rewolucji nie pokażą wam w telewizji – przybędzie do was w tweetach

Kliktywizm ma swoich przeciwników. Mimo to znaczenia mediów społecznościowych jako narzędzia do walki o zmiany nie da się zbagatelizować. Mogą służyć do prostego okazania solidarności z innymi, ale też do podjęcia bezpośrednich akcji i dokumentowania...

tekst Felix Petty
|
02 Kwiecień 2015, 9:00am

 Czy istnieje coś mniej pracochłonnego od złożenia podpisu pod umieszczoną w sieci petycją? Może być ona wymierzona przeciw globalnemu ociepleniu, szczelinowaniu hydraulicznemu czy niesprawiedliwościom systemu bankowego. Kliktywizm postrzega się zwykle w negatywnym świetle - jako kolejny przykład na to, że młodzież nie angażuje się należycie w politykę i nie przykłada do niej odpowiedniej wagi. W takim ujęciu stawia się znak równości pomiędzy kliktywizmem a tzw. slacktywizmem, czyli bezproduktywnym aktywizmem wyłącznie dla podbudowania dobrego samopoczucia niechętnych działaniu obywateli. Aktywizm przez klikanie sobie, leżąc wygodnie na własnej kanapie - polityka dla leniwych.

Jednak powyższe stwierdzenie nie jest wcale prawdą. Wrzucające każdy aspekt zjawiska do jednego worka generalizacje tego rodzaju umniejszają znaczenie naprawdę interesującej pracy, którą wykonują w sieci ludzie pragnący doprowadzić do zmian. Oraz sposobu, w jaki młodzi ludzie używają Internetu do wyrażania swoich poglądów politycznych. Kliktywizm przetrwał fale krytyki i rozwija się w szybkim tempie. Każdy okrutny akt przemocy ze strony terrorystów, każde nadużycie władzy i każda rewolucja rozgrywająca się na świecie odbija się natychmiast szerokim echem w mediach społecznościowych. Internauci reagują na te wieści głosami wyrażającymi przerażenie, współczucie czy wsparcie. To właśnie przez to nie da się rozpatrywać kliktywizmu jako zjawiska przez pryzmat jednostki. Trzeba podejść do niego jak do kolektywnego działania.

Kiedy uzbrojeni mężczyźni wdarli się styczniu tego roku do paryskich biur Charlie Hebdo i zabili 12 osób, media społecznościowe niemal od razu zalały grafiki w formie czarnego kwadratu z napisem „Je Suis Charlie"w środku. Jeśli rozpatrzymy to na poziomie faktu, że jedna osoba udostępniała jeden obrazek, nie był to z pewnością największy z gestów. Niemniej wpisanie tego terminu w wyszukiwarkę Instagramu zwraca nam dużo ponad milion wyników. A to tylko Instagram. Dzień po ataku użytkownicy Twittera używali hashtagu #jesuischarlie 6500 razy na minutę.

Po oblężeniu kawiarni w Sydney w grudniu 2014 roku - 16 godzinnej patowej rozgrywce pomiędzy uzbrojonym mężczyzną a australijską policją, w trakcie której zginęła dwójka zakładników - w mediach społecznościowych pojawiła seria antymuzułmańskich postów. W odpowiedzi na te demonstracje nienawiści narodził się hashtag #iwillridewithyou. Miał on służyć okazywaniu emocjonalnego wsparcia dla muzułmanów, którzy czuli się prześladowani podczas przejazdów komunikacją miejską. Stworzono go po tym, jak kilka osób przeczytało na Facebooku i przekazało dalej relację dziewczyny nazywającej się Rachael Jacobs. Twierdziła w niej, że widziała kobietę, która musiała zdjąć w pociągu hidżab, by uniknąć oskarżających ataków ze strony współpasażerów. Jacobs napisała, że podbiegła za tą kobietą. Powiedziała jej: „Włóż to z powrotem" i, że potowarzyszy jej dla bezpieczeństwa. Podobnie jak „Je Suis Charlie", akcja „I Will Ride With You" rozprzestrzeniła się bardzo szybko. Jej uczestnicy udostępniali swoje rozkłady codziennych podróży nieznajomym, kreując tym samym pozytywną odpowiedź na tragedię. Był to przykład podbudowującego w swej prostocie kliktywizmu.

