pictorial candi: osoba, która robi różne rzeczy

Rozmawiamy z argentyńską piosenkarką i malarką mieszkającą w Polsce przed jej dzisiejszym występem w Warszawie.

tekst Dorota Groyecka
|
02 Marzec 2017, 1:00pm

Pictorial Candi to pseudonim argentyńskiej artystki Candelarii Saenz Valiente. Do Polski przyjechała 12 lat temu ze swoim mężem, Marcinem Maseckim, którego poznała podczas studiów w Berklee College of Music. Pisała powieści, kręciła filmy, śpiewała w zespole Paristetris, a w ostatnich latach wydała trzy solowe albumy. Porusza się w estetyce lo-fi i miewa szalone pomysły - jak zapakowanie płyty w butelkę. Okładka ostatniego krążka, wypuszczonego przez warszawską wytwórnię Lado ABC oraz berlińskie Mansions and Millions, przybrała postać gifa - srebrnego, błyszczącego płynu, przywodzącego na myśl najntisowe klimaty.

Podczas spotkania Candi głośno wcina żelki, głaszcze psa sąsiadów, którym się opiekuje i krzyczy do zagajającego nas przechodnia zabawną polszczyzną.

Twoja ostatnia płyta „Forever Till You Die" ma nostalgiczny klimat. Wokół jakiego pomysłu, emocji ją zbudowałaś?
Wokół poczucia wiecznej nastoletniości. Mam wrażenie, że za bardzo nie wydoroślałam od momentu, kiedy skończyłam 12 lat. W pewnych kwestiach na pewno dojrzałam, ale rdzeń pozostał ten sam. Chciałam wydobyć przeróżne stany i uczucia typowe dla tego okresu, jak na przykład przejmowanie się małymi rzeczami, a z drugiej strony branie lekko tragicznych wydarzeń. Teksty mówią o o byciu „nieodpowiednim", o wielkich zauroczeniach, ale również o śmierci, w tym o moim ojcu.

Nie czujesz, że na przykład macierzyństwo cię zmieniło?
Nie, w ogóle. Może niektóre kobiety coś takiego odczuwają, bo wcześniej nie były tak naprawdę sobą. Moja osobowość została określona w bardzo wczesnym wieku i jest mocno zintegrowana. Chyba nigdy się nie zmienię. Co niekoniecznie musi być dobre.

Czy tytuł piosenki „Rhoda" wzięłaś z amerykańskiego serialu z lat 70.?
Nie, nie wiedziałam nawet, że była taka produkcja. Tytuł zaczerpnęłam z filmu „Ostatnie lato" Eleanor i Franka Perrych z 1969 roku. Jest w nim pewna przegrana postać - Rhoda, którą bardzo polubiłam. Ale sama historia dorastania i osadzenie akcji w basenie było inspirowane opowiadaniem „Forever Overhead" Davida Fostera Wallace'a, jednego z moich ulubionych pisarzy.

Swoją pierwszą książkę napisałaś w bardzo młodym wieku. Opowiesz krótko o czym jest i czy wciąż lubisz to, co stworzyłaś?
To powieść o fizyku i filozofie, który właśnie skończył studia i cierpi na przepracowanie, majaczy. Na cmentarzu spotyka starszą panią, która myśli, że chłopak jest jej dawno nie widzianym wnukiem i przekazuje mu wielki spadek. Ten, przez swój stan, przyjmuje go, choć jego morale są wysokie. To filozoficzna komedia, słodka rzecz, coś co bardzo chciałam wtedy napisać i cieszę się, że to zrobiłam. Czuć w niej 24-latkę, ale to moje dziecko - nie zmieniasz swojego dziecka. To był rok ciężkiej pracy, życia co dzień w innej rzeczywistości. Byłam wtedy bardzo szczęśliwa i kiedy skończyłam, poczułam się jakby ktoś w rodzinie umarł.

Tak samo się czujesz, kiedy tworzysz muzykę?
Inaczej. Znasz to uczucie, kiedy czytasz bardzo wciągającą, intensywną powieść i twoje życie jest w zawieszeniu, masz wrażenie jakbyś oglądała niekończący się film? Kiedy piszesz, odbierasz to jeszcze mocniej, a postaci jakby same wychodzą spod pióra. Odlot. Z muzyką jest inaczej, bo choć cały proces nagrywania trochę trwa, utwory są krótkie i wszystko jest bardziej abstrakcyjne. To inne zwierzę. Wyrażasz za jego pomocą własne życie, a nie stwarzasz nowego.

