czy subkultury muzyczne tracą swoje znaczenie?

W dzisiejszych czasach muzyka, której słuchamy, nie ma już wpływu na nasz styl ubierania się. W naszym napędzanym konsumpcjonizmem, cierpiącym na obsesje na punkcie social media społeczeństwie subkultury muzyczne znalazły się w niebezpieczeństwie.

tekst i-D Staff
|
11 Marzec 2015, 2:50pm

Dzięki cudom nowoczesnej technologii, możemy teraz poznać dowolny gatunek muzyczny. Nieważne gdzie się znajdujemy, kiedy tylko najdzie nas na to ochota. Otworzyliśmy nasze iPody na muzykę z całego świata. Jednak jak oddziałuje na nas ten niczym nieograniczony dostęp do skarbca różnych dźwięków? Stajemy się mniej przywiązani do jednego, konkretnego gatunku. Co więcej, wybierana przez nas muzyka traci coraz szybciej swoją zdolność do podważania status quo.

Dzieciaki z minionych pokoleń żyły muzyką. Oddychały nią. Tak bardzo różnią się w tym od dzisiejszej, rozkojarzonej młodzieży - bawiącej się kijkami do cykania selfie i hashtagującej wszystko aż do znudzenia. Dawniej muzyka narzucała ci sposób ubierania się. To, jak tańczysz. Z kim się zadajesz. Jakie narkotyki bierzesz. Te dzieciaki z przeszłości - już nie dzieci, jeszcze nie do końca dorośli - wydawały swoje mizerne oszczędności na idealnie prezentujące się ciuchy i rzadkie winyle. Poprzez to próbowały stworzyć dla siebie odrębną tożsamość, gdzieś poza opresyjnie konserwatywną kulturą mainstreamową.

„Muzyka wydawała się wszechobecna, pełna emocji i surowa. Była jedynym znanym nam stylem życia i była genialna" - wspomina Elaine Constantine, fotografka mody. Ta artystka wyreżyserowała także Northern Soul, błyskotliwe filmowe arcydzieło z 2014 roku. Subkultura northern soul wyodrębniła się ze sceny modsów lat 60. Narodziła się w manchesterskim klubie Twisted Wheel. I rozeszła się po całym kraju w rytm delikatnych beatów soulu rodem z Motown. Niedługo potem didżeje zaczęli szukać rzadkich nagrań wydanych przez mało znane wytwórnie. Prawie jakby kopali w poszukiwaniu złota czy innych egzotycznych dóbr. Żeby znaleźć swój Święty Graal - w postaci zagrzebanych gdzieś kawałków ze stron B singli, zapomnianych utworów lub niewydanych piosenek - dzieciaki w brogsach, workowatych spodniach i ciuchach Fred Perry podróżowali nawet aż do niebezpiecznych gett Czarnej Ameryki. „Jako outsiderzy czuliśmy się świetnie" - wyznaje Elaine. „Kiedy wszyscy pogrążali się w pijackim śnie po przetańczeniu nocy w lokalach grających kawałki z list przebojów, my byliśmy na nogach i tańczyliśmy".

Można bez wątpienia uznać, że to outsiderskie poczucie przynależności cechowało także punków, gotów, skinheadów, suedeheadów, hiphopowców, rudeboyów, teddyboyów, modsów, rockersów, raverów... Właściwie każdą z subkultur, które od czasu II Wojny Światowej dzieliły na grupy brytyjską młodzież. Brało się to z tego, że dla niezadowolonych dzieciaków z minionych pokoleń przynależność do subkultury stanowiła to, co definiowało cię jako osobę. Do twojego odmiennego gustu muzycznego dochodziły nieodłączne, ścisłe normy dotyczące ubioru. Przez co nikt nie miał problemu z określeniem, do którego plemienia należysz.