Jednak gdyby kliktywizm kończył się na tym, to można by przyznać rację krytykom głoszącym, że aktywizm w mediach społecznościowych to lenistwo i wyraz odseparowywania się od rzeczywistości. I że nie ma szansy, by dorównał tradycyjnym formom zaangażowania w politykę - takim jak głosowanie, zapisywanie się do partii politycznych czy marsze protestacyjne. Ale kliktywizm nie kończy się na tym. Internet i social media są już nierozerwalnie wplecione w nasze codzienne życie, na globalną skalę. Zwłaszcza dla młodych ludzi, którzy dorastali mając cyfrową stronę rzeczywistości w zasięgu ręki. Skoro zaś porozumiewasz się ze światem za pomocą Internetu, dzięki kontaktom ze znajomymi na Facebooku i ludźmi których followujesz na Twitterze, to logiczne, że właśnie od tych internetowych zakątków rozpoczniesz misję zmieniania świata. Kliktywizm stał się przez to nieodłącznym elementem tradycyjnych form aktywności politycznej.

I znowu, gdyby wszyscy postowali jedynie obrazek z napisem „Je Suis Charlie" i na tym kończyli swą działalność, argumenty krytyków zyskałyby na wiarygodności. Ale dni po masakrze przyniosły liczne czuwania w hołdzie ofiarom ataku na Charlie Hebdo i demonstracje wyrażające zarówno poparcie dla redakcji gazety, jak i mające na celu obronę wolności słowa. Odbywały się one na całym świecie. W samej Francji na ulice wyszły ponad trzy miliony osób. Akcja „I Will Ride With You" okazała się sukcesem właśnie dlatego, że ludzie w tym trudnym okresie po ataku na kawiarnię naprawdę jeździli środkami transportu z czującymi się niepewnie muzułmanami i oferowali im miejsca w swoich samochodach. Kliktywizm to nie tylko uprawianie polityki z próżności. Nie jest to lajkowanie i udostępnianie różnych rzeczy w celu wyrobienia sobie osobistej marki na portalach społecznościowych. Wręcz przeciwnie - stanowi on niezwykle efektywne, zupełnie nowe narzędzie w świecie aktywizmu. Przede wszystkim dlatego, że uczestniczy się w nim w prosty i niewymagający dużego nakładu pracy sposób. A wiele głosów ma większą siłę oddziaływania, niż głos jednej osoby.

W obronie aktywizmu w social media stanął DeRay McKesson, jeden z organizatorów protestów przeciwko zastrzeleniu Michaela Browna przez policję w Ferguson. McKesson powiedział The Atlantic: „Gdyby nie media społecznościowe, stan Missouri przekonałby was, że my w ogóle nie istniejemy". Dodał też: „Demonstracje w Ferguson przebiegały w zgodzie z tradycyjną formą protestów obywatelskich. Różniły się jednak tym, że ruch rozpoczęły zupełnie zwyczajne osoby. Nie mieliśmy żadnego Martina, żadnego Malcolma, żadnego NAACP. [...] By zaprotestować zebrali się wspólnie ludzie, którzy niekoniecznie znali się nawzajem. Ale wiedzieli, że to, czego doświadczają, jest złe. [...] Uważam, że budujemy tu w walce taki rodzaj nowej, radykalnej społeczności, jaki nie pojawił się nigdy wcześniej".

