fajerwerki, jaskinie i pocałunki, czyli świat ryana mcginleya

Zobacz fotograficzną opowieść drogi, ukazującą piękne, kreatywne dzieciaki z Nowego Jorku.

tekst Rory Satran
|
27 Sierpień 2015, 3:42pm

„Chciałbym żyć w swoich zdjęciach", mówi Ryan McGinley. I w pewnym sensie tak się właśnie dzieje. Od pierwszych żywych fotografii, które zrobił swoją trzymaną w kieszeni Yashiką do ostatnich, kompletnie przełamujących gatunek aktów wykonanych w studiu, McGinley fotografuje młodych artystów, którzy sprawiają, że Nowy Jork jest mekką dla takich, jak oni sami. Dla dzieciaków przyjeżdżających z miejsc takich jak Ramsey w stanie New Jersey, w którym wychował się Ryan, wśród siedmiorga starszego rodzeństwa, które w czasie dojrzewania stanowiło dla niego niekwestionowany przykład. To właśnie wtedy zaczął myśleć o swojej artystycznej przyszłości.

Mówi się o nim, że jest jednym z najznakomitszych żyjących fotografów, co wydaje się szalonym stwierdzeniem, zwłaszcza że McGinley ma dopiero 37 lat. Nie dziwi to jednak w momencie, gdy zobaczy się jego 16-letni dorobek. W wieku 25 lat był najmłodszym artystą, któremu udało się zrobić samodzielną wystawę w Whitney Museum of American Art [nowojorskie muzeum sztuk pięknych, przyp. tłum]. Jednak Ryan to nadal stary dobry Ryan. Zobaczycie go w metrze z niebieskim plecakiem w brudnych, białych Conversach. To uroczy i bystry koleś. Taki typ kolegi, który jako jedyny po obiedzie podziękuje twojej mamie za pyszny posiłek i za gościnę.

Od czasu tej pamiętnej solo wystawy w Whitney, posypała się lawina innych, a za nimi książki, albumy, tysiące obserwatorów na Instagramie i nieskończone profile w internecie. Do tego wszystkiego, Ryan znajduje jeszcze czas na letnie wakacje, w trakcie których udaje się w podróż z jednymi z najpiękniejszych i najbardziej fascynujących młodych twarzy Nowego Jorku i uwiecznia niepowtarzalne momenty z ich udziałem.

Nowy album pt. Way Far, zawierający „zdjęcia drogi" wychodzi już tej jesieni przez wydawnictwo Rizzoli. Gdy spotykam się z nim w jego własnym studiu, Ryan jest ultra przygotowany, w typowy dla siebie sposób: siedzi przy stole z atrapą książki, a na ścianach wiszą powiększenia najlepszych zdjęć z wyprawy.

Fotografie jego autorstwa są po prostu cholernie piękne. Pokazują najczystszy stan rozradowania. Młodość bez kostiumów i sztucznych póz, momenty, w których jesteś daleko od wielkomiejskiego zgiełku, wśród przyjaciół, a na niebie pojawiają się gwiazdy. Zdjęcia powstają przede wszystkim w promieniu 3 godzin drogi od jego domu w Hudson w stanie Nowy Jork. „Gdy wyjeżdżam z tymi ludźmi z miasta, czują się jakby wyzwoleni i wychodzi z nich coś niepowtarzalnego, trochę dziecinnego", mówi.

Dzieciaki sportretowane na zdjęciach to artyści z Nowego Jorku (tak naprawdę to kobiety i mężczyźni, ale w oczach Ryana zawsze pozostają „dzieciakami"). Na fotografiach można zobaczyć Petrę Collins w błotnym stawie czy performerkę Indię Menuez leżącą na oszronionym polu. Jednak bez żadnych znaczników mógłby to być właściwie ktokolwiek, w jakimkolwiek czasie. Ryan wspomniał, że modele na zdjęciach przypominają mu jego braci i siostry w okresie dorastania.

Jeden z tych braci, Michael, zmarł na AIDS w wieku 33 lat, gdy Ryan był nastolatkiem. Opisuje ten okres jako ponury, poza tym wielu znajomych Michaela umarło jeszcze przed wprowadzeniem terapii antyretrowirusowej, [hamującej replikację wirusa HIV, przyp. tłum]. Sprawiło to, że Ryanowi tym trudniej było ujawnić się ze swoją seksualnością. „Jako nastolatek myślałem chyba, że jak się ujawnię, to umrę". Gdy jednak to zrobił, mając 18 lat, mówi, że: „było super". Tak czy inaczej, śmierć brata bardzo go wyczuliła. „Jego śmierć wpłynęła i nadal ma wpływ na moje zdjęcia. Gdy umiera ci ktoś tak bliski, to naprawdę zaczynasz myśleć o śmierci. Gdy widzisz, że czyjeś ciało zmienia się z zupełnie zdrowego w totalny szkielet i cały ten proces umierania... To sprawia, że chcesz żyć na całość".

