francuska nowa fala dla początkujących

Specjalnie dla i-D Paulina Gorzkowska stworzyła subiektywny przewodnik po filmach Nowej Fali.

tekst i-D Staff
|
21 Lipiec 2015, 2:20pm

fot. materiały prasowe MFF T-Mobile Nowe Horyzonty

Są takie prądy w sztuce, literaturze i filmie czy mody w muzyce, którymi fascynację przechodzi się we wczesnej młodości, jak ospę, a potem, z perspektywy czasu, wspomina z rozrzewnieniem z lekką domieszką zażenowania. Niezbędny etap rozwoju, zamknięty rozdział. Idziemy dalej, w końcu tyle jest jeszcze do odkrycia. Ale jakkolwiek nie mogę już czytać Salingera, niegdyś ukochany wokal Eddiego Veddera dziś przyprawia o nerwową czkawkę a album z plakatami Muchy ze wstydem odwróciłam grzbietem do ściany, to filmy francuskiej Nowej Fali wciąż mnie ruszają, bawią, zadziwiają inwencją i wrażliwością. Nie da się ich zamknąć w getcie gówniarskich zajawek. Zwłaszcza, że wpłynęły na kolejne pokolenia filmowców z całego świata, od Polańskiego, przez Fassbindera do Tarantino.

Oczywiście, tyle odmian Nowej Fali, ilu reżyserów z nią kojarzonych, a i w ramach twórczości jednego artysty zdarzały się różne permutacje stylu. Za wspólny mianownik uznaje się zwykle moment powstania filmu (od końca lat 50. do połowy 60.), związek ze środowiskiem skupionym wokół miesięcznika Cahiers du Cinéma, bliskie włoskiemu neorealizmowi ideały prawdy czasu i ekranu, naturalności dialogów, kręcenia w plenerze, niechęci do zatrudniania gwiazd (jak się okazało: do czasu), do tego odrzucenie reżimu scenariusza na rzecz improwizacji na planie, nowe techniki narracji i montażu.

Dosyć teorii, przejdźmy do konkretów. Poniżej mój osobisty nowofalowy kanon. Absolutne minimum programowe, bo tylko 5 filmów, tylko 3 reżyserów. Reszta (i dzieł, i twórców) też obowiązkowa, ale od czegoś przecież trzeba zacząć.

„Do utraty tchu", reż. Jean-Luc Godard, 1960
Będę szczera: nie kocham Godarda. Zwłaszcza późniejszy za bardzo mi zalatuje nieznośną nawet dla lewackiej duszy komunistyczną propagandą i najzwyklejszą pretensjonalnością. Jednak kilka wczesnych filmów, w tym ten, uważam za prawdziwe majstersztyki. Współautorem scenariusza był François Truffaut, którego w późniejszych latach łączyła z Godardem klasyczna relacja typu love-hate. Popkultura zna wiele takich rywalizacji: Mailer - Vidal, The Beatles - The Rolling Stones, Blur - Oasis. Osobiście wybieram Bitelsów (o włos), Blur, Vidala i Truffaut, ale to nie zmienia faktu, że "Do utraty tchu" wciąż oglądam, a jakże, z zapartym tchem. Historia niby uroczego, lecz jednak mającego na sumieniu czyjeś życie rzezimieszka Michela (Jean-Paul Belmondo, wtedy na dorobku) i jego amerykańskiej dziewczyny (Jean Seberg), opowiedziana żywo, z (czarnym) poczuciem humoru i mnóstwem kinowych odniesień. Debiut Godarda odcisnął swe piętno nie tylko na świecie filmu: ulice zaludniły się nastolatkami ubranymi w stylu pary głównych bohaterów, a i dzisiaj ich zdjęcia ozdabiają niejedną ścianę na Pintereście. Krótka, chłopięca fryzura Jean Seberg od lat nie wychodzi z mody, od Mii Farrow w „Dziecku Rosemary" po prywatne ostre cięcia Winony Ryder czy Anne Hathaway. Dodatkowa ciekawostka: zespół Myslovitz poświęcił filmowi piosenkę z albumu „Z rozmyślań przy śniadaniu" z 1997 roku.

„400 batów", reż. François Truffaut, 1959
Jestem psychofanką, ale postaram się powściągnąć resztki swego młodzieńczego entuzjazmu i wyrażać się składnie i rzeczowo, bez eksplozji serduszek i wykrzykników. Mocno autobiograficzna historia chłopca, który mimo bardzo młodego wieku okres dziecięcej niewinności ma już dawno za sobą, o ile kiedykolwiek miał szansę jej zaznać. Opowieść o dzieciach doroślejszych niż prawdziwi dorośli, jak "Do utraty tchu" łamie standardy narracji jednocześnie nawiązując do historii kina, której znajomość jednak nie jest konieczna, by dać się wciągnąć w perypetie głównego bohatera. Antoine Doinel (Jean-Pierre Léaud, odkrycie i podopieczny Truffaut) został ikoną Nowej Fali, dorastając na oczach publiczności w kolejnych filmach reżysera. Godard potem podebrał dawnemu koledze jego bieniaminka i zaczął go obsadzać we własnych dziełach. Wracając jednak do debiutu Léaud: ostatnia scena filmu mi osobiście za każdym razem robi z serca sito. Długie, zastygłe ujęcie twarzy bohatera było wtedy nowością, ale mało kto - nawet dzisiaj - mógłby w nim wyrazić tyle emocji, co ten dzieciak.

