2016 rokiem... obsesji na punkcie telefonów

Ludzie są rozkojarzeni, podenerwowani, nieobecni — niezdolni do odłączenia się od telefonów. Ciągle sprawdzają ile zebrali lajków, tagują znajomych pod memami, dodają zdjęcia swojego obiadu. Po co to wszystko?

tekst James Anderson
|
28 Grudzień 2016, 1:30pm

Kiedyś turyści z Azji słynęli z fotografowania każdej możliwej rzeczy, nawet najbanalniejszej. Wszyscy wyciągali statywy, wielkie aparaty, przykręcali do nich obiektywy, ustawiali ostrość i — pstryk-pstryk-pstryk — uwieczniali, co się dało.

Ich potrzeba udokumentowania wszystkiego od początku do końca wydawała się nam ekscentryczna, komiczna i dziwaczna. Nas nie interesowało uwiecznianie codzienności aparatem. Robienie zdjęć było zarezerwowane na wyjątkowe okazje, jak urodziny i śluby. Amatorskie rezultaty wsadzaliśmy do albumu, a potem o nich zapominaliśmy. Czasem jednak turystyczne zamiłowanie do uwieczniania życia europejskich stolic przynosiło zyski ciekawie wyglądającym ludziom, takim jak ja. W połowie lat 80. razem z punkową koleżanką wskakiwałem do pociągu do Londynu, gdzie zarabialiśmy na ulicy dzięki naszym krzykliwym irokezom i niepasującym do siebie ubraniom z lumpeksu na modnej wówczas King's Road. Braliśmy pieniądze od turystów — głównie z Japonii, ale też z innych odległych krajów — funta za zdjęcie z nami. To była idealna sytuacja: turyści zdobywali dowód na istnienie „szalonych punków z Londynu", żeby pokazać je znajomym (i pewnie trochę się pośmiać), a my dobrze się bawiliśmy i mogliśmy spać spokojnie, wiedząc, że stać nas na kolejne opakowanie lakieru do włosów.

Teraz wszyscy jesteśmy jak japońscy turyści z lat 80. Ale nie potrzebujemy nieporęcznych aparatów i przestarzałych sprzętów, mamy przecież małe, sprytne smartfony, dzięki którym możemy zaspakajać wszystkie nasze zachcianki. To dobrze, prawda?

Niekoniecznie.

Gdy dostałem pierwszą komórkę, cieszyłem się tak jak każdy. Dostałem ją w roku 2000 od swojego ówczesnego szefa, gdy pracowałem w nowomodnej firmie internetowej, która pozornie miała mnóstwo kasy. Płaciła mi i moim równie oszołomionym znajomym — styliście, fotografowi i dwóm kupcom — za zajmowanie się głupotami w wypasionym biurze na Covent Garden. Naszym celem było opychanie ubrań od młodych, brytyjskich projektantów nowym, internetowym zakupoholikom. Przy okazji tworzyliśmy masę powiązanych edytoriali.

Oczywiście firma przetrwała tylko rok czy dwa, ale gdy już nas wyrzucono z cyberprzestrzeni do prawdziwego świata, zatrzymałem sobie służbową Nokię. Ponieważ mam dyspraksję (schorzenie, które powoduje problemy z poruszaniem się), jestem bardzo niezdarny i nieudolnie posługuję się wszelkimi wynalazkami i gadżetami, nie zaprzątałem sobie więc głowy szukaniem innego telefonu, albo lepszej okazji — chociaż wszyscy mnie do tego namawiali. Po prostu kupiłem inną Nokię, potem następną i tak mijały mi lata. Ich funkcje były bardzo podstawowe, co mi odpowiadało. Tak było do 214 roku, gdy ku mojemu przerażeniu mój operator nagle wysłał mi SMS-a, by poinformować, że muszę unowocześnić sprzęt, bo za dwa tygodnie moja staromodna Nokia zostanie uśmiercona — czy coś takiego. I tak jak obiecali, 14 dni później po prostu przestała działać. Zostałem zmuszony do dołączenia do reszty świata i kupienia iPhone'a. Wszelkie związane z tym lęki łagodziła nieco obietnica tańszych rachunków oraz dostęp do nowego świata.

