niekończący się cykl jest daleki od zrównoważonego modelu życia. Istnieje krzywdząca, korcąca wyjątkowo wielu młodych mężczyzn, wizja takiego stylu życia. Panuje przekonanie o tym, że to „cena sławy" i trzeba biernie akceptować wyniszczający status quo.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Osiągnięcie sukcesu oraz życie z tworzenia i występowania rozpalało moją wyobraźnię od początku wczesnej dorosłości. Byłem skłonny zgodzić się prawie na wszystko, by dojść do celu. Czułem, że to, co osiągnę dzięki swojej pracy, muszę przekuć w dochód, by zapewnić sobie udaną przyszłość. Nie było znaków ostrzegawczych mówiących o tym, że osiągnięcie tego celu dzieje się kosztem poświęcenia części siebie i utraty kontroli w działającym w taki sposób systemie.

W listopadzie wydałem album „the dream derealised". Stworzyłem go w czasie, gdy borykałem się z wielkim lękiem i wewnętrznym rozpadem. Dochód z niego wpływa na rzecz fundacji charytatywnej Mind, zajmującej się zdrowiem psychicznym. Chciałem w ten sposób dokonać własnego khatarsis, ale także nagłośnić problem, o którym wielu osobom ciężko się rozmawia. Sama muzyka nie mówi w oczywisty sposób o sprawach endemicznych w tak szerokim środowisku. Zadziałała za to, jak punkt zaczepienia, dający szansę na przedstawienie tej kwestii szerszej publice. To ważne, by artyści dzielili się swoim doświadczeniem z tymi młodszymi i bardzo głodnymi sławy. Sam przemysł musi także wziąć na siebie odpowiedzialność za ciągłe podwyższanie poprzeczki i stworzenie nieludzkich standardów dla muzyków.

W końcu zaczyna się mówić o takich problemach. W poprzednie lato wziąłem udział w studium przypadku na University of Westminster oraz akcji charytatywnej mającej pomóc muzykom. Jej tytuł to „Can Music Make You Sick?" (Czy muzyka może sprawić, że zachorujesz?). W pilotowym badaniu wzięło udział 2221 uczestników, w większości byli to zawodowi muzycy. 71% skarżyło się na napady ataków paniki lub bardzo silne lęki, 68,5% respondentów doświadczyło depresji. Badanie wykazało, że artyści „znajdują ukojenie w tworzeniu muzyki, lecz warunki, w jakich budują swoje muzyczne kariery, są traumatyczne".

W październiku na Sørveiv Festival w Norwegii miałem okazję uczestniczyć w dyskusji na temat „Ochrony artystów i sztuki". Rozmówcy zwrócili uwagę na rzadkie zapraszanie artystów do wzięcia udziału i wypowiedzenia się w tej kwestii, mimo że są wraz ze swoimi słuchaczami głównym tematem wszystkich tego typu paneli dyskusyjnych. Na Sørveiv oczywistym się stało, że problemy związane ze zdrowiem psychicznym (i wiele innych bolączek przemysłu muzycznego) mają swoje korzenie w braku zrozumienia dla wzajemnych ról. Trzeba rozliczyć się z wieloma przypadkami z poprzedniego roku tak, by artyści, PR-owcy, wytwórnie, menedżerzy oraz oczywiście widzowie i słuchacze, lepiej zrozumieli, czego mogą od siebie wymagać.

Problemy psychiczne są często kojarzone z zawodem muzyka. W oczach opinii publicznej uznano to za coś normalnego. Nic dziwnego skoro nadano romantycznego znaczenia nawykom i ekscesom wielkich artystów, ich stylowi życia. Ten archaizm w postrzeganiu torturowanych i cierpiących artystów musi się skończyć jak najszybciej. W tej iluzji nie ma niczego pociągającego.

Nie przychodzi do głowy inna branża, która ma tak wiele do zaoferowania, ale też do naprawy. Pogoń za kreatywnością i wielkimi artystycznymi osiągami, niespotykana energia bijąca z koncertów, cała pula doświadczeń i możliwości porozumiewania się dzięki muzyce. To wszystkie niezbędne elementy muzycznego świata, ale musimy znaleźć odpowiednią drogę, by je kontynuować, chroniąc ludzi odpowiedzialnych za ich kreację.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: William Doyle
Zdjęcie: Fabien Montique. Kanye West ma na sobie marynarkę od Toma Forda. Jeansy: Dior Homme. Łańcuch i sygnet: Ericksson Beamon. Paski: własność stylisty. Wydanie Back to the Future, numer 310, zima 2010 rok