„Wtedy wszystko sprowadzało się do muzyki" - potwierdza Gavin Watson, kultowy fotograf i autor ikonicznego książkowego fotoalbumu Skins and Punks. „Jak szedłeś do szkoły, rozmawiałeś tam o zespołach, które lubisz. Kiedy spotykałeś się z kumplami po szkole, rozmawialiście o zespołach, które lubicie. Tak właśnie budowało się więź ze swoimi rówieśnikami. Pamiętam, jak usłyszałem Madness w Top of the Pops. Miałem tylko 14 lat. I ten występ mnie po prostu powalił. Następnego dnia w szkole aż huczało: kim byli ci goście? Dopiero potem dowiedzieliśmy się, że byli skinheadami. Pomyślałem wtedy: ten zespół jest po prostu kurewsko genialny, chcę wyglądać tak, jak oni". Jednak w tamtych czasach nie dało się skompletować potrzebnego ci uniformu w byle sklepie internetowym. Jeśli chciałeś się upodobnić do ukochanego zespołu, musiałeś wyjść z domu! A nawet, gdy ruszyłeś się z chałupy, muzyka i towarzysząca jej strona wizualna nie były łatwe do zdobycia. Tak, pojawiały się gazety muzyczne, które wychodziły raz na tydzień. I tak, w telewizji leciało Top of the Pops. Ale nie istniały platformy takie jak Soundcloud czy Spotify, skąd można by streamować nowe kawałki. Czy Tumblery poświęcone wyłącznie rozstępowi między udami Suggsa. Ani feedy dostarczające nieskończonego zalewu selfies Jerry'ego Dammersa, do których można by wzdychać. Skrawki informacji o twoich idolach przekazywano sobie w ciemnych kątach klubów, w których odbywały się koncerty. Na te zaś ciężko było się wkraść, jeśli nie miałeś jeszcze 18 lat. „Muzyka sprawiała, że wszystko stawało się bardzo ekscytujące" - dodaje Watson. „I zdejmowała nam z barków ciężar związany z koniecznością życia".

Obecnie młodzież łączy w jedną masę wysokie czesne, brak pracy, mieszkania o nieosiągalnych dla niej cenach i to, że wszyscy dorastaliśmy na Facebooku. Nie wspominając nawet o homogenicznych terminach typu „millenialsi" czy „Generacja X/Y/Z/co tam jeszcze wymyślą". Przez to dzisiejsze dzieciaki są kompletnie odseparowane od przeszłych pokoleń. Jesteśmy spasieni nadmiarem napływających do nas informacji i rozpieszczeni cyfrowym dostępem do absolutnie wszystkiego. Nie dzielimy się już za to na zwaśnione ze sobą subkultury. Ogromny wybór muzyki, której słuchamy, nie ma nic wspólnego z różnorodnymi stylistycznie ubraniami, które na siebie wkładamy. „Obecnie dużo ciężej jest utrzymać podziemny status muzycznych zjawisk. Bo Internet stworzył Generację Chcę Wszystkiego i Chcę Dostać To Teraz" - przyznaje Mike Pickering. W latach 90 był didżejem w legendarnym klubie The Haçienda i jednym z najważniejszych brytyjskich pionierów acid house'u. „Uważam, że nadal istnieje sporo różnych subkultur. Żadna z nich nie jest jednak niczym tak rewolucyjnym, jak te dawniejsze".

Mamy więc dojście do każdego nurtu muzycznego. Od grime'u do gabba. Od PC Music do J-popu. Dziś dostępny nam wybór jest tak szeroki, jak nigdy wcześniej. Muzykę podaje się nam jak na tacy (odeszły czasy, gdy odwiedzało się Czarną Amerykę w poszukiwaniu winylu, którego nikt wcześniej nie odtworzył). Zaprogramowano nas też tak, żebyśmy konsumowali jak najszybciej. W efekcie powoduje to, że nie musimy poświęcać się jednemu gatunkowi muzycznemu tak dalece, jak musieli nasi poprzednicy. A nawet jeśli oddajemy się konkretnym brzmieniom, to doświadczamy większości naszych ulubionych dźwięków przez urządzenia osobiste, takie jak iPhone'y czy iPody. Gust muzyczny przestał być kolektywną sprawą. Sprowadza się obecnie do indywidualnych preferencji. Dlatego właśnie subkultury muzyczne stopniowo tracą swoją tożsamość. Co z kolei wpływa na ubrania, które na siebie wkładamy. Żaden gatunek muzyczny nie dyktuje naszymi modowymi wyborami. Jednocześnie z Internetu wylewa się powodziowa fala estetyk - znajdziemy w niej dosłownie wszystko. Od harajuko do health goth, od normcore'u do navajo, od seapunku do chola. Możemy sobie klikać i klikać, swobodnie wpisując się w postinternetowe trendy i wypisując się z nich.

Idąc dalej, w naszym napędzanym konsumpcjonizmem i obsesją na punkcie social media społeczeństwie subkultury nie tylko gubią tożsamość. Tracą też zdolność do rzucania wyzwania obowiązującemu status quo. Internet dał nam tak wiele w kwestii demokratyzacji muzyki i otaczającej ją kultury. Uczynił je uniwersalnymi, dostępnymi dla każdego. Pozwolił nam komunikować się z obdarzonymi podobnym gustem osobami z całego świata. Jednak sieć potrafi też wprowadzić nas w odrętwienie, sprzyjające bezmyślnej konsumpcji.