Po kilku niezręcznych tygodniach oswajania się z tym eleganckim kawałkiem plastiku, metalu i szkła — z którego wszyscy inni korzystali z łatwością — w końcu jako tako go ogarnąłem, zgrzytając zębami. Niestety schowany na dnie torby lub w kieszeni telefon ciągle próbował nawiązywać połączenia wideo z przypadkowymi ludźmi. Na przykład hydraulikiem, który naprawił mi prysznic w 2009 roku. Jakimś cudem ciągle włączałem wbudowaną latarkę i nie wiedziałem jak ją wyłączyć, przez co wyczerpywała mi się bateria. Powstrzymywałem się, żeby nie roztrzaskać tego małego drania na kawałeczki, gdy nie chciał robić tego, o co prosiłem. Przynajmniej w końcu znalazłem się w XXI wieku, chociaż jako smartfonowy żółtodziób.

Przez ostatnie dwa lata starałem się nadążyć, włączyć do kultury kochającej telefony, ale muszę przyznać, że nie jestem do końca przekonany. Czytałem o ludziach, którzy koczowali przed sklepami Apple, żeby dorwać jakąś nową wersję tego samego badziewia i zastanawiałem się, dlaczego tak bardzo go potrzebowali? Jeszcze gorsze było stopniowe odkrywanie, jak bardzo się denerwowali, gdy w ogóle wspominałem o masowym kulcie nieustannej komunikacji, połączenia, tworzenia wizerunku w sieci i konkurowania. Kłóciłem się z przyjaciółmi i kolegami z pracy, bo nie sprawdzałem regularnie maili na telefonie — po prostu nie lubię sobie tym zaprzątać głowy. Drwili ze mnie, że nie słucham muzyki na telefonie w komunikacji miejskiej, a ja po prostu lubię podsłuchiwać innych ludzi (chyba, że przynudzają o szkole, rozmawiają przez telefon albo marudzą o jakichś fakturach...). Prawiono mi kazania za nie używanie Google Maps na mieście — przecież każdy się od czasu do czasu trochę gubi, nic wielkiego. Bez końca mnie besztają, bo nie odbieram telefonu — leży w mojej torbie i nie słyszę, jak dzwoni.

Rozumiem, że jestem trochę nudnawy. Ale moja instynktowna niechęć do odczłowieczającego wpływu telefonów nadal rośnie. Na ulicy większość ludzi jest zajęta telefonami, mają spuszczone głowy, ignorują wszystko i idą przed siebie jak zombie. Mamy o wiele mniej kontaktu wzrokowego, mniej interesuje nas świat zewnętrzny i dostrzeganie wszystkiego, co dzieje się obok nas. W supermarkecie jest mi żal kasjerów. Jakby ich praca nie była już dość nudna i mechaniczna, teraz wielu klientów rozmawia przez telefon, upychając zakupy do toreb, zupełnie ignorując osobę, która ich obsługuje.

Koncerty dla wielu fanów nie są już okazją na angażowanie się w muzykę ich idoli, ani na bawienie się z ludźmi o podobnym guście. Zamiast tego dorabiają się zakwasów od trzymania telefonu w górze, żeby nagrać beznadziejny, rozedrgany filmik i wrzucić go potem na media społecznościowe z okropnym, trzeszczącym dźwiękiem gratis. Niedawno na pogrzebie byłem zaskoczony, jak wielu ludzi bawiło się telefonami w trakcie tej smutnej uroczystości. Miałem nadzieję, że rodzina zmarłego nie zauważy tego braku szacunku. Widziałem też w internecie filmik, ogłaszający z pompą otwarcie pierwszego podwodnego klubu nocnego. To pewnie ściema, ale nawet tego nie sprawdziłem, bo i tak nie chciałbym tam pojechać. Głównie dlatego, że odwiedzający — w hełmach i ze zbiornikami powietrza, dzięki którym mogli oddychać — wcale się nie bawili, ale patrzyli na swoje telefony, ledwie świadomi, że ktoś im w ogóle towarzyszy. Wyglądało nudno jak diabli.

