„made in china”, czyli cała prawda o naszych zakupach

Odkrywamy nadużycia branży odzieżowej i pytamy co dalej.

tekst Bertie Brandes
|
22 Grudzień 2015, 4:55pm

Wikipedia

Uwielbiam modę. Ta branża opiera się głównie na metkach, chociaż zwracamy uwagę tylko na logo i ignorujemy resztę informacji. Dziennikarze modowi mogą bez końca dywagować na temat znaczenia danych tkanin, kształtów i kolorów. Ale jeśli pada pytanie gdzie i jak powstają nasze ubrania, nagle mamy zbiorową amnezję. Ten problem nie pojawił się przecież wczoraj - wystarczy przypomnieć sobie niekończące się skandale dotyczące wyzysku taniej siły roboczej przez Nike'a czy wiadomości znajdowane co jakiś czas w ubraniach z sieci Primark. A jednak: jest rok 2015, a my wciąż udajemy, że jesteśmy w szoku, gdy zawala się kolejna szwalnia w Bangladeszu. Ciągle przymykamy oko na to, w jakich warunkach produkuje się nasze rzeczy, które potem walają się po podłodze lub lądują w koszach z pomocą charytatywną. Przemysł odzieżowy jest gotowy na zmianę: czas zastanowić się, dlaczego wciąż dajemy przyzwolenie na te praktyki oraz jaka czeka nas przyszłość.

Aby powiedzieć coś o przyszłości, trzeba uważnie przeanalizować przeszłość. Jestem pewna, że ignorujemy te problemy, ponieważ mamy świetne wspomnienia, związane z wyprawami do sklepu. Centrum handlowe to nie tylko miejsce, w którym znajdziemy rajstopy i obciachowe akcesoria. To coś znacznie więcej - zakupy są ważną częścią naszej kultury. Nastolatki odkładają kieszonkowe i po szkole przeczesują domy towarowe, pełne różnych kolorów i stylów, by stworzyć swój wizerunek. Centra handlowe są dla nas symbolem odkrywania mody i wyrażania siebie, spędziliśmy w nich sporo czasu. Potrzeba naprawienia skutków nieudanych eksperymentów sprawiała, że co tydzień kupowaliśmy kolejne wieśniackie koszulki i kolorowe sukienki. Inwestowanie w jakąś rzecz na lata brzmiało jak bzdura - lepiej stroić się w dusznej przymierzalni. Nie możemy winić samych sklepów za to, że są nam tak bliskie i mają pewien urok.

Do tego dochodzi wpływ filmów i programów telewizyjnych, które wmawiają nam, że nowy strój może diametralnie odmienić nasze życie miłosne, karierę, a nawet poprawić kształt ciała. Nic dziwnego, że nadal przywiązujemy taką wagę do zakupów. „Jak dobrze wyglądać nago" oraz „Jak się nie ubierać" ciągle zmuszają uczestników do wymiany całej garderoby. W jednym sezonie producenci poszli nawet na całość i na początku każdego odcinka palili ubrania w koszu. Nie trudno dostrzec skąd bierze się obsesyjna potrzeba ciągłego udoskonalania siebie, choć odpowiedzialność ponoszą nie tylko media. My też jesteśmy winni. W pewnym momencie orientujemy się, że nigdy nie uzbieramy na takie domy, jakie mają nasi rodzice czy dziadkowie. Dlatego oszczędzanie pieniędzy staje się mniej kuszące - zamiast tego wydajemy je na drobne przyjemności. Aby dostosować się do naszych nawyków, sklepy przyjęły chyba motto: „nie mów, nie pytaj i nawet o tym nie myśl". Więc tego się trzymamy. Made in China? To znaczy „zrobione przez jakieś maszyny", prawda? Czyli wszystko jest w porządku? Tak, wszystko jest super.

Tylko że nieprawda. Dzięki internetowi informacje o tym gdzie i jak powstają nasze ubrania, trafiają do nas coraz częściej. Niestety, aby ludzie zwrócili uwagę na problem, musi dojść do ogromnej katastrofy budowlanej, takiej jak zawalenie się Rana Plaza w Bangladeszu. Dzięki rozwojowi dziennikarstwa możemy łatwo znaleźć więcej informacji na ten temat: na przykład, tylko w 2013 roku w halach fabrycznych w Bangladeszu wybuchał średnio jeden pożar tygodniowo. Sny o beztroskich galeriach handlowych powoli odchodzą w niepamięć, bo zaczynamy sobie zdawać sprawę z kosztów naszej pogoni za modą.

Powoli docierają do nas konsekwencje tego szalonego konsumpcjonizmu. Branża modowa może się jeszcze wiele nauczyć z doświadczeń przemysłu żywnościowego. Chociaż teraz przywiązujemy wielką wagę do tego, co ląduje na naszych talerzach, historie o wyzyskiwaniu taniej siły roboczej i niewolniczej pracy aż tak nas nie interesują. Pewnie dlatego, że większość ludzi uważa, że ich to nie dotyczy. Wciąż łudzimy się, że ubrania z górnej półki (lub te w średnich cenach) na pewno powstały w etyczny sposób, a pracownicy dostali sprawiedliwe wynagrodzenie. Ale niestety tak nie jest. Kilka miesięcy temu wzięłam udział w panelu dyskusyjnym, na którym okazało się, że pewna założycielka „etycznej" marki odzieżowej, nie wiedziała nawet, ile zarabiali jej pracownicy (chociaż twierdziła, że było to powyżej minimum, z którego można wyżyć). Panująca w branży ignorancja jest żenująca i nie dotyczy jedynie warunków pracy. W 2013 roku okazało się, że kurtki Marca Jacobsa ze „sztucznym" futerkiem, sprzedawane w domu towarowym Century 21, zawierały prawdziwe futro jenotów. Century 21, zamiast przeprosić, wydało oświadczenie, w którym zwala winę na kogoś innego. My winimy sklepy, one obarczają winą kierowników fabryk. Oni z kolei przerzucają odpowiedzialność na kupujących, a konsumenci mają pretensje do rządzących. Można się w tym pogubić.

