różowe riot girls z gniezna

„Zebrałyśmy koleżanki, siostry, kuzynki, niektóre dziewczyny Siksa ściągnęła specjalnie z Poznania, założyłyśmy najbardziej szalone kolorowe ciuchy i wyszłyśmy zrobić sobie sesję, chodząc po Ustroniu”

tekst Basia Czyżewska; zdjęcia: Tori Ferenc
|
19 Grudzień 2017, 9:25am

Tori pochodzi z Gniezna, ale od kilku lat mieszka w Londynie, za każdym razem, gdy wraca do rodzinnego miasta, przyciąga wzrok przechodniów — „czuję się inna, jakbym nie pasowała”. To nie jest nic nowego, podobne uczucie towarzyszy jej od dzieciństwa, odkąd dostała łatkę artystycznej dziwaczki — „Byłam przezywana, przez chłopaków i dziewczyny. W podstawówce właściwie nie miałam przyjaciół, ale to było dawno, więc spoko”, uśmiecha się.

„W Londynie nikogo nie obchodzi, jak się zachowujesz ani jak wyglądasz, a w Gnieźnie jest zupełnie odwrotnie, wszyscy mają zdanie i gadają. Pamiętam, jak w gimnazjum dziewczyny w klasie eksperymentowały z kosmetykami do makijażu. Nauczycielka przy całej klasie zaprowadziła je do łazienki i kazała zmyć make-up zimną wodą”. Niby chodzi tylko o wygląd fizyczny, ale wiadomo jak działa ten mechanizm, każda surowa ocena i drwina przenika głęboko, każe ustawić się w szeregu, poskromić ciekawość eksperymentowania, pokornie wejść w schemat.

„A później Siksa przeczytała mi cytat z Ewy Minge w tabloidzie, o tym, że kobiety w Polsce zamiast się wspierać, konkurują i ciągną w dół. Niby śmiechy, ale to mi dało do myślenia, poczułam, że chciałabym zrobić jakiś dziewczyński projekt”, wspomina.



Wystarczyły wakacje w Polsce i spotkania ze znajomymi m.in. Siksą, koleżanką Tori jeszcze z czasów gimnazjum i Mają Jagielską — gnieźnieńską animatorką kultury — scenariusz projektu zaczął się sam układać.


„Zebrałyśmy koleżanki, siostry, kuzynki, niektóre dziewczyny Alex ściągnęła specjalnie z Poznania, założyłyśmy najbardziej szalone kolorowe ciuchy i wyszłyśmy zrobić sobie sesję, chodząc po Ustroniu ( nazwa osiedla — przyp. red)”. Dziewczyny oczywiście wywołały sensację — „Ludzie gapili się, fotografowali nas telefonami z okien. To było fajne, razem miałyśmy energię i dobrze się bawiłyśmy”.



Gnieźnieński girl gang intuicyjnie postawił na róż „niby jest bardzo dziewczęcy, ale mu potraktowałyśmy go po chłopięcemu — jesteśmy chłopczycami, dziewuchami. Pojawił się też neofeministyczny fetysz — brokat. „Siksa uwielbia obsypywać się, mienić i emanować siksowatością, na przekór temu, o co wyraża w swoich performansach”.

Manifest połączył pokolenia — wśród 20- 30-letnich twarzy pojawia się też Pani Maria — „uwielbiam ją! Jest lokalną aktywistką, morsem, a niedawno odkryła tatuaże i zrobiła sobie pierwszy. Ma trzech synów, ale doskonale się z nami czuła. Jej udział w projekcie był oczywisty”.

Co później stało się ze zdjęciami? „Nic! Rozesłałyśmy sobie na Facebooku w naszej zamkniętej grupie. Zrobiliśmy ten projekt by pokazać ze warto się trzymać razem i robić wspólnie rzeczy, spotykać się, tworzyć i rozmawiać ze sobą, bo w tym tkwi sila dziewczyn”.

Tori Ferenc

Sprawdź też:

Tagged:
Features
Fotografia
Gniezno
siksa