dr dre – architekt gangsta rapu

W kinach „Straight Outta Compton”, na słuchawkach nowy album Dre – „Compton”. Przyjrzyjmy się historii jednego z ojców G-Funku. Oto Andre Romelle Young.

tekst Hattie Collins
|
18 Wrzesień 2015, 1:15pm

W 1979 roku Michael Jackson i Quincy Jones stworzyli Off The Wall, album z hitami, które do dziś rozkręcają parkiety i porywają do tańca - „Rock With You", „Don't Stop Till You Get Enough", a także słynny wyciskacz łez „She's Out Of My Life". Płyta stanowiła też oficjalny rozwód Jacksona z czasami w Jackson 5, a poza tym zapewniła mu jego pierwsze Grammy. W 1982 roku ten sam duet wszedł do studia Westlake w LA z budżetem o wysokości 750 tys. dolarów. Nagrali Thriller, który do dziś sprzedał 120 mln kopii i nadal jest najlepiej sprzedającym się albumem na świecie. Jego wpływ zarówno na muzykę, jak i kulturę popularną jest jednym słowem - nieoceniony. W 1988 roku Quincy i Michael raz jeszcze powrócili do Westlake i nagrali Bad, z kawałkiem „Man in the Mirror". Była to ostatnia współpraca utalentowanego duetu, a MJ zajął się płytą Dangerous, potem History i Invincible. Więc tak to było.

Poza tym, że pracował z Michaelem Jacksonem, Dizzym Gillespiem, Milesem Davisem i Frankiem Sinatrą, stworzył soundtracki do Włoskiej roboty i Koloru purpury, odkrył Willa Smitha, a następnie stworzył telewizyjny hit pt. Bajer z Bel-Air, nie zapominajmy też o tym, że Quincy przedłużył również gatunek w postaci pięknej i arcyfajnej Rashidy Jones.

Co chcemy przez to powiedzieć, to, że Quincy Jones jest arcykozakiem. Kotem. Wymiataczem. Po prostu geniuszem. Tacy ludzie naprawdę trafiają się rzadko, a my jesteśmy bardzo powściągliwi w szastaniu porównaniami, ale oto i cała historia...

W 1988 roku powstał debiutancki album grupy N.W.A Straight Outta Compton, a jej muzycznym mózgiem był Andre Romelle Young. Płyta tak nowatorska, tak przełomowa i tak przepełniona buntem, że tak samo, jak w przypadku Thrillera, jej miejsce w historii muzyki jest nieocenione. Album obrażał, szokował, otwierał oczy, a także stanowił przepowiednię ulicznych wojen na tle rasowym, bo niedługo po jego wypuszczeniu, policja z LA brutalnie pobiła leżącego Rodneya Kinga za przekroczenie prędkości. Straight Outta Compton prawdopodobnie ma większe znaczenie dziś niż kiedykolwiek wcześniej.

W 1992 roku śladem Ice Cube'a, który wcześniej odszedł z zespołu po kłótni z Eazy E., Dre opuścił N.W.A, nagrał The Chronic i przy okazji stworzył nowy gatunek - G-Funk. Na płycie pojawił się młody Calvin Broadus Jr, którego Dre odkrył podczas gościnnego występu w kawałku En Vogue „Hold On", a w 1993 roku Dre razem ze Snoopem nagrali Doggystyle. W 1995 roku wyprodukował singiel California Love dla kolegi z wytwórni Death Row - Tupaca Skahura. W roku 1998 ówczesny dyrektor generalny Interscope Jimmy Iovine poznał go z Marshallem Mathersem III, co zaowocowało tym, że Dre zapewnił Eminemowi kontrakt we własnej wytwórni Aftermath. Zaraz potem, bo w 1999 roku pojawił się album Slim Shady LP, w tym samym roku Dre nagrał też kolejny album 2001. Do perełek z końca milenium autorstwa Dr Dre należą „What's The Difference", „Forgot About Dre", „Still D.R.E" i „My Name Is". W 2003 roku Eminem i Dre trochę odeszli w cień za sprawą bezczelnego MC z Queensu, zwanego 50 Centem [z niezwykle trafnym pseudonimem, o, ironio] i jego płyty Get Rich Or Die Tryin z hitem „In Da Club", który do dziś porywa do tańca. Wprawdzie ostatnio Dre zwolnił trochę swoje szaleńcze tempo, ale znalazł czas, aby zakontraktować The Game'a i Kendricka Lamara (który bez wątpienia jest obecnie jednym z najważniejszych głosów w hip-hopie) i stać się pierwszym hip-hopowym miliarderem dzięki linii słuchawek Beats By Dre oraz rzekomych udziałów w festiwalu Burning Man. Nie wspominając już o jego nowym show w radiu Beats1 - „The Pharmacy", który podobno sam na niego zarabia. Pozostałe (ale nie jedyne), perełki, w których palce maczał Dr Dre to „Boyz-In-Da-Hood", „Keep Their Heads Ringing", „Family Affair", „Let Me Blow Ya Mind", „Minority Report" i „No Diggity". Przez lata robienia pieniędzy, Dre wykazał się również niezachwianym oddaniem sztuce. Nigdy nie bał się porzucić miliony dolarów, czy to odchodząc od Eazy E i Ruthless, czy Suge'a Knighta i Death Row. Aha, Dre ma córkę o imieniu Truly [ang. dosł. - prawdziwie, przyp. tłum.]