„Jules i Jim", reż. François Truffaut, 1962
Kolejny film Truffaut. Wspominałam, że nie jestem obiektywna? Tym razem w roli głównej wystąpiła prawdziwa gwiazda: Jeanne Moreau, która od lat pozostaje w moim top 3 niedościgłych ekranowych wzorców kobiecości, obok Katharine Hepburn i Lauren Bacall. Adaptacja powieści Henriego-Pierre'a Roché o trójkącie miłosnym z początku XX wieku robi wrażenie nawet na początku wieku dwudziestego pierwszego, dzięki prawdzie o zawiłości ludzkich uczuć, filmowym zabiegom reżysera i znakomitemu aktorstwu. Klasyczna scena: biegowy wyścig mostem trójki bohaterów, w tym Jeanne Moreau w męskim ubraniu i z doklejonym wąsem. Wygrała ten bieg, a także serca Julesa i Jima oraz kinowej publiczności.

„Pogarda", reż. Jean-Luc Godard, 1963
Znów Godard, znów ekranizacja prozy, tym razem bardziej współczesnej, autorstwa Alberta Moravii, i znów z wielką gwiazdą w roli głównej. Konkretnie Brigitte Bardot, którą Godard instruował, by zaniechała typowego dla siebie ekspresywnego stylu bycia na ekranie i zachowała nieprzeniknioną blazę. Charakterystycznie dla Nowej Fali, mnóstwo tu wątków meta, bo bohater Michela Piccoli'ego to scenarzysta pracujący nad filmową adaptacją "Odysei" do nowego filmu legendarnego austriackiego reżysera Fritza Langa ("Metropolis"), który gra tu samego siebie. Piękno włoskich krajobrazów i klasyczny nowofalowy narwany montaż obrazu i dźwięku ubierają historię rozpadu związku w estetyczne, lecz niepokojące ciuszki.

„Cléo od piątej do siódmej", reż. Agnès Varda, 1962
Nareszcie nie Truffaut ani Godard (choć ten drugi pojawia się tu w małej rólce). Agnès Varda, bohaterka nowohoryzontowej retrospektywy A.D. 2006 i gość festiwalu w 2009 roku, w tym filmie o 2 godzinach z życia popularnej piosenkarki, która w obliczu możliwej śmiertelnej choroby w ekspresowym tempie przewartościowuje całe swoje życie, reżyserka z uczuciem pokazuje wewnętrzną podróż swojej bohaterki, poruszając przy okazji ważne tematy społeczne i polityczne, od feminizmu po wojnę w Algierii.

Z tak przygotowanym tłem historycznym łatwiej zrozumieć świat bohatera tegorocznej retrospektywy, czyli Philippe'a Garrela, który zadebiutował jako niepełnoletni chłystek w 1964 roku, rzutem na taśmę łapiąc się jeszcze na pierwszą Nową Falę - nie tylko w kwestii epoki. Tematy, techniki i twórcy tego nurtu pozostają dla reżysera nieustającą inspiracją, jeśli nie obsesją. „Dzika niewinność"  to inna, mroczniejsza wersja „Nocy amerykańskiej" Truffaut, a „Wyniosła samotność" bierze na warsztat nowofalową legendę Jean Seberg 15 lat po jej słynnej roli w „Do utraty tchu". Charakterystyczne dla Nowej Fali wątki autobiograficzne też są stale obecne w twórczości Garrela, chociażby w filmie „Zazdrość" , gdzie autorsko i we współczesnej otoczce odtwarza swoją własną sytuację rodzinną.
Co go różni od pierwszych nowofalowców, nie licząc może Godarda?
Mocno widoczne w filmach zaangażowanie społeczne i polityczne. Dla pokolenia Garrela i jego rówieśników kamieniem milowym były bunty i strajki 1968 roku. Reżyser pokazał je w filmie „Zwyczajni kochankowie", ze swoim synem Louisem w roli głównej. Swoją drogą Louis, który występował w filmach ojca od 6. roku życia, stopniowo przejmując rolę jego porte-parole, a którego świat zna głównie jako pięknego, zblazowanego bliźniaka Evy Green w „Marzycielach" Bernardo Bertolucciego, ostatnio sam stanął za kamerą. Ciepło przyjęty w Cannes film „Dwóch przyjaciół", też do obejrzenia podczas tegorocznej edycji Nowych Horyzontów, to po części modny ostatnio nurt bromance, po części klasyczna francuska opowieść o miłosnym trójkącie, który wiele razy pokazał Truffaut: w „Jules i Jim", ale też, w odwróconych proporcjach - dwie kobiety, jeden mężczyzna - w ekranizacji innej powieści Roché: „Dwie Angielki i kontynent". Kolejne pokolenie czerpie z mistrzów Nowej Fali. I na pewno nie ostatnie.

Kredyty


Tekst: Paulina Gorzkowska

Tagged:
Kino
Kultura
nowe horyzonty
nowa fala