​spotkanie na końcu internetu

Sasa Lubińska i Joasia Pawłowska opowiadają nam o swoim kulinarnym show, pierwszej wystawie łódzkiego Domu Mody Limanka, miłości do Grażynek, Sebixów, sztuki postinternetowej i sojowych parówek.

tekst Mateusz Góra
|
05 Maj 2017, 1:15pm

Jeśli ktoś, tak jak Joasia, przychodzi lekko spóźniony na wywiad i zaczyna od słów: „Dzień, dobry, trochę się spóźniłam, bo musiałam zjeść porcję brokatu. Właśnie przyjechałam spod islandzkiego wulkanu", to możesz być pewny, że to nie będzie nudna rozmowa. Z Sasą Lubińską i Joasią Pawłowską, tworzącymi razem Brokat Films, rozmawiamy o wystawie „Nowalijki", która odbędzie się w sobotę w Łodzi i będzie pierwszą wystawą kolektywu Dom Mody Limanka. To oficjalny początek ich wspólnej działalności, chociaż członków Limanki już znamy - z Tomaszem Armadą rozmawialiśmy o jego nowej kolekcji, Coco chodziła w pokazach Vetements, a Kacper Szalecki zrobił w zeszłym roku zamieszanie podczas Miesiąca Fotografii w Krakowie projektem „Olympia's Diary". Z kolei Sasa i Joasia właśnie skończyły pierwszy sezon kulinarnego show „Gotuj z Sasą", w którym oddają cześć wszystkim Grażynom internetu i swojej miłości do sojowych parówek z bułką.

Opowiedz mi mit założycielski Domu Mody Limanka.
Dom Mody Limanka wziął swoją nazwę od ulicy Limanowskiego, przy której mieszkał kiedyś Tomasz, ale to było jeszcze zanim wszyscy przeprowadziliśmy się do Łodzi. Nazwa została, bo jest świetna, ale my swoją wystawę zorganizujemy w nowym miejscu - to mieszkanie, które było kiedyś gabinetem ginekologicznym. Przypomina olbrzymi labirynt - ostatnio odkryliśmy na przykład pawlacz, w którym zmieści się kilka osób.

Jak wszyscy trafiliście do Łodzi?
Przeprowadziliśmy się do Łodzi, bo Kacper i Coco zaczęli tam studia, poza tym Kacper chciał zamieszkać ze swoim chłopakiem, Tomaszem. Coco i Kacper znają się od dzieciaka, jeszcze z Elbląga. My za to z Kacprem poznaliśmy się w knajpie gay friendly, gdzie przychodziłam z kumplami na piwo i kawę. Zrobiłam tam wystawę, żeby upiec trochę ciastek i się nawalić na wernisażu. Kacper przyjechał z Coco, bo byli zainteresowani, kim jestem. Miał 17 lat, błyszczące bindi i chińskie znaki na twarzy. Wyglądał co najmniej dziwnie, więc doszłam do wniosku, że razem z Coco muszą być super ciekawi albo super niefajni. Później był jakiś after, więc zaprosiłam ich do mnie. Ostatecznie wylądowali na noc u jednorazowego kochanka mojego przyjaciela i strasznie bali się tej nocy (śmiech). Następnego dnia zadzwonili, żebym przyszła się z nimi kąpać w jeziorze. No i tak zaczęła się nasza miłość. Okazało się, że Kacper, tak jak ja, mieszka w Gdańsku i rok później postanowiliśmy, że zamieszkamy razem.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

A jak powstała wasza pierwsza wspólna wystawa, „Nowalijki"?

Chyba muszę zacząć od naszych poprzednich wystaw, które zorganizowaliśmy z Kacprem jeszcze w Gdyni. Stwierdziliśmy, że skoro mieszkamy razem to musimy coś razem zrobić, więc z potrzeby serca zorganizowaliśmy wystawę. Ja wtedy byłam na piątym roku malarstwa na gdańskiej ASP, a on w czwartej klasie liceum plastycznego na metaloplastyce. Mieliśmy w mieszkaniu świetną przestrzeń - jasne, duże pomieszczenia. Sami gnieździliśmy się w malutkim pokoiku, a duży zamieniliśmy w pracownię - to był dom obrazów i form odlewniczych Kacpra. Pierwsza wystawa nazywała się „Punkt przecięcia", bo chcieliśmy pokazać, jak na siebie wzajemnie wpływamy. Stwierdziliśmy, że zrobimy z niej wydarzenie publiczne. Byliśmy przekonani, że nikt oprócz znajomych nie przyjdzie do naszego mieszkania. Koniec końców przyszło jednak 30 osób. Pierwsza wystawa Domu Mody Limanka też będzie publiczna - nie boimy się, niech ludzie wbijają!