„Nie istnieje już taka przepaść między grupami młodzieży, jaką można było zaobserwować w latach 70 czy 80" - zgadza się z tymi wnioskami Derek Ridgers, legendarny brytyjski fotograf. „Mamy teraz Instagram, Facebook i Twitter. Jeśli coś się dzieje, to natychmiast znajdzie się za pośrednictwem tych platform w świetle reflektorów. Gdy dzieje się coś interesującego, ludzie będą o tym tweetowali. Lub wrzucą informacje o tym w media społecznościowe, gdzie inni dowiedzą się od ręki o danym wydarzeniu czy zjawisku. Następnie, także nieomal od razu, internauci zalogują się, by wyklinać to i krytykować. Nikt i nic nie ma więc żadnej realnej szansy na znalezienie się poza zasięgiem reflektorów, jak działo się to kiedyś z rzeczami spoza mainstreamu".

Przyjmijmy, że termin „kultura" odnosi się do zespołu idei, zwyczajów i zachowań dominującego w danym społeczeństwie. W takim wypadku „subkultura" musi być z definicji czymś nastawionym przeciwnie do kultury. Mimo to, dzięki obecności Internetu (w którym widzieliśmy już relikty po minionych subkulturach przeobrażone w tanie chwyty i komercyjną nostalgię, a przede wszystkim pozbawione doszczętnie ich dawnego, wywrotowego znaczenia), sceny powstające dziś w subkulturowym obiegu są wtłaczane w mainstreamową kulturę prędzej, niż jesteś w stanie cyknąć sobie selfie. Jak coś może pozostać w podziemiu, skoro już nabrało viralowego statusu? Jak muzyka może być subwersywna, jeżeli słuchasz jej za pośrednictwem konta na Spotify, którego używa też twoja mama?

Subkultury przeszłych pokoleń różniły się bardzo między sobą. Ale z pewnością łączyło je jedno. Wszystkie wytworzyły się w opozycji do kultury mainstreamowej. Były buntownicze i wywrotowe. Dzieciaki utożsamiające się z nimi sprzeciwiały się bezmyślnemu konformizmowi. Konserwatyzmowi swoich rodziców i uciskowi ze strony rządu. Wróćmy teraz do naszych czasów... Jakie znaczenie niosą w sobie chola czy navajo - oprócz tego, że stanowią dość niesmaczne i powierzchowne przywłaszczanie sobie tradycji kulturowych mniejszości? A co z health goth czy seapunkiem? Zgoda, fajnie ogląda się te style. Lecz w swej naturze są ostatecznie produktem zapatrzonego w siebie pokolenia. Które mierzy wartość danej jednostki tym, ile lajków uda się jej zebrać. Co osiągniesz postując zdjęcie syreny? Albo Joeya Essexa przechadzającego się po lotnisku od stóp do głów w Nasir Mazhar? Coś więcej, niż wybałuszenie czyichś oczu i wirtualną erekcję? Jest jeszcze normcore (najczęściej googlowany trend 2014 roku). Moda, która promuje bunt poprzez dostosowywanie się do pozbawionego wyrazu, nudnego, szarego społeczeństwa. Co może być niebezpieczniejsze od indoktrynowania tysięcy młodych Brytyjczyków przez wpajanie im, że konformizm i norma są fajne? Należy też wspomnieć, że żadna z tych subkultur nie ma związku z muzyką. Wszystkie są oparte tylko i wyłącznie na wyglądzie zewnętrznym.

Niedawno zostawiliśmy za sobą rok, który przyniósł nam morze nie mających znaczenia trendów. Niech 2015 rok będzie tym, w którym subkultury odzyskają swoje znaczenie. Pozwólmy dzieciakom odłożyć iPhone'y i wyjść z domu. Pozwiedzać prawdziwy świat i zaangażować się w jakieś subwersywną twórczość - w miejsce publikowania w sieci bez żadnej refleksji zdjęcia czegoś takiego. Summa summarum, niech rok 2015 będzie tym, w którym otrząśniemy się z wywołanej przez media społecznościowe narkolepsji. I rozpalimy w sobie ponownie muzyczną pasję.

Kredyty


Tekst: Tish Weinstock
Grafika pochodzi z pierwszego numeru i-D.

Tagged:
POP
muzyka
subkultury