Reklama

ciała w ruchu

Zobaczcie zdjęcia tancerki, która została fotografką – Camili Falquez.

tekst Zio Baritaux
|
05 Styczeń 2017, 5:30pm

Akt fotografii w pewnym sensie przypomina taniec. Jeden z partnerów pozuje lub wymachuje ramionami, podczas gdy drugi krąży wokół niego, czasem zniżając się do poziomu podłogi. Ich ruchy, uchwycone na filmie, opowiadają historię i przekazują emocje. To właśnie podświadomie przyciągnęło nowojorską fotografkę Camilę Falquez - byłą balerinę - do medium fotografii. „Do tańca przekonało mnie to, że był on językiem, który rozumiałam, mogłam więc dzięki niemu coś zakomunikować", mówi. „Nie podobały mi się jednak surowe zasady rządzące baletem. Moja nauczycielka prosiła mnie, żebym podczas tańca nie była taka ekspresyjna. Myślę, że właśnie dlatego rzuciłam balet". Camila urodziła się w Mexico City, a wychowała w Barcelonie. Następnie spróbowała sił w fotografii, uwieczniając swoich bohaterów z punktu widzenia tancerki. Jej pełne emocji zdjęcia - na przykład portret senegalskich zapaśników o zachodzie słońca czy greckich rzeźb we Florencji - skupiają się na ludzkim ciele i jego nieograniczonej formie i ruchu. „Zdałam sobie sprawę, że większość moich prac dotyczy ciała", wspomina. „Wtedy uznałam, że potrafię dostrzec w nim piękno właśnie dzięki tańcowi". Jej estetyczna wrażliwość jest widoczna w solowych projektach takich jak „Humanidad aqui arriba", do którego sfotografowała dwie modelki w objęciach - jedną z aksamitną, mahoniową karnacją, a drugą o śnieżnobiałym odcieniu skóry. „Czułam, że muszę przypomnieć ludziom - i samej sobie - że wszyscy jesteśmy jednakowi i że piękno jest w każdym z nas", tłumaczy Camila. „Według mnie fotografia jest jedynym medium, przez które jestem w stanie to wyrazić".

Wiele twoich prac skupia się na ciele i ruchu. Dlaczego? Co cię fascynuje w ludzkim ciele?
Muszę przyznać, że moje prace rozwijają się w sposób bardzo organiczny. Nie zdawałam sobie nawet sprawy z mojej fascynacji ruchem ciała, aż pewnego dnia przejrzałam swoją teczkę. Wtedy zauważyłam, że podświadomie studiuję je już od pięciu lat. Dlatego właśnie fotografia jest cudowna - to twoje oko decyduje, o tym które fragmenty rzeczywistości cię poruszają. Od pracy z tancerkami w Kolumbii i spotkaniem z zapaśnikami w Senegalu aż po podziwianie greckich rzeźb we Florencji. Wszystko to było bardzo powolnym procesem, a po drodze zaliczyłam też niejeden piękny eksperyment. Tak powstała moja pierwsza wystawa „Body of Work: An Essay on the Body". Jej kreacja była bardzo powolna, powstała wręcz mimochodem. Według mnie, w tym leży jej magia.

Myślisz że dorastanie z baletem i tańcem współczesnym miało wpływ na twoją fotografię?
Taniec wywarł największy wpływ na to, jak postrzegam ludzkie ciało i jak rozumiem jego ruch. Kiedy dorastałam, chciałam zostać tancerką. Tańczyłam codziennie po szkole i za każdym razem, kiedy byłam sama w pokoju. Nie było to po prostu jakieś podskakiwanie, eksperymentowałam z tańcem. To było zabawne, przecież byłam za młoda, żeby podchodzić do tego tak poważnie. Uczyłam się wszystkiego: flamenco, salsy, baletu, tańca współczesnego, jazzu. Jednak nie podobały mi się surowe zasady, które narzucał balet. Mnie najbardziej podobało się odczuwanie emocji. Rozumiem ciało i odniosłam wrażenie, że znalazłam piękny sposób, żeby wyrazić coś przy użyciu aparatu.

