Reklama

poznajcie ulubiony film wesa andersona

Reżyser nazwał go „zapomnianą, inspirującą perełką" — to właśnie ona natchnęła go, by nakręcić „Kochanków z Księżyca".

tekst Oliver Lunn
|
16 Maj 2017, 3:19pm

Pewnie nie widzieliście brytyjskiego filmu o dorastaniu, „Melody" z 1971 roku, ale za to widział go sam Wes Anderson. I go uwielbia. Nazwał go „zapomnianą, inspirującą perełką". Kocha go tak bardzo, że podobno nawet czerpał z niego inspirację tworząc „Kochanków z Księżyca: Moonrise Kingdom". Właśnie ten film pokazał dwójce młodych, debiutujących aktorów, wcielających się w główne role.

Gdy obejrzycie „Melody" (na podstawie scenariusza Alana Parkera i w reżyserii Warisa Husseina) od razu zauważycie, dlaczego opowieść o dorastającym chłopcu i pierwszej miłości oczarowała Andersona. Mimo braku symetrycznych ujęć, czcionki Futura, Billa Murraya od razu widać tu zalążek „Moonrise Kingdom".

Akcja rozgrywa się w Londynie w przeciągu jednego, długiego lata. Pozytywna historia z „Melody" pokazuje przyjaźń dwóch uczniów. Daniel jest wrażliwym blondynem, który wygląda jak nieszczęśliwie zakochany dzieciak z „To właśnie miłość". Ornshaw jest jego zawadiackim, potarganym przyjacielem, który wygląda jak młody Harry Styles naśladujący Micka Jaggera. Ich relacja zmienia się, gdy Daniel dostrzega tytułową Melody na lekcji tańca i zakochuje się po uszy. Daniel już nie chce chodzić z Ornshawem na filmy po lekcjach, ani wysadzać puszek z kolegami. Teraz chce tylko być z Melody. Jest zakochany. Chce z nią wziąć ślub, chociaż ma 11 lat.

Film (który nie odniósł sukcesu kasowego ani w Anglii, ani w Stanach, ale za to był wielkim hitem w Japonii) opowiada o szczenięcej miłości, tych niemożliwych do opisania uczuciach, które zmieniają cię na zawsze, gdy twoje serce aż podskakuje na widok tej jednej osoby ze szkoły. Kto nie pamięta tego uczucia, kiedy na szkolnym apelu dostrzegało się swój obiekt westchnień? Gdy się obraca i wasze spojrzenia na chwilę się spotykają? Daniel nie wie co robić, bo nigdy wcześniej tak się nie czuł. Stara się usiąść obok Melody na stołówce, ale mu nie wychodzi. Próbuje grać na skrzypcach w harmonii z jej melodią wygrywaną na flecie, gdy czekają przez klasą, ćwicząc „Frère Jacques". Jest ujmująco uparty — trzeba mu to przyznać — i wkrótce Melody się w nim zakochuje.

Tak jak Sam z filmu Andersona, Daniel wygląda, jakby mógł go porwać lekki podmuch wiatru. Ale tak jak on ma również wiele odwagi, której dodaje mu miłość, zupełnie jakby jego małe ciało mogło zrobić i znieść wszystko dla dziewczyny, którą kocha. Wlicza się w to lanie butem dyrektora za włóczenie się po cmentarzy z Melody, zamiast odrabiania pracy domowej. Nie wspominając już o poparzeniach słonecznych, których dostał na wspólnych wagarach nad morzem. Ciekawie ogląda się, jak ten mądry, dobrze wychowany 11-latek w zasadzie mówi sobie: „Pieprzyć to, rzucę się w ten wir razem z moją dziewczyną, a reszta świata mnie nie obchodzi!".

Miłość Daniela i Melody nie ma lekko. Wiedzą czego pragną: chcą być razem i wziąć ślub. Jednak tata Melody tego nie rozumie. Gdy wspomina jej jak bardzo przecież lubi szkołę, odpowiada mu: „Bardziej od geografii lubię spędzać czas z Danielem". I co ty na to, tato?

Akcja „Melody" rozgrywa się w Londynie (głownie w okolicach Lambeth i Hammersmith). Film jest czarującą opowieścią o dorastaniu, opartą na doświadczeniach scenarzysty Alana Parkera i producenta Davida Puttnama, którzy wychowali się w stolicy Anglii. Pokazuje, jak wyglądało życie podlotka na południu Londynu w tamtych czasach. Opowiada historię z perspektywy dzieciaków i idealnie oddaje bolączki pierwszej miłości bez przesładzania.

46 lat później film nadal ma uniwersalny wydźwięk. Dzieciaki wygłupiają się na cmentarzu, palą papierosy za szkołą, zostają przyłapane na podglądaniu dziewczyn na lekcjach tańca, z wysiłkiem powstrzymują śmiech na niesamowicie nudnej lekcji. Te rzeczy przytrafiały się nam wszystkim. Całość w latach 70. zdecydowanie osadzają charakterystyczne dla tej dekady bujne fryzury i piosenki ze smutnymi, a jednak podnoszącymi na duchu piosenkami takich wykonawców, jak Crosby, Stills, Nash and Young oraz „Melody Fair" The Bee Gees. Chociaż nie oszukujmy się: Wes Anderson na pewno też mógłby wprowadzić te elementy do współczesnego filmu. Uwielbia dodawać melancholijne piosenki z minionych dekad do swoich dzieł. To samo tyczy się fryzur z lat 70.

Przyznaję, że gdy zobaczyłem, że w filmie grają Oliver i Dodger z „Oliver!", byłem nastawiony sceptycznie. Myślałem, że pełno tam będzie przerysowanych, staroświeckich akcentów i tanich chwytów. A jednak dałem mu szansę i go obejrzałem. Skoro Wes Anderson coś w nim dostrzegł, to na pewno warto go obejrzeć, prawda? Gdy film się już skończył, pomyślałem, że Anderson miał całkowitą rację. „Zapomniana"? Tak. „Inspirująca"? Tak. „Perełka"? Zdecydowanie! Film ze skromnym budżetem 600 tys. dolarów (2,2 mln złotych) nie bez powodu zyskał miano kultowego. Zaufajcie Andersonowi i mi: to leciutka, filmowa perełka. Idealny film do obejrzenia razem z „Kochankami z Księżyca".

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Oliver Lunn