witajcie w olbrzymim, pluszowym zoo

Rozmawiamy z Izą Rutkowską, której projekty mają jeden cel: sprawić nam „dziką radość”.

tekst Mateusz Góra
|
19 Maj 2016, 3:20pm

Kojarzysz pewnie ogromnego pluszowego miśka, który wędrował po różnych miastach albo ludzi przebranych za żywopłot, zaczepiających przechodniów na ulicy. Za wszystkie te projekty, mające budzić w nas śmiech i zmusić przy okazji, żebyśmy zastanowili się nad tym, w jaki sposób traktujemy siebie nawazjem, odpowiada Iza Rutkowska. Ostatnio zajmuje się gigantycznym kwiatem w Łazienkach i organizuje wyjazd dla dzieci z ogromnym jeżem (do którego możesz się dorzucić). Przenosimy się na chwilę do świata jej gigantycznych przytulanek, żeby zrozumieć, jakie przesłanie za nim stoi.

Podobno dzieci śmieją się kilkadziesiąt razy częściej w ciągu dnia niż dorośli. Coś czuję, że z tobą jest podobnie…
Tak (śmiech), zdecydowanie znajduję się w takim razie po stronie dzieci.

W twoich projektach najczęściej chodzi o rozśmieszanie ludzi, zrobienie czegoś lekkiego w odbiorze. Jak nie wpaść w takiej sytuacji w banał?
Nie do końca chodzi tylko o rozśmieszanie. Zaczęłam robić rzeczy z pozoru łatwe i lekkie w odbiorze, bo pracuję dużo z przypadkowymi ludźmi na ulicy. Nie chcę, żeby bali się tych obiektów. One są dla mnie tylko pretekstem do integracji i dalszej pracy. Ludzie często boją się swojej niewiedzy w kontakcie ze sztuką. Staram się rozbierać ich potrzeby na czynniki pierwsze i robić obiekty uniwersalne w odbiorze odwołujące się do tych potrzeb. Celowo unikam odwołań do religii czy ideologii, które są raczej zapalnikami sytuacji konfliktowych niż pretekstem do integracji. Zależy mi, żeby ludzie odbierali je sercem, nie rozumem.

I jakie są reakcje ludzi?
Reakcje są za każdym razem inne. Wszystko zależy od kontekstu i miejsca. „Przytulanka" powstała jako przeciwwaga dla olbrzymiej liczbę pomników, które istnieją w przestrzeni publicznej. Miś pojawiał się w przypadkowych miejscach i wywoływał spontaniczne reakcje. One najlepiej pokazują poziom otwartości przechodniów. Dla mnie bardzo interesujące było to, że w zależności od miejsca, w którym się pojawiała Przytulanka, zmieniało się jej znaczenie. Kiedy miś usiadł pod Tęczą na Placu Zbawiciela, dostałam maila, że to jest „pedomiś" i jeśli nie pojawi się jakaś pani miś, to zostanie spalony, jak tęcza. Alegeneralnie on mobilizował ludzi do zabawy przestrzenią.

Czyli znaleźli się hejterzy misia?
Poza pojedynczymi sytuacjami raczej nie. Przytulanka była odbierana dobrze. Niektórzy chcieli ją na przykład grupowo przenieść, często ktoś się do niej przytulał. W Austrii pan w garniturze wyszedł z biura i bał się do niego podejść, jakby uznał, że mu nie wypada - zabawki są przecież dla dzieci. Przechodząc obok musnął jednak misia delikatnie, żeby chociaż przekonać się, z czego jest zrobiony. Uwielbiam przyglądać się takim sytuacjom.

Czyli miś podbija już świat?
Byłam z Przytulanką w wielu krajach Europy. Ostatnio odezwali się do mnie artyści zaangażowani w rewitalizacje przestrzenie Kabulu i pracę z ludźmi. Bardzo chcieliby sprawdzić reakcje na moją Przytulankę, otwartość i zaufanie ludzi do siebie. Zastanawiam się, co ona może dać ludziom z zupełnie innej kultury, pełnej powojennych traum. I organizuję ten wyjazd.

Realizujesz też projekty bardzo lokalne. Takim był chyba jeż, prawda?
Tak, w przypadku jeża skupiłam się na działaniu z konkretną grupą. Powstał jako część projektu „Wrocław - wejście od podwórza" w ramach Europejskiej Stolicy Kultury we Wrocławiu. Miałam zintegrować mieszkańców jednego z podwórek z murem pośrodku. Zaczęłam od tego, że pukałam do mieszkańców i informowałam ich o planowanych działaniach. Byli nieufni, nazywali mnie „pańcią z Warszawy", ale z czasem jak poczuli, że moje intencje są szczere, zaczęło się robić fajnie.

Otworzyli się?
Dzieciaki nie wierzyły na początku, że ten jeż będzie tam dłużej. To dużo pracy - na początku ludzie są nieufni, ale jak z nimi rozmawiasz, odkrywasz ich problemy. Nie uleczysz całego świata, ale jeśli słuchasz tych ludzi, to możesz jakoś zareagować na ich potrzeby. Nie można się pojawić i oczekiwać, że wszyscy porzucą codzienne obowiązki i przyjdą bawić się jeżem. On jest jedną z opcji dla nich, pretekstem do budowania relacji. I to jest proces, który trwa.

