jak ująć niedoskonałość dla cyfrowego pokolenia?

Kiedyś fantazjowaliśmy o perfekcyjnych co do cala boginiach wybiegów. Teraz nasz wzrok przyciągają nieumalowane, autentyczne dziewczyny ze szparami między zębami. Piękności czasów estetyki Tumblera. i-D przygląda się temu, jak doszło do tej wolty w...

tekst Jane Helpern
|
01 Grudzień 2014, 10:25am

W latach 90 bardzo często wydawało się sporą część pensji w kiosku. Na obowiązkowy przydział luksusowych magazynów o modzie, drukowanych na najbardziej połyskliwym z papierów. Każdy z tych prywatnych skarbów od okładki do okładki wypełniały ubrane w stroje z kategorii haute couture, oświetlone tak, by w pełni podkreślić ich splendor Amazonki. Jeden egzemplarz spokojnie wystarczał na miesiąc użytkowania. Trzymało się je w torebce i wyjmowało, gdy tylko znalazła się odrobina czasu. Zazwyczaj w jakiejś eleganckiej kawiarence. Ewentualnie wtedy, kiedy chciało się uniknąć kontaktu wzrokowego z pasażerami podczas podróży pociągiem w godzinach szczytu.

Potem, już w sypialni, wyrywałaś pewnie z magazynów swoje ulubione strony. Po czym przypinałaś do pre-pinterestowej kartoteki fascynacji - tablicy korkowej. Miałaś zapewne swoją ulubioną supermodelkę (Naomi Campbell, racja?). Musiałaś się więc pogodzić z tym, że nigdy nie będziesz wyglądać tak jak ona (geny mamusi i tatusia były za słabe w departamencie wzrostu). Jak to się właściwie stało? W jaki sposób przeszliśmy od oddawania czci supermodelkom do selfie-kultury pełnej pastelowych włosów, odrostów pod pachami i rozchwytywanych gwiazd Tumblera? Trendów, które pozwalają Michaelowi Baileyowi Gatesowi i Petrze Collins rządzić niepodzielnie w roli króla i królowej balu, dzieciaków o niebo fajniejszych od reszty szkoły?

Antyretuszowy naturalizm nie jest niczym nowym. Łatwo się przekonać, że ten styl pojawiał się nawet u szczytu boomu na supermodelki wczesnych lat 90. Wystarczy spojrzeć na ikoniczne fotografie Kate Moss wykonane przez Corinne Day czy zdjęcia autorstwa Juergena Tellera, przypominające na szybko cyknięte fotki. Day i Tellera można uznać za spoko-dziadków naturalnego, antyretuszowego nurtu w fotografii, który dziś objął we władanie Internet. Wszystko dzięki przełomowemu wynalazkowi, którym są sprzyjające podróżom w głąb wizualnej króliczej nory platformy dzielenia się obrazkami i filmikami pokroju Instagramu, Tumblera czy Vine'a. Portale te bez problemu umożliwiają przejście z poziomu aparatów fotograficznych na poziom iPhone'a. Tak więc niegdyś elitarna branża nie jest już tak nieosiągalna dla przeciętnego człowieka, jak kiedyś. Zamyka się przepaść między rzeczywistością a modową krainą fantazji. Obecnie od naszych ulubionych ikon dzieli nas odległość jednego „lajka". Żeby stworzyć udaną fotografię, nie potrzebne nam wymyślne aparaty. Nie trzeba też dojść do prestiżowych galerii, abyśmy mogli pokazać nasze dzieła szerokiej publice.

