Jaka piękna kakofonia

​Anna Zaradny grała punka, dyrygowała chórem, jako jedna z pierwszych artystek wprowadziła do polskiej sztuki eksperymenty muzyczne. Jej artystyczna droga wiedzie od Akademii Muzycznej, przez nowatorskie pomysły w salach muzycznych oraz na scenach...

tekst i-D Team
|
21 Styczeń 2015, 3:45pm

Jaka piękna kakofonia
Anna Zaradny grała punka, dyrygowała chórem, jako jedna z pierwszych artystek wprowadziła do polskiej sztuki eksperymenty muzyczne. Jej artystyczna droga wiedzie od Akademii Muzycznej, przez nowatorskie pomysły w salach muzycznych oraz na scenach teatralnych, po organizację festiwalu Musica Genera Festival i nominację do nagrody Spojrzenia. Do 28 lutego jej audiowizualną wystawę Rekonstrukcja prezentuje warszawska Galeria Starter.

Rekonstrukcja - taki tytuł wystawy sugeruje, że do czegoś powracasz, coś robisz na nowo. O co chodzi?
Na wystawie pojawia się pięć prac, które powstały na przełomie kilku lat. Dziś je odtwarzam, stwarzam na nowo. To zarówno rekonstrukcja i reinterpretacja prac, jak i zderzenie ich w jednej nowej sytuacji, przestrzeni. Nigdy nie były pokazywane razem, a wiele je łączy: począwszy od dźwiękowego mechanizmu, który jest wykorzystywany do ich konstrukcji i - zestawiany z innymi elementami - podlega nieustannej dekonstrukcji i ewolucji. Swoisty eksperyment konceptualno-techniczno-formalny.

Mechanizm? Czym on jest?
Pretekstem jest materiał, jakim posługuję się w niektórych pracach - dość prosty mechanizm dźwiękowy, pozytywka znana z kartek okolicznościowych. Mechanizm wycinam z pierwotnej papierowej materii. Obdarte z tej kiczowatej formy i ograniczone dotąd urządzenie staje się pięknym, minimalistycznym obiektem: lutowane kabelki, bateria, głośniczek, biel. W procesie twórczym nadaję mu nowy wymiar estetyczny, kontekst teoretyczny i dźwiękowy.

Skąd ta fascynacja kartkami grającymi? Powrót do dzieciństwa?
Oczywiście kojarzą się one z tym okresem, z latami 90., ale nie jest to powrót do dzieciństwa, nie mam jakichś wielkich sentymentów do dźwięku pozytywki. Te kartki to relikt, coraz rzadziej możemy takie spotkać. Ideą było nadanie ukrytemu przedmiotowi nowych znaczeń. To piękny obiekt, chciałam upgreatować prymitywny mechanizm. Uwidocznić, uzmysłowić jego walory, nadać mu wartość, kontekst - nowe życie.

A co z samymi papierowymi kartkami? One cię nie obchodzą?
Mam całe archiwum tych kart, nie wyrzucam ich, ale i nie używam w akcie twórczym. Choć to duża kolekcja, celem jest tylko mechanizm grający. Praca z tym obiektem to rodzaj zdystansowania do powagi dźwięku, jego jakości i złożoności kompozycyjnych. Pozytywka redukuje możliwości muzyczne do minimum, to rachityczny skompresowany dźwięk. Bawię się tymi zegarmistrzowskimi mechanizmami, zaczynam modelować dźwięki. Ustawiam oporniki zwalniające tempo melodii czy obniżające ton, moduluję je, tworząc nowe figury muzyczne.

Już wcześniej tworzyłaś kompozycje z tych delikatnych mechanizmów.
Pierwszą pracę, używając pozytywek, skonstruowałam w 2008 roku. Harmony of Happiness (Never Reached) tworzyła w notatniku rodzaj harmonii - każda strona otwierała nową melodię. Uruchomione jednocześnie stawały się abstrakcyjną atonalną kompozycją. W Harmony of Happiness (Never Reached) wykorzystałam osiem różnych okolicznościowych melodii. Finalny obiekt odzwierciedla ideę zawartą w tytule.

W kolejnej pracy, która pojawia się na wystawie - Dzida z małymi elementami - używam za to tej samej melodii: fragmentu pieśni religijnej. Jedna melodia, ale mechanizmów, które ją odgrywają, jest kilkadziesiąt, z ich multiplikacji tworzy się jednolita muzyczna masa, rodzaj klastra. W uruchamianie i wyłączanie dźwiękowych mechanizmów wpisany jest zarówno przypadek, jak i precyzja, przykład aleatoryzmu kontrolowanego.