Miliony kontaktów, które możesz nawiązać za pomocą portali społecznościowych, pozwalają na budowanie społeczności nie bazujących na położeniu geograficznym - takich, które definiowały ruchy protestacyjne na przestrzeni XX wieku. Należy zgodzić się z McKessonem. Ruch Praw Obywatelskich rozwijał się wokół postaci Martina Luthera Kinga. Malcolma X oraz NCAAP (Krajowego Stowarzyszenia Postępu Ludzi Kolorowych). Rozpoczął się od lokalnych problemów i wyrósł na zmaganiu się z nimi. W bieżącym stuleciu definiujące zjawisko protestu ruchy rozprzestrzeniają się ze znacznie większą prędkością. Granice między lokalnymi demonstracjami a ruchami globalnymi zanikają niemal dokładnie w tej chwili, kiedy rozpoczyna się dany protest. Akcja #BlackLivesMatter rozpoczęła się w konkretnym miejscu, w reakcji na uniewinnienie George'a Zimmermana za zabójstwo Trayvona Martina na Florydzie. Ale niezwykle szybko problem stał się uniwersalnym zagadnieniem, posiadającym ogromne znaczenie dla każdej osoby, która wierzy w równość i sprawiedliwość. Nie tylko dla tych bezpośrednio dotkniętych śmiercią Trayvona Martina, Michaela Browna, Johna Crawforda III czy Erica Garnera. A to było możliwe niemalże tylko i wyłącznie dzięki mediom społecznościowym. Nie mamy już do czynienia z odizolowanymi problemami czy przypadkami brutalnego postępowania policjantów. Kiedy wszystko to podłączy się pod jeden hastag, łatwo dostrzec, że jest to charakterystyczne dla całego państwa i zinstytucjonalizowane zjawisko. „Chcemy tworzyć struktury, które zapewnią ludziom wyzwolenie" - oświadcza McKesson. „Ponieważ wierzymy, że prawda jest w istocie tak oburzająca, że wystarczy przekazać ludziom wiadomości o tym co się dzieje i w moment ich poglądy zradykalizują się. Wierzymy w to mocno".

Krytycy utrzymują, że kliktywizm nigdy niczego nie zmieni. Że pojawianie się tych nowych ruchów nie przekłada się na realne zmiany społeczne. Robienie hałasu i wstrząsanie ludźmi jest w porządku, ale jaki to ma sens, jeśli nic się przez to nie zdarzy?

Co interesujące, dwa najważniejsze protesty polityczne w moim życiu (tradycyjnego typu) jak na razie nie zdołały wywrzeć szerszego wpływu na dyskurs polityczny. Pierwszym była demonstracja przeciwko wojnie w Iraku z 2003 roku. Był to największy protest polityczny, który zorganizowano w dziejach Wielkiej Brytanii i przebiegł całkowicie pokojowo. Ale nawet sprzeciw na tą skalę nie powstrzymał naszego państwa przed włączeniem się w wojnę. Potem, w 2010 roku, odbyły się demonstracje studenckie przeciwko planom podniesienia opłat za studia, które miał wdrożyć w życie rząd konserwatystów. Te nie przebiegły z kolei nazbyt pokojowo. Studenci przejęli siedzibę główną Partii Konserwatywnej w Millbank. Podczas protestów odbyło się kilka walnych bitew między młodzieżą a policją. Niemniej niewiele osób pojawiło się, by powiedzieć nam, że nie zmienimy niczego i nie powinniśmy się nawet wysilać. Mimo że protesty studenckie odbyły się już w epoce nowych mediów, za obiema tymi demonstracjami stały odgórnie zarządzane, oficjalne organizacje - takie jak Stop The War Coalition, NUS i tym podobne.

Metody aktywizmu naszego pokolenia zmieniły się, bo te stare nie zawsze dawały rezultaty. Jeśli już, to social media sprawiają, że łatwiej jest przeobrazić dyskurs polityczny. Zwyczajnie dlatego, że ich głos słychać obecnie o wiele lepiej. Są jak megafon, przez który krzyczymy cały dzień na ludzi u władzy.

Po części dzieje się tak dlatego, że przed Internetem wiadomości docierały do nas w ograniczonych dawka. Dostarczano nam ich o ustalonym czasie, w ustalonej formie - w gazetach, w TV i w radiowych skrótach. Teraz są zaś wszędzie i ciągle uzupełnia się je wraz z biegiem wydarzeń. Mamy też dostęp do szerokiego wachlarza perspektyw i opinii. Autentycznie demokratyzująca świat natura Internetu jako serwisu informacyjnego sprawia, że rządy boją się go. Bo zapewnia on ludziom wolność i pozwala im szukać osób o podobnych poglądach, pragnących wprowadzić w życie jakieś zmiany.