Oczywiście nie można zapomnieć o faktach, bo Dre nie był też takim świętoszkiem. Pojawiały się wyroki za przemoc wobec kobiet, której doświadczyła m.in. policjantka, dziennikarka, a także jego była partnerka, Michel'le. Oto fakty, których nie da się usprawiedliwić i które głęboko rozczarowują, a których nie można puścić w niepamięć i zignorować.

Jednak by oddzielić człowieka od muzyki, co stanowi w takich przypadkach konieczność, powróćmy do teorii Quincy Jonesa - Dr. Dre, podobnie jak Quincy, jest arcykozakiem. Tak, Pharell, Kanye i Timbaland też są ważni i pewnie zdobywają dziś więcej kliknięć. Dre rzadko kiedy wypuszczał się poza terytorium rapu, nie nagrał też filmu jak QJ (jednak wg tego artykułu z New York Times, miksy i mastering w jego wykonaniu mają więcej wspólnego z kompozytorami pokroju Johna Williamsa niż współczesnymi nazwiskami typu Kanye). Wprawdzie jego solowe płyty nie zawsze są numerem jeden, nie sprzedają się też w kopiach o kilkumilionowym nakładzie. Dre ma na koncie „jedynie" 6 nagród Grammy, co i tak wypada blado przy Quincym, który otrzymał ich 27. Tak czy inaczej, Dre jest wymiataczem, co dowodzi jego najnowsza i rzekomo ostatnia w karierze płyta. Wszyscy na próżno marnowali całe lata cierpliwie wyczekując na Detox, który wreszcie się nie pojawił, bo Dre go anulował, a teraz najzwyczajniej w świecie po prostu wszedł do studia i niespodziewanie wypuścił Compton.

Compton może pochwalić się większą dawką wyobraźni i progresywnego myślenia, niż można by oczekiwać od producenta, któremu właśnie stuknęła pięćdziesiątka. Nadal ma w sobie ten pierwotny gniew, jeszcze z czasów N.W.A, luz z The Chronic i perkusję (ach, ta perkusja Dre!) z 2001. Snoop zapodał też jeden z najlepszych wersów od lat, przy czym w ogóle trudno rozpoznać, że to on w kawałku One Shot One Kill. Kendrick dissuje Drake'a zarówno w Deep Water („Motherfucker I started from the bottom" - skurwielu, ja zacząłem od zera), jak i w Darkside/Gone. Do tego Dre swobodnie rapuje o Suge'u i Eazym. Ponownie zagościł też The Game, w numerze Just Another Day. Nie ma 50 Centa. Album jest też pełen odniesień politycznych, jak chociażby w przypadku kawałka Deep Water, w którym przewija się wers „I can't breathe" [nie mogę oddychać], nawiązujący do uduszenia Erica Garnera przez policjanta podczas aresztowania w 2014 roku. Jest tłusty beat, zajebiste pętle, są trąbki i dużo soulowego brzmienia, zwłaszcza dzięki Jill Scott i Marshy Ambrosius.

To nie jest najłatwiejszy album. Jest to płyta, której należy dać czas, która musi dojrzeć, nabrać oddechu, bo Compton nie jest naszpikowane hiciorami. Ma się to wrażenie, że musiał go wydać, aby zrobić krok naprzód. Wprawdzie Dre zarzeka się, że to już ostatnia produkcja, ale można mieć nadzieję, że podobnie jak Quincy będzie tworzył do samego końca. 

Kredyty


Tłumaczenie: Zuza Bień

Tagged:
Hip-Hop
SNOOP DOGG
Compton
Dr. Dre
Eminem
G-Funk
Ice Cube
gangsta rap
Eazy E
Straight Outta Compton
muzyka