Dziennikarz śledczy, Gethin Chamberlain sam przekonał się, że wysoka cena ubrania wcale nie przekłada się na lepsze warunki pracowników. Chamberlain napisał niesamowite artykuły na ten temat, m.in. dla „The Observer", „The Times" i „The Sun". Z jego dochodzenia w Indiach wynika, że „ekskluzywne domy mody są często najgorsze". Niektórzy projektanci „mają wyższe standardy i produkują ubrania w Wielkiej Brytanii lub Europie", ale tworzą na o wiele mniejszą skalę. „Większość [marek] produkujących masowo luksusowe towary, korzysta pewnie z usług tych samych fabryk, co najtańsze sklepy". Czyli zakup drogiego towaru wcale nie oznacza, że możemy wyjść ze sklepu z czystym sumieniem - pora porzucić to przekonanie. To samo dotyczy argumentu mówiącego, że etycznie produkowane ubrania będą zbyt drogie dla biedniejszych konsumentów. To błędne rozumowanie. Taka potężna sieciówka jak Primark na pewno nie musiałaby znacznie podnosić cen detalicznych, żeby zapewnić wyższe standardy produkcji. Jestem pewna, że kasy im nie zabraknie, bo co roku zarabiają krocie. Jak widać, ta branża nie cierpi na brak pieniędzy, tylko poczucia odpowiedzialności.

Niestety, w przyszłości może się on się jeszcze bardziej rozpowszechnić. Kwitnie handel internetowy, przez który jeszcze bardziej dystansujemy się od historii produkcji naszych ubrań. Gdy elegancki paczuszki pojawiają się na naszym progu, jeszcze trudniej jest wyobrazić sobie, że ktoś własnoręcznie zmienił kawałek materiału w tę sukienkę, tysiące kilometrów stąd. Internetowe zakupy oznaczają, że jakość materiałów i szwów stanie się jeszcze mniej ważna. Chamberlain podkreśla, że już teraz ciężko jest „pojąć, w jakich warunkach robione są ubrania", ale „szybka moda" w dobie internetu usuwa kolejny poziom interakcji. Mimo to, przejście na zakupy online może też przynieść korzyści. Niewykluczone, że przestaniemy traktować je jak rozrywkę i dzięki temu uciekniemy przed szaleństwami w centrach handlowych oraz licznymi pułapkami, takich jak produkty ustawione przy kasie.

Być może przyszłość nie będzie taka zła? W 2013 roku powstał tzw. „Bangladesh Safety Accord", czyli pierwsze takie porozumienie, podpisane przez związki zawodowe oraz ponad 200 potężnych marek, m.in.: H&M i Adidasa. Projekt dotyczy odpowiedzialności marek: od tej pory są one związane kontraktami z konkretnymi fabrykami. W tym czasie przedstawiciele firm odzieżowych muszą jeździć na inspekcje i działać w celu polepszenia warunków pracy. Program ma trwać pięć lat - ale zmiany widać już w wielu miejscach. Powstały też inne podobne inicjatywy, np. „Alliance for Bangladesh Worker Safety". To pokazuje jaką potęgę mają media i konsumenci, domagający się zmian. Miejmy nadzieję, że teraz wszyscy w końcu dorośniemy. To nie jest przecież takie trudne. Wystarczy spojrzeć na przemysł żywieniowy, który w ciągu ostatniego dziesięciolecia drastycznie się zmienił. Najtańsze jedzenie wciąż pochodzi z masowej hodowli zwierząt oraz upraw przemysłowych. Ale konsumenci mają prawo do świadomego wyboru i supermarkety poczuły presję. Przyzwyczailiśmy się już do tego, że praktycznie wszystkie produkty mają na opakowaniu podane różne informacje, takie jak miejsce produkcji, pakowania, występujące alergeny oraz wartości odżywcze.

Chamberlain wierzy, że „jeśli pewne grupy nadal będą uświadamiać ludzi i pokazywać, że tanie ubrania są robione przez niewolników, to może pewnego dnia marki odzieżowe w końcu zrozumieją, że muszą coś z tym zrobić. To zadziałało już w przypadku chowu kur w ciasnych klatkach bateryjnych [który jest już zabroniony w Unii Europejskiej], papierosów oraz zawartości soli w jedzeniu". Czy zadziała też w przypadku ubrań?

Jeśli zaczniemy się interesować etykietkami i będziemy je dokładniej czytać, to wprowadzimy do sklepów zmiany. Pora przyznać, że ktoś ręcznie zrobił te sztuczne rzęsy, które kurzą się w kącie szuflady i ktoś sam przyszył rękawy do swetra, który masz na sobie. Te rzeczy nie spadają z nieba. Dzięki tej świadomości możemy zmienić centra handlowe we wspaniałe miejsca i jestem pewna, że to jest wykonalne. Moda bez metek jest przecież nie do pomyślenia!

@BertieBrandes

Przeczytaj też:
Kolejna rozpaczliwa wiadomość z chińskiej fabryki
Buty ruszają z pomocą dla Afryki
Czy moda może ocalić świat?

Kredyty


Tekst: Bertie Brandes
Tłumaczenie: Patrycja Śmiechowska
Zdjęcie: wikipedia.org/wiki/centrum_handlowe

Tagged:
Zakupy