Nocą 21listopada 2013 roku zarejestrowano na Ukrainie nowe konto na Twitterze, pod nazwą Euromajdan. Złożono ją z członów Euro oraz Majdan. Ten drugi jest ukraińskim słowem oznaczającym Plac. A dokładniej, chodziło w tym przypadku o Majdan Nezałeżnosti - czyli Plac Niepodległości w centrum Kijowa. Tego właśnie dnia parę tysięcy demonstrantów weszło na ten plac, by zaprotestować przeciwko ciągłemu udziałowi Rosji w ukraińskiej polityce oraz korupcji swojego prezydenta i rządu. Prosili też o szerszą integrację Ukrainy z Unią Europejską. Protestujący zdecydowali, że najlepszym środkiem rozpowszechniania ich przekazu będą media społecznościowe. 24 listopada, zaledwie trzy dni później, na placu przebywało już więcej niż 50 tysięcy osób.

Twittera nie wykorzystano jednak wyłącznie do wezwania obywateli do działania, ale też do udokumentowania protestów. Media społecznościowe dają dostęp do wiadomości wszystkim. Nawet w państwach, w których panuje autorytarny reżim i ostra cenzura. To niezmiennie doprowadzało do pojawiania się głosów nawołujących do zmian. Ponieważ ludzie zaczęli być bardziej świadomi tego, co dzieje się dookoła ich.

Od Syrii do Egiptu, od Mołdawii do Libii - demonstranci z każdego regionu używali portali społecznościowych. Nie tylko po to, by zmobilizować masy do działania. Także po to, żeby powiadomić resztę świata o swoich staraniach. W social media kształtuje się alternatywna narracja, tworzona przez ludzi przebywających na miejscu, tam gdzie niełatwo nam zyskać dostęp.

Na początku grudnia liczba protestujących na kijowskim Placu Niepodległości sięgnęła pół miliona obywateli. Co warto odnotować - jak doniósł Kyiv Post, 92 procent zgromadzonych przybyło na Euromajdan jako jednostki. Nie należeli wcześniej do żadnej z istniejących grup politycznych. Stanowiło to całkowite przeciwieństwo demonstracji przeciwko wojnie w Iraku i protestów studenckich w Wielkiej Brytanii.

W 2010 roku Malcolm Gladwell podjął się krytyki kliktywizmu w artykule napisanym dla The New Yorker. Mówił w nim o „powierzchownych więziach" tworzących się w mediach społecznościowych. Argumentował, że by zdarzyła się rewolucja, potrzeba czegoś więcej niż słabe więzi tworzące się na Facebooku i Twitterze. Bo relacje pomiędzy internautami mogą bardzo łatwo ulec zatarciu. Twierdził, że nie będziesz martwił się o kogoś, kogo nie znasz dobrze. Że nie postawisz się w niebezpiecznej sytuacji dla swoich niby-przyjaciół z Facebooka.

Jednak 18 lutego 2014 roku ukraińskie oddziały prewencyjne podjęły próbę odbicia Placu Niepodległości z rąk protestujących. Otworzyły ogień, strzelając ostrą amunicją. Rzeź udokumentowały nie tylko klasyczne media. Na portalach społecznościowych można było oglądać i czytać relacje na żywo ze starć. A ruch nie rozpadł się w obliczu użycia przemocy przez władzę. Zamiast tego w przeciągu dwóch dni skorumpowany prezydent Ukrainy uciekł do Rosji, co oznaczało zwycięstwo demonstrantów. Zwycięstwo powierzchownych w ujęciu Malcolma Gladwella więzi.


Media społecznościowe zmieniły na zawsze świat aktywizmu. Mogą służyć do prostego okazania solidarności z innymi poprzez lajkowanie strony czy dzielenie się własnymi opiniami. Ale też do podjęcia bezpośrednich akcji skierowanych przeciwko zjawiskom, które uznajesz za złe, i dokumentowania ich w czasie rzeczywistym. Internet otworzył przed nami nową krainę informacji, którą możemy wykorzystać na własną rękę. Wykorzystać w celu zmienienia naszej planety.

Tagged:
Twitter
telewizja
generacja z
kliktywizm