To zmiana na lepsze albo na gorsze. A raczej jednocześnie i na lepsze, i na gorsze (zależy kogo zapytasz). Jednak fakt jest faktem - w obrębie Internetu narodziło się pokolenie pojętnych i samozwańczych fotografów, wydawców, kuratorów i modelek. Ci pionierzy w naszej branży burzą, zmieniają i kształtują na nowo to, w jaki sposób postrzegamy piękno w 2014 roku. I jak o nim rozmawiamy. Nie da się ukryć, że w świecie komercyjnych sesji fotograficznych z ogromnymi budżetami nadal dominuje retuszowanie zdjęć na szeroką skalę. Mimo to wielu z tych fotografów nowej generacji poświęciło się ujmowaniu na zdjęciach piękna wynikającego z niedoskonałości. I kultywowaniu go.

Muzą pokolenia Tumblera nie jest już poprawiona cyfrowo, nieskazitelna piękność z najwyższych pozycji listy światowych modelek. Taka, która świeci perlistymi zębami na okładce wrześniowego numeru, cała w wypożyczonych diamentach. Ducha chwili obecnej odzwierciedlają modelki z ciemnymi workami pod oczyma, bez makijażu, z przerwą między zębami, tyczkowate. I przede wszystkim w ogóle niezainteresowane tym, by pozwolić sobie wyretuszować swój charakter. To Arvida Byström z wiecznie nieogolonymi nogami, wrogo nastawiona do żyletek. To Lily McMenamy, dziewczyna z okładki i-D o kreskówkowo ogromnych ustach, zawsze z przesadnie łukowatymi brwiami. Dzisiejszy model jest androgyniczny, pozuje całkowicie nago, a jego twarz pokrywają tatuaże. Część tego grona nie ma nawet agentów... jak na razie.

To Petra Collins, artystka mieszkająca w Toronto, stanowi najprawdopodobniej forpocztę ruchu nowego piękna. Jej podejście do fotografii bazuje na skupieniu się na oddawaniu kobiecości i afirmacji ciała. Petra zamierza udowodnić wszystkim, że to prawdziwe dziewczyny rządzą tym światem. I że pokazywanie rzeczonemu światu naturalnej kobiecości jest nie tylko całkowicie akceptowalne, ale i wskazane. Trzeba przyznać, z pewnością jej prace pokazują to wszystko w kolorach pudrowych cukierków (jej konto na Instagramie to istna eksplozja retro-erotyki, emoji w kształcie serc i neonów). Jednak te bezczelne fotografie zaokrąglonych brzuszków, sterczących sutków czy ogromnego wyboru wąsików sypiących się na twarzach przeprogramowują idee kobiecości panujące w świecie mody.

„Internet stworzył przestrzeń / kreatywne ujście dla zwykłych ludzi. A ja uważam, że najważniejszą sprawą dla młodych dziewczyn i kobiet jest tworzenie magazynów, platform i stron, które pokazują wizerunki odbiegające od normy. Wizerunki prawdziwych ciał" - mówi Petra. „Inspirują mnie wszelkie niedoskonałości. Rozstępy, linie i zaokrąglenia, włosy, to wszystko. W mojej opinii wzbogacają one krajobraz ciała". Zapytana o to, czy retuszuje swoje prace, żachnęła się. „Nie! Nigdy! To wygląda tak bardzo źle". Jest też bardzo zadowolona z tego, że nigdy nie pracowała ze specjalistą od obróbki zdjęć, który przekroczyłby narzucone przez nią granice.

Maya Fuhr, dwudziestopięciolatka także rezydująca w Toronto, podziela apetyt Collins na estetykę au naturel. „Dzięki Internetowi piękno i inspiracje stały się ogólnie dostępne. Sieć jest jak nieskończony zasób niestandardowych koncepcji piękna. Mamy ludzi różnych ras, kulturę smutnych dziewczyn, różne kształty i wymiary. Uśmiechnięta, typowo amerykańska biała dziewczyna przestała być już standardem piękna, za którym niegdyś stały murem modowe magazyny" - wyjaśnia Maya.