W którymś momencie musiałaś skończyć projekt i wyjechać, nie miałaś poczucia, że w rzeczywistości nie byłaś w stanie im pomóc?
Wiadomo, tam jest dużo problemów. Z drugiej strony ci ludzie są wolni, dużo możesz się od nich nauczyć, jeśli nie myślisz stereotypami. Jasno komunikowaliśmy od początku, że jesteśmy tam tylko przez miesiąc, potem znikniemy. Mimo tego jesteśmy dalej w kontakcie. Padł pomysł, żebyśmy pojechali na wakacje razem z jeżem i dzieciakami. Chociaż projekt oficjalnie się skończył, jeż żyje dalej i właśnie zbieramy środki, żeby pojechać razem z nim na wakacje do Ośrodka Rehabilitacji Jerzy w Kłodzku. W czasie ich trwania dzieciaki nauczą się opiekować prawdziwymi jeżami, przygotują zabawy dla dzieci z Kłodzka, nagramy też film, którypokaże, czym jeż jest dla nich.

Miś, wąż, zaraz chciałbym zapytać o węża, ale nie daje mi spokoju, czemu prawie zawsze twoje projekty to zwierzęta…
To chyba wynika z tego, że wychowywałam się w wiosce blisko lasu. Lubię życie w mieście, ale noszę w sobie tęsknotę za przyrodą z dzieciństwa.

jeż.jpg

No dobrze, wróćmy do węża. Podobno nie możesz znaleźć dla niego miejsca?
Miejsce znalazłam, tykourzędnicy wykręcają się wszystkimi przepisami z możliwych, nawet najbardziej absurdalnymi, żebym tylko nie robić sobie problemów, które mogą spowodować niektóre z moich instalacji. Mam problem z wpisaniem się w normy i standardy, bo moje instalacje trochę poza nie wykraczają. Każdy może przecież wyjść na spacer z misiem po mieście, a to czy miś waży 2 czy 200 kg nikomu nie powinno robić różnicy. Myśląc tak oczywiście wyprowadziłam 7-metrową przytulankę na ulice...Musiałam sprawdzić, jak działa w przestrzeni. Jak się pojawiła i ludzie zaczęli na niego reagować euforycznie instytucje, które wcześniej mówiły, że nie zamierzają wspierać tego typu dziwactw, nagle chciały go wykorzystać w swoich projektach, ale odmawiałam, miały swoją szansę. Ludzie zrozumieli, jak to działa i przyjęli to entuzjastycznie. Dzięki temu jestem zapraszana do realizacji kolejnych projektów. 

Z wężem jest o tyle trudno, że wchodzi w strukturę budynku, bardzo konkretnego budynku. Gdyby to było możliwe na pewno umieściłabym go tam już na nielegalu, ale niestety jest to budynek trudny do zdobycia.

Muszę o to zapytać - gdzie trzymasz swoje projekty? Raczej trudno upchnąć je za szafą.
Część trzymam u swoich rodziców, którzy się już strasznie denerwują. Misia ulokowałam u swojej przyjaciółki. Musiała wyjechać z garażu samochodem, żeby miś mógł leżeć w środku. Jak zaczęła się zima, musiała go eksmitować, żeby jej samochód nie zamarzł. Część instalacji jest przekazywana. Mobilny pałac kultury trafił na przykład do knajpki niedaleko mojego domu. Kiedy jadę rowerem, za każdym razem go widzę. Pozostałe rzeczy trzymam na balkonie albo w mieszkaniu.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Pewnie część artystów i krytyków nie traktuje do końca poważnie twojej programowo niekrytycznej sztuki…
Albo krytycy sztuki mnie lekceważą, albo nie wiedzą o moim istnieniu, w każdym razie mnie nie „krytykują" (śmiech). Ja dobrze wiem, po co te projekty robię. I skupiam się właśnie na działaniu, nie zależy mi, żeby funkcjonować bardzo w środowiskowym obiegu. Z drugiej strony miś był ostatnio w Zachęcie, dałam go tam, bo podobały mi się koncepcja wystawy, której miał stać się częścią. Moje obiekty jednak nie funkcjonują dobrze w galerii. One muszą wchodzić w interakcje z ludźmi i z przestrzenią. Zaczęłam dokumentować działania i sama dokumentacja może fajnie działać w galerii, ale nie te obiekty.

Swoimi projektami przenosisz ludzi do surrealistycznego świata, a oni naturalnie się na to zgadzają. Pamiętasz, jaka reakcja ludzi najbardziej cię zaskoczyła?
Podczas Grzybobrania w Parku Kultury w Powsinie mieszali się hipsterzy z moherami i rozmawiali o tym, które grzyby są jadalne, a które nie.

Pod Koloseum w Rzymie turyści chcieli przechwycić Przytulankę i wnieść ją do środka. W wielkiej kolejce podawali go sobie z rąk do rąk, aż strażnicy musieli ich powstrzymać.

To wizja prawie, jak z „Wielkiego piękna" Sorrentino, z tą różnicą, że tam był słoń…
Dokładnie, myślę, że Sorrentino akurat wtedy przejeżdżał, widział to i ukradł mi pomysł (śmiech).

miś2.jpg

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Mateusz Góra
Zdjęcia dzięki uprzejmości Izy Rutkowskiej

Tagged:
Kultura
iza rutkowska