Yulia jedzie na Ukrainę

​Yulia Krivich ma 26 lat i w zeszłym roku zgarnęła nagrodę za najlepszą pracę dyplomową warszawskiej ASP. Nagrodą była wystawa, którą w przyszłym tygodniu będziemy mogli oglądać w Salonie Akademii.

|
18 grudnia 2014, 11:30am

Yulia Krivich ma 26 lat i w zeszłym roku zgarnęła nagrodę za najlepszą pracę dyplomową warszawskiej ASP. Nagrodą była wystawa, którą od dziś będziemy mogli oglądać w Salonie Akademii. To ponad 70 zdjęć zrobionych w ciągu ostatnich dwóch lat na rodzimej Ukrainie. Znajomi, nieznajomi, miasto, rzeka, morze i historia w tle…

Na zeszłorocznym dyplomie pokazałaś swój kraj, to był projekt o twojej tożsamości.
Bo w moich żyłach płynie ukraińska, polska, tatarska, rosyjska i białoruska krew… doceniłam to, gdy wyjechałam. Swoją pracą dyplomową postawiłam pytanie: czy tożsamość jest czymś narzuconym? Gdy patrzymy na młodych ludzi w Warszawie czy Nowym Jorku, to oni są tacy sami, słuchają tej samej muzyki, kupują takie same ubrania. Te grupy pokoleniowe są prawdziwsze.

Jak znalazłaś się w Warszawie?
Skończyłam architekturę na Ukrainie, ale czułam, że to nie to. Zawsze chciałam studiować sztukę i wyjechać z kraju. Polska była w zasięgu, bo moja babcia pochodziła z Warszawy. Ale cały czas szukam siebie.

Na wielu zdjęciach, które pokażesz na wystawie, wydaje się, że wojny nie ma.
Nie chciałam mówić wprost o sprawach, które są oczywiste. Mam świadomość, że w moim kraju trwa wojna, Dniepropietrowsk, z którego pochodzę, znajduje się 200 km od Doniecka. Cały czas żyję w napięciu, np. każdy telefon od mojej mamy może przynieść złą wiadomość. To coś zawsze wisi w powietrzu.

Ludzie, żeby nie oszaleć, starają się żyć swoim życiem, zaklinać rzeczywistość...
Tak. Inaczej się nie da, moi znajomi próbują utrzymać normalność, chodzą na imprezy, ale to jest schizofrenia, bo na końcu wszystkie rozmowy i tak schodzą na jeden temat.

Kiedy ostatnio byłaś w domu?
Przez ostatni rok odwiedziłam Ukrainę z trzy razy. Zauważyłam pewien zbieg okoliczności: zawsze jadę tuż przed jakimś przełomowym momentem. Tak było z protestem na Majdanie w listopadzie czy aneksją Krymu w marcu. Ostatni raz byłam w lipcu, wtedy zestrzelono samolot... Czasami myślę przesądnie, że moje wyjazdy kształtują historię, że nie powinnam tam przyjeżdżać. Wiążę to z dręczącym mnie niepokojem. Refleksją nad tym stała się ta wystawa.

Co się zmieniło w twoich obserwacjach na przestrzeni roku?
Gdy byłam u siebie w styczniu, w mieście panowały zróżnicowane nastroje. Przeprowadziłam eksperyment: jeżdżąc autobusem, puszczałam z iPhone'a melodię ukraińskiego hymnu i obserwowałam ludzi. Oni się mnie bali. Nikt nie siadał obok mnie. Ale gdy wróciłam pod koniec marca, nagle jakby się obudzili. Miasto stało się megapatriotyczne. Zburzono pomnik Lenina, na ulicach pojawiły się kolory żółty i niebieski.

Kogo pokazujesz na zdjęciach?
Przede wszystkim są to ludzie w moim wieku, z mojego pokolenia. Czasami wchodzę w dokument, przedstawiam np. ultrasów [aktywnych kibiców piłkarskich - red.], którzy walczyli pośród innych grup społecznych na Majdanie. Nie chciałam pokazywać ich twarzy, zależało mi na symbolu - anonimowym człowieku Majdanu. Tak się składa, że mój bohater jest prawdziwym celebrytą. Jego zdjęcie na barykadzie obiegło świat. Ale czasami odchodzę od dokumentu. Lubię pracować z modelami, ustawiać ich, ubierać - kontrolować zdjęcie. I choć do tych zdjęć najczęściej zapraszam koleżanki, zawsze jest to opowieść o mnie samej.

Jakie masz plany, nad czym teraz pracujesz?
Chciałabym wydać album fotograficzny, marzy mi się zorganizowanie wystawy Ukraińskiej Alternatywy Fotograficznej.

A co ci mówi przeczucie?
Że żyjemy w bardzo ciekawych czasach. Nie chcę nikogo straszyć, ale wydaje mi, że teraz kształtuje się nowy porządek rzeczy na świecie.

Wystawę Przeczucie można oglądać od 19 grudnia do 11 stycznia w warszawskiej galerii Salon Akademii.

Kredyty


Tekst: Basia Czyżewska
Zdjęcia: Yulia Krivich