Czyli to właściwie oficjalne rozpoczęcie działalności Domu Mody Limanka?
Właściwie tak, wystawimy się tam wszyscy. Tematem są nowalijki, młode warzywa, tak jak my, młodzi, wijemy się jak ziemniaczany pęd i wzrastamy w Łodzi. Ja wyciągam swój bluszcz ku słońcu, ku wielkiej karierze. To mieszkanie jest niesamowite, mamy mnóstwo gadżetów. Reszta niech pozostanie niespodzianką.

Joasia dołącza do rozmowy.

A jak powstał internetowy projekt Brokat Films i program „Gotuj z Sasą"?
Joasia: Skąd to się wzięło? Skąd zazwyczaj biorą się rzeczy - z miłości. Kiedy nie wiesz, do czego się odwołać, odwołaj się do kanonu, do „M jak Miłość". Dostałyśmy też przekaz międzyplanetarny, że brakuje czegoś takiego, istnieje nisza w programach kulinarnych. Nadal w ciemności ludzie objadają się parówkami sojowymi i cebulką.

Sasa: Jednym słowem zaczęło się tak, że robiłam jedzenie i Joasia przyszła z kamerą. Postanowiłyśmy uwiecznić to, że robię sobie parówkę z bułką.

Joasia: Okazało się, że powstał z tego program liczący 11 czy 12 odcinków. Z tego naturalnie zaczęły wyłaniać się poboczne projekty, zainwestowałyśmy w dom produkcyjny Brokat Films. Przy okazji tego projektu w Galerii Bardzo Białej w Warszawie na ulicy Wspólnej odbył się happening, podczas którego „karmiliśmy" ludzi Kacprem Szaleckim - to było fusion kuchni polskiej, japońskiej i brokatowej. Odwołujemy się do tego, co realnie istnieje wokół nas, wyłapując absurdy rzeczywistości, ale też samej sztuki współczesnej. Na tym też polegał właśnie ten happening - badałyśmy, ile są w stanie zaakceptować ludzie, jeśli coś zostanie nazwane sztuką.

Co was zainspirowało do stworzenia „Gotuj z Sasą"?
Joasia: Opieramy się na koncepcji kampowego przegięcia postinternetowego. Jesteśmy maksymalnie zainteresowane wpychaniem brzydkiego jedzenia do internetu.

Sasa: Zostałyśmy fankami grupy „Coś z niczego, ale smaczne i na naszą kieszeń", w której pojawiają się zdjęcia białego chleba posmarowanego pasztetową na starym talerzyku i ceracie. Grażyny wrzucają tam opisy: „Kochani, zrobiłam mężowi śniadanko", a ludzie komentują „smakucha" - to chyba teraz moje ulubione słowo. To nie jest ironiczne, nie chcemy śmiać się z Grażynek. Te zdjęcia to w moim odczuciu rodzaj amatorskiej pornografii, ludzie pokazują tam prawdziwych siebie.

Joasia: Przenikanie się takiej bardzo pornograficznej dosłowności z jedzeniem jest bardzo fascynujące. Wszystko odbywa się w atmosferze spazmów i chichotów, ale kontekst tego, co się dzieje w naszej twórczości jest zupełnie serio pod względem czasu i energii, które poświęcamy. Cały czas zachowujemy świadomość, w jakiej rzeczywistości jesteśmy osadzone.

Czy w waszych projektach widać wpływy innych mieszkańców Domu Mody Limanka? Kacper czy Tomasz robią to samo - wyciągają absurdy z rzeczywistości i starają się je twórczo przetworzyć.
Sasa: Zastanawiam się, czy nasze działania można logicznie połączyć. Cały czas obracamy się wokół podobnych tematów. Nie rozróżniamy tego, co robimy na serio od tego, co jest zabawą. Nie istnieje dla nas taki podział. To wszystko jest bardzo instynktowne.