Ryan bardzo dużo mówi o „prawdziwym życiu". Kontrast między codziennością i koniecznością zarabiania a wędrownym, dynamicznym stylem życia stanowi trzon jego twórczości. Jak mówi sam fotograf, być może wszystko sprowadza się do ojca. Rodziciel Ryana był podróżującym sprzedawcą i weteranem wojennym, który wykształcił ósemkę dzieci. „Bardzo trzeźwo patrzył na życie", mówi Ryan. „Zawsze używał określenia prawdziwy świat. 'Poczekaj, aż cię dopadnie prawdziwy świat', a ja myślałem sobie tylko 'o kurwa...' Bardzo się tego bałem. Potem podjąłem decyzję, że poświęcę życie sztuce i nie będę podążał za radami innych, sugerujących kompletnie inną ścieżkę. To mnie nadal motywuje, mój strach przed tym, że nie będę w stanie przetrwać".

Magia kariery Ryana polega zarazem na etyce pracy odziedziczonej po ojcu, jak i romantycznej i marzycielskiej stronie jego własnej twórczości. On kreuje swoją własną rzeczywistość, taką, która wyciąga z młodości to, co najlepsze. „Moje zdjęcia to nie jest prawdziwe życie", mówi. „Znajdują się jednak dosyć blisko niego. Zawsze chciałem, aby miały nieco reporterski charakter. Wszystkie momenty, których jesteś świadkiem, rzeczywiście się dzieją, więc to taki pseudo dokument. Ja ustawiam nastrój, ale tak naprawdę pozwalam ludziom robić to, na co mają ochotę, daję im wolną rękę. Mam bardzo lekki styl reżyserowania. I dzieją się różne rzeczy, ludzie biegają poprzez fajerwerki i przepiękne kwiatowe pola i nagle znajdujemy się na samym końcu świata. To jest trudne, bo nagle chcesz znajdować się tam cały czas. A nie jest to miejsce, gdzie realnie można żyć".

Jego największą inspiracją, jest dokumentarzystka i fotografka, Tina Barney. Kilka lat temu natknął się na jej album Theater of Manners na pchlim targu i zagląda do niego do dziś. „To jest nieskończona kopalnia", mówi. „Pokazuje życie, jakiego nigdy nie miałem, ale jest to nadal prawdziwe życie". „Prawdziwe", acz atrakcyjne i inspirujące. Brzmi znajomo? Od czasu, gdy odkrył książkę o Andym Warholu, masowo pochłania biografie artystów. „Od pierwszego dnia ciekawiło mnie życie artystów. Chcę wiedzieć, co robią, że kontynuują tworzenie, bo to jest kurewsko trudne. I nie ma tu żadnych zasad, których należy się trzymać. Bycie artystą to prawdziwy Dziki Zachód".

Ryan, który zebrał dogłębną wiedzę na temat życia jako artysta, dziś może już przekazywać ją z własnej perspektywy. W 2013 roku New York Times napisał o jego znamiennym wpływie i poparciu dla młodych artystów, takich jak Collins, Michael Bailey Gates czy Sandy Kim. W zeszłym roku wygłosił przemówienie w Parsons [szkoła designu, przyp. tłum], w uczelni, którą skończył, radząc studentom, że „najpierw trzeba znaleźć coś, na punkcie czego można mieć obsesję, a następnie mieć tę obsesję". Dodaje również, że: „pamiętajcie: to, co robimy, jest zajebiście romantyczne". Na koniec podsumowuje: „ważne jest, by dawać w zamian. Nie można czegoś zatrzymać, jak się tego nie odda. To bardzo ważna filozofia, której się nauczyłem i którą się kieruję".

A Ryan uczy się nieustannie, od wszystkich, włączywszy stażystów w jego studiu po właściciela fabryki serwetek, mieszkającego nieopodal jego rodziców w New Jersey: „Gadam z nim co noc, a on naprawdę dzieli się ze mną niesamowitą wiedzą jak brnąć przez życie i nie stracić głowy". Żyjąc już tak długo w artystycznym świecie i nieustannie sam się motywując, Ryan docenia swoją perspektywę. „Robię zdjęcia już od 16 lat, to jest szaleństwo", mówi. „Czasem mi się wydaje, że to tylko jeden, niezwykle długi dzień".

@ryanmcginleystudios

Zobacz też: Wodne nimfy i leśne wróżki na surrealistycznych, nagich zdjęciach.

Kredyty


Zdjęcia: Ryan McGinley
Tekst: Rory Satran
Tłumaczenie: Zuza Bień
Wszystkie zdjęcia dzięki uprzejmości Ryana McGinleya i zespołu galerii w Nowym Jorku.

Tagged:
Kultura
Ryan McGinley
coming of age issue