Czujesz się dziś bardziej muzykiem niż pisarką?
Lata temu zajmowałam sobie tym pytaniem głowę - „kim jestem"? A dziś wiem, że jestem po prostu osobą, która robi różne rzeczy, definicja nie ma znaczenia. Wciąż tworzę krótkie formy, głównie po hiszpańsku. Napisałam ostatnio parę wierszy, co jest dziwne, bo poza kilkoma wyjątkami nigdy nie lubiłam poezji, zawsze wolałam prozę. Miałam podobne odczucia, jakie musiały towarzyszyć Gombrowiczowi - wyraził je w „Przeciw poetom".

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Jaka jesteś na scenie - skupiona, czy pozwalasz sobie odpłynąć, wejść w trans?
Wchodzę w trans, ale dzięki wielkiemu skupieniu. Nigdy nie pozwalam sobie na dekoncentrację na scenie, bo wiem, że jestem osobą, która w życiu łatwo się rozprasza.

No właśnie - zajmowałaś się tyloma różnymi projektami. Wynalazłaś instrument!
Wpadłam na ten pomysł w typowym polskim domku letniskowym nad jeziorem. W środku były popsute żarówki, które ze zmienną częstotliwości wydawały dźwięk: rrr...rrr. Najpiękniejszy odgłos na świecie, bardzo chciałam go później odtworzyć. Skontaktowałam się z kolegą, Tomkiem Ebertem, który wytwarza różne rzeczy. Nauczył się w dwa dni budowy obwodu elektrycznego i stworzył prototyp. Geniusz! Potem występowałam z naszym instrumentem na żywo, m.in. podczas zamknięcia MSN-u. Jest bardzo głośny, niemalże rozrywa wnętrzności.

Wiele kobiet w branży muzycznej skarży się na nierówne traktowanie ze względu na płeć. Ale w Polsce, w bardziej niszowych kręgach słyszałam, że nie ma tego problemu.
No właśnie, ja działam poza mainstreamem i jeśli chodzi o muzykę - nie doświadczyłam tego, choć jestem świadoma „smrodku" w warszawskim środowisku muzycznym. Natomiast dotknęło mnie to zjawisko bezpośrednio w branży filmowej. Zrobiliśmy z Marcinem muzykę do filmu, podczas premiery którego wydarzyło się coś porażającego. Obraz miał dwóch producentów - kobietę i mężczyznę. Jego przedstawiono jako właściwego producenta, a ją jako „producentkę uśmiechów". A to ona była twardą, ciężko pracującą babką, dzięki której projekt się udał! Widziałam, że była bardzo wkurzona. Potem, podczas dyskusji, mimo że ja siedziałam na scenie, a Marcin na widowni z naszą córką, to do niego kierowano wszystkie pytania. To było przedziwne.

W czasie występów wydajesz się bardzo pewna siebie i świadoma swojego ciała. Co w nim lubisz najbardziej?
Jestem zadowolona ze swojej pupy i piersi, dobrze się dzięki nim bawiłam (śmiech). Lubię zmysłowość i nie mam problemu z „uprzedmiotowieniem", dopóki nie wyrywa się spod kontroli i nie staje się głównym parametrem w społeczeństwie. Wówczas robi się to niesmaczne - przykładem może być choćby argentyńskie wydanie magazynu „Party", na okładce którego zawsze musi pojawić się tyłek jakiejś gwiazdy. Przez media w Argentynie przewija się tyle tyłków, że w zasadzie pokazywanie ich mija się z celem. Te ładne, nagie laski po prostu przestają być atrakcyjne, nawet głupkowaci macho tracą zainteresowanie. Coś w tym jest, że porno jest zabronione i niebezpieczne - przez to jest bardziej ekscytujące.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Dorota Groyecka
Zdjęcia: Kuba Dąbrowski
Makijaż: Paulinka Puchalska

Tagged:
Wywiady
pictorial candi
dorota groyecka