Joasia: Nasz projekt powstał w odniesieniu do pewnej konwencji, jaka pojawiła się w internecie wraz z falą couchingu i programów lajfstajlowych. To zaczęło wpływać na ludzi - mijasz ich na ulicy i mówią, jak postaci z internetu. Dlatego stworzyłam Joasię, która stała się obrzydliwą wersją trenerki.

Co jest dla was najważniejsze w tworzeniu Brokat Films?
Sasa: Jestem szczęśliwa, że robimy coś, w czym nie musimy się określać - to absolutnie apolityczne, bez kontekstu. Nie naśmiewamy się z grup społecznych i opcji politycznych. Przy okazji realizujemy się w tym artystycznie. Joasiu, czy czujesz się spełniona?

Joasia: Oczywiście, czuję się zupełnie spełniona. Wstaję rano i myślę: „spełnienie, to właśnie to" (śmiech).

Sasa: Staramy się docierać do końca internetu i to jest twórcze. Brokat Films było moim aneksem do dyplomu malarskiego. W pewnym momencie pojawiła się tendencja do patrzenia z góry na Sebixy i Grażyny. To było silne odcięcie się, ale my czujemy się Grażynkami, absolutnie nie czujemy się lepsze od tych ludzi. Widzimy w nich siebie i dlatego się śmiejemy.

Co dalej z tym projektem?
Sasa: Do tej pory kompletnie nie wiemy, co z tym zrobić. Wrzucamy kolejne odcinki na różne grupy na Facebooku. Zazwyczaj ludzie w ogóle nie reagują, ale czasem pojawi się komentarz, na przykład na grupie związanej z paznokciami: „jesteście głupie!!!", ale takie hejty przyjmujemy z otwartymi ramionami, cieszą nas.

Joasia: To przebiegało w atmosferze wzajemnej radości, przyjaźni, czerpania z tego przyjemności. Ja miałam poczucie, że robimy to dla znajomych, nie zdając sobie sprawy, że to będzie miało kontynuację.

Czyli nie traktujecie Brokat Films jako próby wprowadzenia sztuki postinternetowej na polski grunt?
Sasa: Lubię sobie wmawiać, że to będzie miało jakiś oddźwięk, ale nie jestem przekonana. Nie jest to popularna opcja robienia sztuki. Cały czas jednak liczę, że powstanie z tego jakieś większe zamieszanie. Dopiero nasze pokolenie dojrzało, żeby stać się realnymi odbiorcami takiej sztuki. Do kultury internetu nie podchodzimy już jak do gościa zamkniętego w garażu, którego wszyscy podejrzewają o nieustanną masturbację przed komputerem. Teraz wychodzisz na ulicę i spotykasz ludzi, którzy kochają glitch.

Dlatego w finale „Gotuj z Sasą" przechodzicie zupełnie do świata internetu, tworząc odcinek w Simsach?
Sasa: Tak, postanowiłyśmy zakończyć cykl „Gotuj z Sasą" przejściem całkowicie do świata internetowego. Joasia była już na Islandii, więc nagrałyśmy dialogi przez telefon, a potem podłożyliśmy pod postaci w Simsach.

A czy potraficie wskazać, co jest wspólnym mianownikiem dla Domu Mody Limanka?
Sasa: Chyba wszyscy szukamy przygód. Ja pojechałam do Łodzi za tymi ludźmi, bo ich po prostu kocham. Po co mam przenosić się do Warszawy, gdzie mam możliwości i perspektywy, jeśli będę mieszkała z kimś obcym? To nie jest mój klimat. Uwielbiam ich, robię z nimi rzeczy. Jeśli pojadą do Piździszewa Dolnego, to pojadę tam z nimi. Tam by się dopiero działo.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Mateusz Góra
Zdjęcie: Sasa Lubińska

Tagged:
coco
Kultura
kacper szalecki
dom mody limanka
joasia pawłowska
sasa lubińska
tomasz armada