Podczas seansu Reely and Truly, 30 minutowego filmu londyńskiego fotografa i współpracownika i-D - Tyrone'a Lebona, możemy przyjrzeć się przez pryzmat autorefleksji niszom, które stworzyły dla siebie najbardziej rozchwytywane gwiazdy obiektywu w świecie mody. Od Tellera do Collins, przez wszystkie istotne nazwiska. We wnikliwym studium zrealizowanym przez Lebona zobaczymy jak japońska artystka Fumiko Imano, znana ze pełnego alter ego cyklu Twins, rozbiera się i piszczy rozbawiona, dyskutując o swoim postrzeganiu ciała. „Kiedy tylko zobaczę dynię, zrzucam z siebie ubranie. Bo czuję się tak, jakby moje ciało przypominało trochę dynię". Imano odnosi się w tej wypowiedzi do serii polaroidów, do których pozowała nago. Na czworakach, dumnie wystawiając na widok swoje cherubinkowe fałdki, w błogo prezentującym się otoczeniu jesiennego jedzenia, jakby przygotowanego na jakąś ucztę. Większość barwnych fotografii Fumiko to odważne autoportrety. Zwykle ujrzymy na nich artystkę całkowicie rozebraną. Jej ciało zasłaniają lub przyozdabiają dojrzałe owoce lub inne elementy wywodzące się z natury. Na wszystkich jest otwarcie sobą, w pełnym rozkwicie.

W filmie zobaczymy też Ariego Marcopoulosa, byłego asystenta Andy'ego Warhola. Znany jest z bezwstydnie szczerych, czarno-białych fotografii przedstawiających nowojorską kontrkulturę, punkrockową młodzież i łobuzów na deskorolkach. Zapewniły mu one status jednego z najbardziej rozpoznawalnych artystów w branży. Jego prace kojarzą się momentalnie z kreatywnymi geniuszami wielkich miast i często udręczonym, wiecznie imprezującym wewnętrznym kręgiem metropolii. O pozujących mu postaciach można powiedzieć wszystko, ale na pewno nie to, że są piękne według jakichkolwiek z obowiązujących standardów. Prawdopodobnie dlatego tak bardzo nas intrygują. Mają w sobie mroczną stronę, której nie sposób się oprzeć. Gdzie wielu dostrzega niedoskonałość, Marcopoulos widzi piękno i stara się je uwiecznić.

A więc czemu nowe pokolenie inspiruje się tymi tworzonymi niewielkim nakładem środków, nieocenzurowanymi, nieco groteskowymi fotografiami? A nie maksymalnie ulepszonymi, nierealistycznymi zdjęciami, które sprzedaje się nam od lat na bilbordach i w magazynach? „Ludzie perfekcyjni wypadają zadziwiająco nudnie" - Maya Fuhr oświadcza bez ogródek. Przyglądanie się prawdziwemu wyglądowi ciał i twarzy jest znacznie bardziej interesujące. Składają się one z tych wszystkich niedoskonałych elementów - siniaków, przebarwień słonecznych, szczerb i tym podobnych. Wizerunki tak wypaczone, że przedstawiają tylko nierozpoznawalne i odizolowane powłoki, które niegdyś były nami... One nie mogą im zwyczajnie dorównać. Ten rodzaj fotografii nie wytyka i nie wyśmiewa wad. Przeciwnie, zachęca do ich pokochania. Oddaje hołd dziwnostkom i asymetriom, z których składają się nawet najbardziej surrealistycznie piękne istoty ludzkie. Nie chodzi tu o bycie nieatrakcyjnym czy atrakcyjnym, ale o bycie unikalnym, bycie sobą. Podobnie jak piękno, niedoskonałość zależy tylko od perspektywy obserwatora. Tam, gdzie niektórzy dostrzegą krzywy kręgosłup, podbite oko czy przekrzywiony nos, ta grupa fotografów widzi ten decydujący ułamek czasu. Gotowy, by ująć go za pomocą obiektywu.

Kredyty


Tekst: Jane Helpern
Fotografia: Corinne Day (i-D, The Original Issue, nr 201, wrzesień 2000)

Tagged:
piękno