Historie pojawiające się na wystawie Rekonstrukcja zatopione są w dźwiękach. Nie bez przypadku. Zamiast na Akademii Sztuk Pięknych edukowałaś się w szkołach muzycznych. To wywarło na ciebie duży wpływ?
Równolegle kształcąc się w dwóch systemach, przeszłam wszystkie szczeble edukacji muzycznej - od podstawowej po akademię. Nie tylko studiowałam, ale koncertowałam, tworzyłam muzykę, eksplorowałam punka, grałam w big-bandach, w grindcore'owej kapeli Stuck on Ceiling. Doświadczyłam dyrygowania chórem z orkiestrą czy śpiewu w chórze jako pierwszy sopran wielkich form muzycznych. Były też długie lata spędzone na free-improv: saksofon i eksperymentalna muzyka elektroniczna, równolegle do akademii, edukacji klasycznej. Znalazłam własne środowisko, obcując z najlepszymi muzykami sceny eksperymentalnej świata, to była dla mnie druga szkoła. Lata 2000/2001 to moment, gdy wraz z Robertem Piotrowiczem stworzyliśmy Musica Genera Festival i wydawnictwo muzyczne Musica Genera.

Zaczęłaś łączyć muzykę z wątkami wizualnymi znacznie wcześniej, niż stało się to powszechną praktyką wśród polskich artystów.
Realizowanie projektów interdyscyplinarnych - jak chociażby współtworzenie spektakli teatralnych, słuchowisk czy instalacji dźwiękowych - w naturalny sposób rozwinęły i zbliżyły mnie do sztuk wizualnych. Ważnym momentem był dla mnie wyjazd do Wiednia w 2005 roku na stypendium do MuseumsQuartier. Szczególne okoliczności, środowisko wiedeńskiej eksperymentalnej sceny muzycznej i artystycznej sprowokowały mnie do dalszych eksploracji na polu dźwiękowo-wizualnym. Dla mnie naturalnym punktem wyjścia jest medium dźwięku, jego abstrakcyjnej formy i możliwości, które staje się tworzywem oraz przyczyną do dalszego myślenia o jego materialności i koncepcji.

Wróćmy na moment na wystawę. Pokażesz tam bardzo ciekawą pracę o dosyć niezwykłej historii - Dzidę z małymi elementami. Jest rekonstrukcją pracy Edwarda Krasińskiego, klasyka polskiej neoawangardy, który swoją Dzidę stworzył w 1964 roku.
Dzida z małymi elementami powstała na podstawie zdjęcia Eustachego Kossakowskiego, który sfotografował Edwarda Krasińskiego tworzącego Dzidę. Znałam tę pracę ze zdjęć, oryginał odkryto dopiero w 2013 roku. W 2010 roku brałam udział w projekcie artystycznym pod Paryżem pt. „Seminarium na wsi", poświęconym Edwardowi Krasińskiemu i słynnej dokumentacji fotograficznej Eustachego Kossakowskiego. Zrekonstruowałam Dzidę, odwzorowałam formę pierwotnego obiektu, zachowując kształt i wymiary oryginału. Próbując je ustalić, obliczałam proporcje w oparciu o informacje o wzroście Krasińskiego - to było dość eksperymentalne i karkołomne działanie. Pomimo wizualnego podobieństwa moja Dzida z małymi elementami jest obiektem zupełnie innym. Potraktowałam oryginał jako wizualną partyturę. Skonstruowana z mechanizmów pozytywek stała się ulotną rzeźbą dźwiękową zawieszoną w przestrzeni między szpalerem drzew, wchodzącą w relację z zastaną akustyką i dźwiękami natury. Tym razem zawiśnie w Galerii Starter.

Mam wrażenie, że od odbiorcy oczekujesz bardzo dużo.
Na pewno prowokuję do poszukiwań i dostarczam ekstremalnych wrażeń. Zdaję sobie sprawę, że moja twórczość nie jest oczywista i łatwa w odbiorze. Z jednej strony wymaga przygotowania teoretycznego czy osłuchania, ale z drugiej - można z nią obcować na poziomie formalno-estetycznym i czysto intuicyjnym. Najistotniejszymi składnikami są wrażliwość, percepcja i otwartość na nowe doznania, co stanowi dość oczywistą konstatację, jeśli chodzi o odbiór sztuki niezależnie od dziedziny.

Wystawę Rekonstrukcja mozna oglądać do 28 lutego w warszawskiej galerii Starter.

Kredyty


Tekst: Alek Hudzik
Zdjęcie: Szymon Rogiński | LAF am

Tagged:
Wywiady
sztuka
Wystawa
anna zaradny
galeria starter