Poza tańcem, skąd czerpiesz inspiracje?
Wszędzie widzę piękno, uważam że to istne błogosławieństwo. Moja mama jest artystką i kiedy byłyśmy na spacerze, zbierała wszystko, co znalazła na ulicy. Potem w domu robiła z tego niesamowite kolaże. Dokładnie w taki sam sposób sama myślę o świecie. Być może brzmi to banalnie, ale wszystko ma w sobie piękno.

Co sprawia, że robisz zdjęcie?
Zupełnie tak jak w przypadku ruchu ciała, największą motywacją dla mnie, żeby zrobić zdjęcie jest nieświadomy pociąg do tego, co widzę. Zdaję sobie sprawę z tego, że kiedy podróżuję sama i po prostu spaceruję z aparatem, mój mózg nie zastanawia się, co mam sfotografować. Prowadzi mnie wzrok i prymitywny pociąg. To mój ulubiony sposób na medytację. Dopiero wywołując zdjęcia mogę zwrócić uwagę na swoje tendencje, nigdy przedtem. Sądzę, że przyciąga mnie kolor, dziwne linie, które przez przypadek powstają w rzeczywistości oraz autoekspresja i codzienne życie ludzi.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Jak doszło do zdjęć w Senegalu? Czy od razu widziałaś zapaśników jako przedłużenie twoich wcześniejszych prac, czy odkryłaś to później?
Podróżowałam po Dakarze i przez cały dzień spacerowałam po mieście, robiąc zdjęcia. Pewnego dnia, kiedy oglądałam na plaży zachód słońca, zobaczyłam ich z daleka. Dosłownie podbiegłam do grupy 30 walczących ze sobą facetów. Ich ciała to najpiękniejsze ruchome obiekty, jakie widziałam w życiu. Przez parę minut gapiłam się na nich w bezruchu, po czym chwyciłam aparat i natychmiast zaczęłam robić im zdjęcia. Czułam jakbym z nimi tańczyła, podczas gdy oni walczyli i krzyczeli. Czułam, że jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie.

Niedawno robiłaś zdjęcia kobietom w Dubaju. Czy musiałaś zmienić nieco swoje podejście do fotografii z powodu ich zakrytych twarzy i ciał?
Wylądowałam w Dubaju tuż po ogłoszeniu wyników wyborów, wkrótce później zrobiłam te zdjęcia. Słowami nie da się wyrazić smutku i zdezorientowania, jaki tam odczuwałam. Napisałam maile do najbliższych przyjaciółek - zdolnych artystek - że naszym obowiązkiem jest bycie wzorem dla innych kobiet, że bycie wolną i kreatywną ma ogromne znaczenie. W Dubaju kobiety nie mają nawet połowy tych praw. Nie będę się na ten temat rozwodziła, bo to skomplikowana kwestia, pełna trudnych do przeskoczenia różnic kulturowych. Poczułam wtedy bardzo silną potrzebę - chciałam stanąć przed tymi kobietami w turbanie i poprosić je o możliwość zrobienia im zdjęcia. Dzięki temu doświadczeniu jestem wdzięczna, że mogę być sobą, wolną dziewczyną.

Jeśli miałabyś porównać swoje prace do jednego baletu, który byś wybrała i dlaczego?
Chciałabym żeby moje prace były jak balet stworzony przez Marthę Graham, Jonaha Bokaer i Sarę Baras. Za muzykę odpowiadaliby Mulatu Astatke, Diego Cigala oraz Leonard Cohen, a zamiast teatru, scena znajdowałaby się na zewnątrz, gdzieś na Karaibach.

Kredyty


Tekst Zio Baritaux
Zdjęcia Camila Falquez