Nie mniej monotonna jest wszechobecność telefonów na współczesnych pokazach mody. Rozumiem, że robienie zdjęć i filmowanie modelek non stop jest teraz normą na wybiegu (chociaż można też patrzeć oczami i przyjrzeć się detalom stworzonym przez projektantów), ale to wskazuje raczej nie na miłość do mody, ale na egoistyczne potrzeby. Na pragnienie zostania dostrzeżonym w trakcie uwieczniania mody. Ci sami ludzie, którzy z takim zapałem wszystko filmują, są również pierwszymi, którzy zrywają się z krzeseł i lecą na kolejny pokaz, nawet nie klaszcząc na koniec. To podłe. Projektant niby korzysta na darmowej reklamie — czyli zdjęciach i filmikach wrzucanych na niezliczone blogi i strony. Ale wielu z nich pytałem, jak się z tym czują. Jak się okazuje, głównie rozpaczają, że ich wysiłki są reprezentowane w ten sposób, przeważnie na nieostrych i kiepskich zdjęciach. To nie wygląda dobrze.

Co ciekawe, w codziennych, towarzyskich sytuacjach, przyjaciele czują się rozkojarzeni, podenerwowani, nieobecni — niezdolni do odłączenia się od telefonów. Ciągle sprawdzają wiadomości, ile zebrali lajków, wrzucają na Twittera żarciki dla ludzi, których nawet nie poznali, dodają zdjęcie swojego obiadu (po co?) albo nagle gdzieś dzwonią w połowie rozmowy. Czy to przypadek, że tak wielu ludzi cierpi teraz na choroby psychiczne?

Ja też robiłem niektóre z tych rzeczy, ale staram się je ograniczyć, zanim mój mózg się usmaży od nadmiaru informacji i pragnienia bycia wszędzie na raz. Czasem wyłączam telefon, szczególnie w pracy. Dziwnie wyzwalające uczucie. Moja słaba koncentracja trochę się poprawiła. Nie jestem ciągle bombardowany i nawiedzany przez wiadomości i telefony. Co za ulga. Większością z tych spraw mogę zająć się później.

Nigdy nie chciałbym wracać do świata sprzed telefonów komórkowych. Budki telefoniczne śmierdziały i często były rozwalone, więc telefony nie działały. Jeśli spóźniałeś się na spotkanie, nie miałeś jak poinformować o tym drugiej osoby. Teraz bardzo wygodnie możemy połączyć się z każdym, kiedy tylko chcemy. Możliwość robienia zdjęć telefonem też jest wspaniała, odległa od śmiesznej przeszłości, w której rolkę filmu trzeba było zanieść do fotografa, żeby go wywołał i zrobił odbitki, co zajmowało parę dni.

Mimo to moja niechęć do telefonów sięgnęła zenitu pewnego chłodnego ranka w godzinach szczytu. Autobus 68 jechał przez most Waterloo, gdy nagle zauważyłem przez okno coś szokującego. Pewien mężczyzna, pewnie nietrzeźwy, przeszedł przez barierki i wychylał się do przodu, chybocząc się nad mętną Tamizą. Chciał popełnić samobójstwo? Rozejrzałem się szybko po pasażerach — czy to się działa naprawdę? Tuzin ludzi na górnym piętrze autobusu było nieświadomych całego zajścia, patrzyli w telefony albo przez nie rozmawiali. Autobus jechał dalej, a ja odwróciłem się, żeby zobaczyć to miejsce jeszcze raz. Mężczyzna naprawdę tam stał, nadal chwiał się na krawędzi. Zauważyłem też innych ludzi w biurowych strojach, maszerujących obok niego chodnikiem. Wszyscy go ignorowali, patrzyli drugą stronę albo w telefon.

W panice wygrzebałem swój telefon z torby. Zauważyłem, że znów próbował nawiązać połączenie wideo z jakimś losowym nieszczęśnikiem. Zadzwoniłem na policję i powiedziałem, co właśnie zobaczyłem. Zapewniono mnie, że dobrze postąpiłem i że na miejsce już jedzie pomoc. Kilka minut później wysiadłem z autobusu zaniepokojony. Na szczęście policja do mnie oddzwoniła i powiedziała, że znaleźli tego człowieka i nic mu nie jest — nie skoczył.

Potem zastanawiałem się, czy ten mężczyzna na moście miał telefon, a jeśli tak, to czemu nie mógł zadzwonić do kogoś po pomoc. Cieszyłem się, że jednak mam telefon.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Przeczytaj też:

Kredyty


Dyrekcja artystyczna: Charlotte Stockdale
Zdjęcia i stylizacja: modelki

Tagged:
2016
Telefon
obsesja